poniedziałek, 25 października 2010
Największe oszustwo Anglii

czyli trochę o dziwnej geografii na Wyspach

Wyobraźcie sobie coś takiego. Jesteście w pewnym kraju, gdzie jest Bardzo Ważny Obiekt. Taki, o którym uczą w szkołach, który trzeba, bo nawet nie wypada znać. Ładujecie masę kasy, Ważny Obiekt zaliczacie, oczywiście nie bez masy okolicznościowych zdjęć. Po czym, po jakimś czasie dowiadujecie się, że ów Ważny Obiekt nie miał prawa stać w tamtym miejscu, a całość jest po prostu wielką lipą...

Co prawda lipa w UK nie rośnie, ba, nawet nie ma jednej sensowej nazwy dla wszystkich odmian angielszczyzny - ale szwindle się zdarzają. Takim ogromnym przewałem jest... południk zerowy w Greenwich. Trzeba przyznać, że obserwatorium jest ciekawe, zwiedza się przyjemnie, ale... południk zerowy wcale nie przebiega tam, gdzie jest wymalowany dla potrzeb symboliki i turystów z całego świata. Jak to? - zapytacie. Ano tak to. Jak tłumaczył mi zaprzyjaźniony kartograf z Wikipedii, nic nie jest wieczne, a na pewno nie umowy ludzkie. Tymczasem południk zerowy nie jest w żaden sposób wyznaczony przez naturę, a jest skutkiem pewnej arbitralnej decyzji. Decyzji, po której przyszły następne. Po przyjęciu za standard systemu World Geodetic System 84, południk zerowy z przyczyn technicznych został przesunięty o około 100 m (dokładnie 5.31 sekundy) na zachód. Pocieszyć się można, że jednak kiedyś nie robiono ludzi w trąbę...

Jeśli o geografii made in UK się zgadało - jest jeszcze jedno, co dziwi tych, którzy ślepo wierzą mapom i słownikom. Niedawno rozmawiałem z kimś z Polski na IRC i ten ktoś uparcie twierdził, że Liverpool jest na zachodzie Anglii. Dla mnie, jak też dla Anglików, jest on wybitnie na północy. Na zachodzie to jest Bristol... Okazuje się, że kierunki Anglii nie do końca pokrywają się z kierunkami świata i w wyobraźni Anglików są mocno przesunięte na południe. Dlaczego - nietrudno się domyślić. Jak wszędzie, zwyczaje, obyczaje i styl myślenia narzuca stolica. A że Londyn jest mocno na południowym wschodzie, to i kierunki się nieco przesunęły.

Na zakończenie zagadka: które polskie miasto leży na szerokości geograficznej odpowiadającej Land's End (przyjmijmy jej wartość na 50 stopni a równika na razie nikt nie przesuwał). Kiedy podaję to ludziom, wszyscy myślą na początku, że żartuję, więc sprawdźcie sami. Wesołej zabawy życzę...

Coś czego nie ma w tym miejscu czyli południk zerowy na Greenwich. Foto Wikimedia Commons, Ævar Arnfjörð Bjarmason, lic. cc-b

Trzeba mieć sporą wyobraźnię, by twierdzić, że Slough leży na zachodzie... (fot. http://s0.geograph.org.uk)

sobota, 16 października 2010
Nie dla przemytników

czyli na czym słucha się w Anglii

O moich miłościach mógłbym wiele. Jedną z największych, trwających od mniej więcej trzeciego roku życia do teraz jest radio. Nie kocham TV ale bez dobrego radioodbiornika, ciekawego programu radiowego i gorących informacji po prostu nie umiem żyć. Mogłem nie dojadać, ale radio u mnie zawsze musiało odbierać wszystko i wszędzie. Radioodbiorników "przerobiłem" ponad setkę, a jeśli chodzi o telewizor - obecnie mam pierwszy w życiu taki naprawdę swój. I rzadko go włączam. Przy takim zboczeniu trudno, bym nie zrobił rozeznania, na czym słucha się u Brytów.

O sprzęcie radiowym z Anglii nie wiadomo w Europie zbyt wiele. Europa zawsze żyła pod wrażeniem Philipsa i Grundiga, Anglicy zaś hołubili własny przemysł. Jedną z najstarszych firm elektronicznych był Roberts. Firma powstała w roku 1932 jako własność Harry'ego Robertsa i wytwarzała... osiem radioodbiorników tygodniowo. Nie jest to może liczba wstrząsająca, ale był to sprzęt na bardzo wysokim poziomie, sprzedawany m. in. w słynnym domu towarowym Harrods, który byle czego ludziom nie wciska. Tanio u nich również nie jest. Standardy produkcji były u nich na tyle wysokie, że otrzymali trzy królewskie certyfikaty jakości, co gwarantowało m. in. zbyt na dworze królewskim. Co ciekawe, radia Roberts były jedynymi, jakie dopuszczano w brytyjskich więzieniach - głównie z uwagi na możliwość szybkiego znalezienia przemytu. Łatwo się otwierały...

Firmy nie ominęła jednak fala komasacji przemysłu; została w r. 1994 przejęta przez firmę Glen Dimplex. Odbiorniki, zawsze dobrej jakości, produkuje jednak pod swoją nazwą, również pod tą nazwą wprowadza na rynek brytyjski świetne wyroby chińskie Degena i Sangeana, które, ze względu na kraj pochodzenia i złą sławę produkcji z tamtego regionu, miałyby raczej marną karierę.

Drugim radiem - legendą jest Bush. Firma istniała od r. 1932 i produkowało sprzęt trochę niższej klasy niż Roberts - głównie popularnej. Do tej pory można kupić odbiorniki stylizowane na Busha z lat 60. (patrz po lewej), ale już z nowoczesnymi wnętrznościami i możliwościami, np. odbioru radiofonii cyfrowej. Pisząc o radiach w UK nie sposób nie wymienić młodego tygrysa tutejszego rynku czyli firmy PURE, powstałej zaledwie w roku 2002 w podlondyńskim hrabstwie Hertfordshire. Firma produkuje radia cyfrowe w standardzie DAB i internetowe - i sukcesywnie podbija rynek. Jest rozpoznawalna dzięki ultranowoczesnej stylistyce. Można się kłócić, czy to jest ładne - ja osobiście uważam, że szkaradne. Radio ma wyglądać jak radio a nie jak Bóg wie co. I jeszcze żeby miało skalę...

PURE Sensia, coś dla miłośników hi-tech i gadżetów zarazem. Odbiera radio internetowe, DAB i UKF. Sorry, nawet jakby samo chodziło po ścianie, to nie kupię. (źródło:http://www.geeky-gadgets.com)

dscf1707

Od lewej: Roberts Stream 202, na którym słucham radia internetowego i DAB, mały Roberts R871, do niedawna moje radio do dalekich nasłuchów (uszanowanie Anglikom, ale chiński Degen jest lepszy). W tle - zrealizowane marzenie życia, takie trwające 30 lat, czyli TRAMP WE100, eksportowa wersja Julii Stereo, polskiego radia wszechczasów.

 

niedziela, 10 października 2010
Czas na małe zmiany

czyli coś dla zdziwionych

Wiem, że ostatnio pojawiam się rzadziej, co wcale nie znaczy, że mnie nie ma. Postanowiłem  wprowadzić kilka zmian graficznych, głównie inne tło i rozmiar zdjęć. Wiem z innych miejsc na necie, że tego typu nowinki zazwyczaj spotykają się z negatywnymi reakcjami - tak, pod tym względem jesteśmy bardzo podobni do Brytyjczyków.  Zatem wolno mi grozić, pomstować, złorzeczyć itp. Jakoś to przeżyję :)

A blog będzie istnieć dalej. Owszem, by być na bieżąco z modą powinienem sie przenieść na twittera. W Anglii to niemal mus - codzienne wyjątki z twitterów znanych osób publikować zaczęła już codzienna prasa. Ale po pierwsze - bardzo mi to medium nie leży. Po drugie - dość niebezpiecznie zbliża sie do słowa twat, co wychwycił kiedyś Cameron w jednym z wywiadów. Zatem dalej będziemy się spotykać w tym miejscu.

dscf1587

Musi się kręcić dalej... Takie perpetuum mobile ozdabiało mój camping, trzeba przyznać chyba najlepiej utrzymany i działający camping, na jakim byłem kiedykolwiek (a zaliczyłem ich co najmniej setkę w kilkunastu krajach). Wspaniała obsługa sporo atrakcji (szkoda, że głównie dla dzieci) i prawdziwie rodzinna atmosfera.

05:46, kicior99 , varia
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 października 2010
Jak zepsuć sobie urlop

czyli pech w Kornwalii

1. Spędzić jedyny bezdeszczowy dzień na relaksowaniu się przy piwie
dscf1607
Mówili, ostrzegali, BBC grzmiało już tydzień wcześniej. Niestety, nie posłuchałem. To zdjęcie pochodzi z jedynego bezdeszczowego dnia mojego urlopu. Byłem co prawda jeszcze w kilku innych miejscach ale niech ten ogród z pięknym widokiem na Kanał La Manche będzie przestrogą...


2. Zastać najciekawszy zabytek na trasie w stanie wykluczającym jakiekolwiek zwiedzanie
dscf1665
Zbieram zdjęcia angielskich katedr, zwłaszcza tych, które stanowią o tym, że miasto ma status city. Toteż nastawiałem się na obejrzenie katedry w Truro, najdalej wysuniętej na południe i zachód. Po tym co zobaczyłem z wysokości stacji, nawet nie chciało mi się podchodzić bliżej.


3. Zobaczyć kolorowego kota

dscf1664
W Polsce pecha przynoszą czarne koty, w Anglii rude,zatem w wyniku działania siły wypadkowej mnie zaszkodził kolorowy i ciapaty. Zwierzątko przywitało mnie na stacji w Falmouth i przy okazji zeżarło cały pasztet z puszki. Kotu nie odmówię nigdy, jakem kicior.


4. Schrzanić najlepsze zdjęcie

dscf1654
Mam pecha do zdjęć, z reguły nie wychodzą te, na które najbardziej liczyłem. Takie widoki nie tylko w Anglii a w całej Europie są rzadkością. Oczywiście zadziałało prawo Murphy'ego.


5. Wałęsać się byle gdzie
dscf1651

Potwory czają się wszędzie... Ten straszy brakiem estetyki w Trebah Garden. Tak, wiem, że to dla dzieci, ale jestem na takie rzeczy wyjątkowo wyczulony.

6. Zobaczyć coś tajemniczego i budzącego lęk
dscf1616

Nie wiem, co to jest, takie zielsko rośnie sobie w Trebah. Mam wrażenie, że przyniosło mi pecha...

00:01, kicior99 , varia
Link Komentarze (7) »
piątek, 08 października 2010
Bomba pod nogami?

czyli wizyta w tajemniczym ogrodzie

Ten urlop nie wyszedł mi. Siedziałem kilka dni pod namiotem gdzieś w południowej Kornwalii koło Falmouth i dosłownie pływałem wraz z innymi rzeczami w namiocie. Do domu nie mogłem wrócić z przyczyn technicznych, miałem ekipę remontową w pokoju. Zatem zwiedzania nie było za wiele, ale trochę się znalazło.

O angielskich ogrodach wiadomo sporo. O ogrodach kornwalijskich jeszcze więcej. Specyficzny, śródziemnomorski klimat, brak zim (do tego stopnia, że jak już spadnie jeden centymetr śniegu, to potrafi wywalić autobus, co zdarzyło się w tym roku w Penzance), wilgoć, powoduje, że wszystko rośnie jak głupie. Tę cechę Kornwalii wykorzystano już w epoce wiktoriańskiej, zakładając ogrody, z których wiele, jak np. Trebah czy znajdujący się tuż zaraz Glendurgan, przetrwały do dziś.

Zapraszam do wypadu do Trebah. Ogród przechodził różne dzieje, właścicieli zmieniał jak rękawiczki. Podczas drugiej wojny światowej służył za... tajny magazyn amunicji, czemu specjalnie nie należy się dziwić: dzika dżungla tuż nad zatoką była świetnym punktem niezwracającym czyjejkolwiek uwagi. Zwiedzając miałem jednak nadzieję, że do tej pory amunicję uprzątnięto i nic nie rypnie mi pod nogą. Są kraje, w których obawiałbym się bardziej...

Dziś Trebah jest pod opieką National Trust, który doprowadził ogród do stanu wstrząsającego. Chyba gdzie indziej trudno o miejsce, w którym roślinność z pół świata rośnie sobie pod gołym niebem. A jest tego masa: agawy, opuncje, z drugiej strony scrub chilijski i bambus - jeśli wierzyć zapewnieniom, jest to najszybciej rosnący babmus w tej części Europy, 20 cm na dzień. Choć całość robi wrażenie kosmicznej dżungli, ogród jest zorganizowany i zadbany, ma swą część suchą i wilgotną, rośliny są doskonale opisane, zadbano również o specjalne ścieżki edukacyjne dla dzieci, a czwartek jest poświęcony w całości edukacji. Słowa o edukacji nie są pustymi sloganami: kto dotrze ekologicznym środkiem transportu, otrzyma zniżkę za bilet: autobusem 50 procent, pieszo 25 proc.

Zapraszam na krótką przechadzkę. Miałem kłopot z wyborem zdjęć, których tam wykonałem ponad setkę. Mam nadzieję, że udało mi się oddać specyficzny klimat tego miejsca. Następny urlop za rok.

dscf1658

Wejście do ogrodu wygląda niepozornie...

dscf1634

... ale to tylko pozory.

dscf1621

Jak to śpiewali? Gdzie spojrzysz, dokoła dżungla...

dscf1653

Jaki to kolor? Zielony...

dscf1623

Pod taką palmą świetnie się wypoczywa.

dscf1626

Jak ktoś chce - może pooglądać ryby. Widać je stąd.

dscf1617

Zawsze miałem słabość do agaw.

dscf1647

Hortensja, taka nieco dziwna

dscf1644

Tędy właśnie przenoszono bomby i granaty.

 

piątek, 01 października 2010
Chris, odchudzaj się!

czyli dramat gwiazdy

No i stało się, wielka narodowa tragedia dosięgnęła jedną z największych gwiazd na firmamencie BBC, prezentera porannego programu w BBC Radio 1, Chrisa Moylesa. Biedaczek, nie dostał pensji! Kilka dni temu jego słuchacze usłyszeli wściekłą tyradę na antenie, która zajęła mu jakieś 20 minut i skierowana była przeciwko jego własnemu pracodawcy. Tak, Moyles na oczach a może uszach całej Anglii robił kupę we własne gniazdo i gryzł rękę, która go karmi. Czyżby brak pensji spowoduje, że umrze z głodu? Bynajmniej. Moyles zarabia 500 000 funtów na rocznie i jeśli ma odrobinę więcej rozumu niż to prezentuje na antenie, chyba odłożył małe co nieco. A jeśli nie - schudnie trochę... Ale nawet nie - BBC ani yśli się go pozbyć.

Chris Moyles to enfant terrible BBC 1 i święta krowa zarazem. Kiedy obejmował prowadzenie poranków po Sarze Cox, wielu dziwiło się jego odwadze - boska Sara straciła w krótkim czasie aż pół miliona słuchaczy swojego programu! A poranki w brytyjskim radio są święte, prowadzą je najznakomitsi dziennikarze i prezenterzy, dość nadmienić, że przez kilka lat Moyles musiał zmagać się z nielichą konkurencją - w sąsiedniej dwójce poranki prowadził człowiek - instytucja - Terry Wogan. Obecnie Moylesa słucha co rano 9 milionów Brytyjczyków.

Chris, któremu do tej pory pozwolono poprowadzić dość mało atrakcyjne pasmo między czwartą a szóstą rano (to, które w trójce prowadzi Piotr Łodej), zadziwił wszystkich - w rok przywrócił wskaźniki słuchalności do poprzedniego poziomu aż w końcu prowadzony przez niego program stał się zagrożeniem dla dwójki, zwłaszcza  że Wogan odszedł w r. 2004 na zasłużoną emeryturę. Myłiłby się jednak ten, kto sądzi, że Moyles robi ambitne radio. Wręcz przeciwnie, trudno czasem tego słuchać bez zażenowania. Już pomijam mało eleganckie odgłosy naśladujące bekanie czy puszczanie wiatrów. Chris kocha obrażać. Victorię Beckham nazwał dziwką, Polki - według niego - są dobre do prasowania i prostytucji (czyżby wiedział to z autopsji?) - i tak dalej, i w ten deseń. Poranki w jedynce to popisy chamstwa, braku kultury, najczystszego buractwa i obrażania rozmówców, zwłaszcza kobiet. To wszystko w akompaniamencie skrajnego samozachwytu i samouwielbienia - Chris Moyles sam się ogłosił zbawcą Jedynki! Warto nadmienić, że program skierowany jest do młodego, niewyrobionego intelektualnie słuchacza i taki cel najwyraźniej BBC przyświeca, gdyż tym samym odbiera słuchaczy radiofonii prywatnej, w której jednak takiej hucpy nie ma.

Stąd Moylesowi wolno wiele. I choć nawet jeśli nikt nie wzruszył się specjalnie tym, że jego idol nie dostał pensji, Chris i tak zrobił na tym niezły interes. Stawiam funty przeciwko orzechom, że za ten numer nie wyleci. BBC za wiele ma do stracenia. Ci, którym ta chamówa się nie podoba, mają o wiele ambitniejsze poranki w dwójce, czy przeintelektualizowane radio 4. Po prostu i tak każdy znajdzie coś dla siebie. Przy okazji odpada argument o tym, że takie rzeczy dzieją się z publicznych pieniędzy - bo istnieje alternatywa. Oczywiście Moyles przegnie kiedyś do tego stopnia, że wyleci. Ale dopiero wtedy, kiedy BBC dorobi się godnego (czytaj równie chamskiego i cynicznego) następcy.

PS. A ja i tak słucham dwójki.

Chris Moyles - flagowy okręt Radia 1. Jak długo jeszcze? (fot. Daily Mirror)

A tu można posłuchać jak Moyles wkurza się na antenie, że mu nie zapłacili (tylko dla znających język)

09:11, kicior99 , media
Link Komentarze (6) »
piątek, 30 lipca 2010
Z wykrzyknikiem!

Czyli czekamy na polskie upały

Od kilku lat intrygowała mnie pewna sprawa. Otóż moją ulicą przejeżdża autobus dalekobieżny z Londynu, a tam, gdzie jest miejsce na nazwę, ma napisane Westward Ho! Tak właśnie, w wkrzyknikiem. Tak mnie ten znak interpunkcyjny wkurzał, że postanowiłem ustalić po co tam jest i czemu ma służyć. Ustalenia poczyniłem już rok temu i napisałem stosowny artykuł w Wikipedii. Ukoronowaniem zabawy była wycieczka w to miejsce... Ale najpierw dowód na wykrzyknik:

dscf1520

Miejscowość, malowniczo położona w miejscu, gdzie Kanał Bristolski przepoczwarza się w Ocean Atlantycki, powstała mniej więcej w połowie XIX wieku, a nazwę zaczerpnęła od  tytułu hitowej wówczsas powieści Charlesa Kingsleya, traktującej o emigracji. Jest jedną z dwóch miejscowości na świecie z wykrzyknikiem w nazwie, druga to St-Louis-du-Ha!-Ha!

dscf1500

Nie jest to jakaś ambitna metropolia, miasteczko liczy 4 000 mieszkańców i przypomina nieco nasze Rowy czy Chłopy. W sumie jest tam wszyscko, co ma sprawić, że nasz letni wypoczynek będzie udany.

dscf1518

Muszę przyznać, że jak na Anglię, zwłaszcza wiejską, to dość odważny pomysł architektoniczny. W miejscowościach nadmorskich rzadko spotyka się przymorską architekturę współczesną, tak polularną na południu, a coraz częściej i w Polsce.

dscf1515

Clou miejscowości stanowi długa i szeroka plaża, z częścią kamienistą i piaszczystą. To zdjęcie zostało zrobione podczas odpływu, stąd wydaje się jeszcze większa niż jest  w rzeczywistości. Na tyle szeroka, że nie chciało mi się iść do samego morza...

dscf1509

Na horyzoncie majaczy wyspa Lundy, niewielka, o długości ok. 5 km i bardzo ciekawa. Jeszcze o niej poczytacie.

dscf1570

Choć okazało się, że ten wykrzyknik to najciekawsze, co Westward Ho! nam proponuje, miejscowość jest popularna wśród turystów, leży na ważnych szlakach turystycznych: South West Coast Path, ponad tysiąckilometrowym szlaku pieszym wzdłuż południowo-zachodniego wybrzeża oraz rowerowym Tarka Trail. Zapytacie co to ta tarka - to imię wydry, która rzekomo tu mieszkała a została opisana w popularnej powieści Henry'ego Williamsona. Ot co znaczy kochać literaturę...

07:10, kicior99 , miejsca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 czerwca 2010
Będzie upalne lato

czyli kolejna zagadka

Witanie lata to już tradycja tego bloga. Latoś (jak mawiał mój dziadek) tego lata ma być wyjątkowo gorąco i sucho, nawet w deszczowej Wielskiej Brytanii, toteż wybrałem miejsce, które oprócz ciekawych widoków da trochę ochłody. Pytanie zawsze takie samo: co to za miejsce?

dscf1245

Tak prezentuje się nmiemal natychmiast po wyjściu z pociągu.

dscf1252

Nie, to nie Lazurowe Wybrzeże, choć woda w zatoce, nad którą leży miasto, jest błękitna i roślinność bywa śródziemnomorska. Z tego powodu ten fragment wybrzeża nazywa się angielską rivierą a symbolem miasta jest... palma. Nawet lokalne radio nazywa się Palm 105.4 FM... Zresztą tam wszystko rośnie jak głupie. W pewnym momencie poczułem znajomy acz dawno niespotkany zapach - tak, to lipa szerokolistna, wbrew zapewnieniom fachowców, podręczników i encyklopedii że lipa w Wielkiej Brytanii nie rośnie. Tam nie miała żadnych problemów a jej zapach był dla mnie proustowską magdalenką.

dscf1265

Ratusz, jeden z najbardziej okazałych na południowym wybrzeżu Anglii. Oprócz funkcji kurortu, miasto było - i jest do dziś - jednym z największych ośrodków hrabstwa, w krótym się znajduje. Jego znakomitą mieszkanką była m. in. Agatha Christie.Miasto kojarzą również miłośnicy filmu Hotel Zacisze.

dscf1280

Architektura centrum rozwinęła się w epoce wiktoriańskiej, co wyraźnie widać na głównej ulicy miasta. To najciekawszy budynek, jaki udało mi się tam znaleźć.

dscf1286

Główna ulica miasta nazywa się Union Street, jest niesamowicie długa i strasznie zatłoczona. Ponieważ miasto leży na utworach skalnych, trudno tam o prostą i w miarę mało pochyłą ulicę - z tego powodu niektóre skrzyżowania wyglądają właśnie tak.

dscf1460

A to portowa część miasta. Nie jest to port pełną gębą, jak np. Plymouth, niemniej jednak obsługuje spory ruch pasażerski i turystyczny.

dscf1434

To takie Durdle Door dla ubogich :) - niemniej jednak cieszy oko.

dscf1293

Nie mogłem sobie odmówić tej drobnej przyjemności - najciekawszy komentarz do przegranego meczu, jaki widziałem - znalazłem własnie w tym mieście. Jak się ono nazywa?

 

sobota, 19 czerwca 2010
Wakacje w Anglii

czyli garść porad dla tych co chcą szybko i tanio (cz. 1)

Dziś będzie inaczej. Ponieważ wielu z was zwraca się do mnie z prośbą o garść porad "na szybko" odnośnie wycieczki do Anglii, postaram się w telegraficznym skrócie przybliżyć kilka realiów, z którymi będziecie musieli się zetknąć jako turyści. Zaczniemy od podróżowania po Wyspie.

Pociągi
, choć zostały wynalezione w Anglii, nie wszędzie jeżdżą, zwłaszcza po wielkiej likwidacji linii. Oczywiście między wielkimi miastami istnieje dobra komunikacja kolejowa, im jednak mniejsze miasto, tym gorzej. Nadto przebieg linii jest dość dziwny, bywa, że odległość 60 km pokonuje się z dwoma przesiadkami - tak jest np. między Bridgwater i Yeovil. Na szczęście na większości linii pociągi kursują co najmniej co godzinę. Nie jest to jednak podróż tania. Kiedyś jedna z bulwarówek wyliczyła, że w Polsce podróżuje się 17 razy taniej... Koleje angielskie należą istotnie do najdroższych w Europie. Jednak koszty podróży można znacząco zmniejszyć, jeśli pamięta się o kilku zasadach.

Po pierwsze, nie pchać się w dzień powszedni wczesnym rankiem - bilety na takie pociągi zawsze są droższe, taniej zaczyna się po 8.30. W weekendy obowiązuje tańsza taryfa. Warto również kupić bilet od razu w obie strony - po pierwsze dlatego, że jest on nieznacznie tylko droższy od pojedynczego, po drugie - ma formę open, a powrotną podróż można odbyć w miesiąc od zakupu biletu.

Pierwsza klasa jest zazwyczaj wzbogacona o obsługę kelnerską, ale jest naprawdę droga. W sensie taryf nie istnieje coś takiego jak pociągi ekspresowe, pośpieszne i osobowe - z reguły cena biletu jest taka sama, a jedzie się tym co aktualnie kursuje, trzeba się tylko upewnić, że staje na właściwej stacji, gdyż inaczej można zapłacić karę. Wynosi ona co najmniej 20 funtów.

Rowery można wozić za darmo, jednak z pewnymi ograniczeniami. Nie wolno wysiadać na dużych dworcach z rowerem w godzinach porannego szczytu, nadto w niektórych sieciach, w tym CrossCountry obowiązuje rezerwacja. Można nie zostać wpuszczonym z rowerem jeśli jedzie się na dziko - i mnie coś takiego się już przydarzyło.

Bilety zniżkowe dzielą się na kilka rodzajów. Dla turystów najtańsze są kupowane z dużym wyprzedzeniem, co najmniej dwutygodniowym - wtedy można zapłacić do trzech razy taniej. Każdy pociąg ma pewną pulę takich miejsc, więc warto zatroszczyć się odpowiednio wcześniej. Ponadto - jeśli myślimy o dłuższym pobycie w jednym miejscu - warto kupić bilet turystyczny typu rover, ważny na określonym obszarze (najczęściej hrabstwo lub dwa) przez trzy dni w tygodniu lub siedem w ciągu dwóch tygodni, przy czym turysta sam określa dni podróży.

O angielskich autobusach można by w nieskończoność... Autobusy dalekobieżne (coach) należą najczęściej do sieci National Express, choć są też inne. Z reguły łączą wielkie miasta, rzecz jasna, najczęściej jadą do Londynu. Duży dworzec przesiadkowy znajduje się w pobliżu lotniska Heathrow. Niestety, autobusy uzależnione są od sytuacji na dużych drogach i autostradach, co sprawia, że często się spóźniają i są mało wiarygodne. Z reguły jednak tańsze od pociągu, zwłaszcza jeśli bilet kupi się wcześniej, w kasie bądź przez internet.

Autobusy lokalne to cała epopeja. Niestety, nie zawsze da się ich uniknąć. Z reguły każde miasto ma swoją sieć autobusów podmiejskich, zwykle należących do przedsiębiorstwa First lub Stagecoach. Jako, że są dofinansowywane przez gminy, ich trasy przebiegają w sposób, który z logiką nie ma nic wspólnego - każda wieś chce mieć komunikację z miastem. Dość powiedzieć, że trasę Glastonbury - Bridgwater (21 km) pokonuje się w siedemdziesiąt minut! Bilety wyłącznie u kierowcy. W niektórych sieciach (np. w Kornwalii) istnieje możliwość kupienia dziennego biletu turystycznego, zawsze tańszego niż pojedyncze przejazdy. Warto również zwrócić uwagę na specyficzny sposób wysiadania z autobusu. Tylne drzwi nie istnieją. Na jakieś 100 m przez przystankiem należy nacisnąć przycisk, a wstać i ruszyć do wyjścia dopiero, gdy autobus stanie. Dziwne to, ale przynajmniej nikt się nie wywala.

Autostop w Wielkiej Brytanii praktycznie nie istnieje. Oczywiście ta forma podróży jest znana, ale mało kto z niej korzysta. Jeśli już ktoś zdecyduje się na stopa, musi się liczyć z długim czekaniem. Punkty, gdzie najlepiej złapać auto są takie same jak w całej Europie.

Rower to wcale niegłupie wyjście, zwaszcza jeśli chce się zwiedzać coś innego niż tylko centra dużych miast - tam jednak lepiej spicuje się autobus, a np. jazda rowerem po centrum Plymouth to rozrywka dla masochistów. Można go wozić koleją, poza tym w Anglii istnieje dobry system turystycznych dróg rowerowych i niezła obsługa tej gałęzi turystyki: mapy, przewodniki, informacja itp. Z reguły nie płaci się ekstra za rower, a rowerowe parkingi są prawie wszędzie. Przy większych trasach rowerowych, jak np. Tarka Trail czy Camel Trail istnieją wypozyczalnie rowerów. (cdn)

dscf1222

Angielskie wybrzeże ma swoje uroki...

DSCF0001a

Na trasie rowerowej Bristol - Land's End

sobota, 12 czerwca 2010
Owca to niezła kosiarka

czyli uciekam przed mundialem

 

Urlop mi się kończy, więc trzeba gdzieś pojechać. Tym razem postanowiłem chwycić byka za rogi i wdrapać się na wyjątkowo ambitną górę - Glastonbury Tor. Jest ona przedmiotem niestworzonych legend: tu miał być pochowany król Artur, u jej podnóża, w studni, ukryty święty Graal. Założyłem z góry, że kielicha nie znajdę, co oszczędziło mi 3.50 za obejrzenie studni.

dscf1108

Wysokość - 161 metrów nad poziomem morza. Nie jest to zbyt ambitne, choć morze jest całkiem niedaleko a wysokość nad miastem Glastonbury przekracza 120 metrów. W sam raz na zrzucenie zbędnych kilogramów po obiedzie. Tych siedem tarasów, widocznych na zdjęciu, jest do dziś przedmiotem dociekań - nikt nie wie, skąd się wzięły.

dscf1134

Już jesteśmy na szczycie. Od podstawy wzgórza zabrało mi to piętnaście minut najkrótszą, ale najbardziej stromą trasą.

dscf1160

Dziś miasto łączy ze wzgórzem linia autobusowa ale kiedyś pielgrzymowamo do tego miejsca zgoła inaczej. Pielgrzymowano, bo Glastonbury Tor od bardzo dawna był przedmiotem kultu.

dscf1131

Pozostałość po drugim kościele w tym miejscu. Pierwszy pochłonęło trzęsienie ziemi w r. 1275. Ten drugi trwał aż do likwidacji klasztorów przez Henryka VIII. Wieża to niemy świadek różnych ponurych zdarzeń, w tym stracenia Henry'egop Whitinga, ostatniego szefa zakonu w Glastonbury.

dscf1115

Domy i mosty, małe miasta, duże wioski... Wieża jest wspaniałym punktem widokowym, z którego można podziwiać aż trzy hrabstwa: Somerset, Wiltshire i Dorset. Przy dobrej pogodzie widać także Walię. Tak wygląda Glastonbury z lotu ptaka.

dscf1142

To widok na wzgórza Mendip i charakterystyczny nadajnik telewizyjny. Miasto widoczne u ich podnóża to Wells, którego o wiele wyraźniejsze zdjęcia są poniżej.

dscf1153

Ta wspaniała trawa utrzymana jest przez najbardziej naturalną kosiarkę świata... Zbocza wzgórz z utrzymywane są przy pomocy owiec, które pasą się tu co jesieni. Nie stosuje się żadnej innej techniki, z najnowszą włącznie. Efekt - zdumiewający. Jednak najlepsze jest to, co sprawdzone.

dscf1157

Jeszcze mały żarcik naury - wieża jest naprawdę na najwyższym szczycie...

dscf1169

... i dumnie wznosi się nad chyba najciekawszym i najmroczniejszym miastem Somersetu, o którym jeszcze sporo napiszę.

11:29, kicior99 , miejsca
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: