Czyli jak Kornijczyk z Devoniakiem
To było ponad miesiąc temu. Dave, znajomy Anglik mieszkający w Kornwalii, gdzieś pod Truro, zapytał mnie, gdzie wybieram się na urlop. Gdy usłyszał, że wybrałem północny Devon, wściekł się niemal. Po co jedziesz do tych ...? Już nie masz gdzie pieniędzy zostawiać? Oni są nic niewarci... Uważny czytelnik blogu wie, że jednak wybrałem Kornwalię, a ja sam nie wiem do końca, czy Dave nie wpłynął znacząco na mój wybór.
Konflikty regionalne są stare jak świat i dotyczą nie tylko krajów, ale i odbywają się w ich wnętrzach. Kto nie słyszał o świętej wojnie Warszawy z Krakowem, Gorzowa z Zieloną Górą, Torunia z Bydgoszczą, Śląska z Zagłębiem... To zjawisko istnieje na całym świecie i Wielka Brytania też nie jest od takich zatargów wolna. Oczywiście najstarsze i najważniejsze zatargi dotyczą wzajemnego stosunku Anglików i narodowości celtyckich: Szkotów czy Walijczyków i mają silne umocowanie w historii. Jako że mieszkam w sumie na pograniczu angielsko - walijskim, a do Cardiff mam wszystkiego ok. czterdzieści kilometrów, często doświadczam tej wojny na własnej skórze. Ale o tym innym razem. Nie sądziłem jednak, że bardzo silne antagonizmy występują między Kornwalią i Devonem.
Kiedy zapytałem Kornwalijczyka dlaczego, odpowiedział pytaniem na pytanie: a dlaczego wy nie lubicie Niemców? A na moją uwagę, że jednak II wojna światowa nie rozpoczęła się w Kornwalii, odparł spokojnie: rebelia modlitewników. Oczywiście to tylko symbol, punkt zwrotny ale...
Do czasów panowania Henryka VIII (tego od sześciu żon) Kornwalia była krainą zamieszkałą przez Celtów, jednojęzyczna (panował kornijski), o ogromnej odrębności kulturowej. Wymuszone przez Henryka VIII przejście na anglikanizm wiązało się ze zmianą języka na angielski, za sprawą tzw. prawa uniformizacji (1549). Wprowadzono nowe modlitewniki w języku angielskim (Book of common prayer). Doszło do zmasowanych protestów, przeciw nowemu językowi wystąpiło 4 tysiące osób, a konflikt przeistoczył się w wojnę domową. Buntownicy występowali przeciw wynarodowieniu, które przypisywano, co ciekawe, wyższym warstwom społecznym i gerneralnie ludności angielskiej. Nie bez kozery hasłem rewolty było Kill all gentlemen!
Konflikt o dużym zasięgu terytorialnym, od Exeteru po Penzance, skończył się porażką rebeliantów; w walkach zginęło 4 tys. osób, następne tysiąc powieszono. Porażka miała również dalej idące konsekwencje, doprowadziła w dłuższej perspektywie do upadku faktycznej autonomii Kornwalii i zaniku języka kornijskiego. Choć powód zaiste ten sam, porównywanie tych wydarzeń z historią dzieci wrzesińskich jest trochę nietrafne, i przebieg inny, i koniec nie ten.
Niechęć do Anglików (a Devon jest przecież bliskim, namacalnym wręcz angielskim tworem) została do dziś, choć obecnie dominują względy raczej ambicjonalne. Dogadują sobie przy każdej okazji; gdy w r. 2004 Devon otrzymał nową flagę, na Kornwalii pojawiły się głosy, że... chcą zerżnąć ich kulturę, flaga jest zbyt podobna do kornwalijskiej, a w ogóle to jej patron, st Petroc, był Kornwalijczykiem i mieszkał w Padstow. Oba hrabstwa nie grzesząc bogactwem zarabiają na turystyce i są wobec siebie niejako konkurencyjne. Devon ma znaną na całym świecie nazwę, ale rodzina królewska ma jednak tytuł książąt Kornwalii...

Calstock, pogranicze kornijsko - devońskie. Granica biegnie wzdłuż rzeki Tamar (pod mostem). Zdjęcie z mojego sobotniego krótkiego wypadu - stoję rzecz jasna po kornwalijskiej stronie :)