czwartek, 27 maja 2010
Mały eksperyment

czyli wrażenia z Glastonbury

Miejsce niemal święte dla Anglików. Tu rzekomo miał bywać - i zginąć król Artur, tu utworzono najstarszy zakon w Anglii, powstały w XI wieku. Miał się świetnie do momentu panowania króla Henryka VIII, który wiele zakonów rozpędził w 4 strony świata. Później miejsce to było swoistymi "kamieniołomami" dla innych budowli. Obecnie jest jedną z największych atrakcji turystycznych południowej Anglii i Somersetu. Wstęp - 5.50 ale naprawdę warto. Poza tym na terenie klasztoru ma się ponoć znajdować jeden z siedmiu czakramów Ziemi, czakram miłości. Czy w moim przypadku zadziałał - jeszcze się okaże...

Dziś będzie zupełnie inaczej. Nie zamieszczę zdjęć (te są na facebooku) ale panoramę z komentarzem, niestety po angielsku, to po prostu fragment przewodnika, nie miałem warunków, aby ten tekst przygotować po polsku. Zamieszczam tytułem eksperymentu.

Na początku panoramy część, która nie ostała się czasowi i jest wyłącznie ruiną. Piękną, tajemniczą, ale jedynie ruiną. Środkowa część to miejsce, gdzie poza strukturami poziomymi (czyli, mówiąc po ludzku, znakami na ziemi) uchowało się bardzo niewiele. Znajduje się tam doskonale zagospodarowany park. Nartomiast budowla kończąca panoramę to jedyny obiekt, który przetrwał próbę czasu w całości - kuchnia klasztorna.

Aha, uprzedzając pytania, na Glastonbury Tor, wzgórze pod miastem, się nie wdrapałem. Było zamglenie, zdjęcia wyszłyby średnio a łazić po to by łazić nie lubię.

19:48, kicior99 , kultura
Link Komentarze (2) »
środa, 26 maja 2010
Wycieczka bez klucza

czyli gdzie mnie oczy poniosły

W zasadzie nie powinno być tu żadnego wstępu. Bo co niby napisać? Że po prostu wsiadłem sobie w autobus i pojechałem do miejscowości, z którą spotkałem się jedynie pisząc hasło do Wikipedii? Tudzież widywałem w charakterze napisu na autobusach? Żeby jeszcze była tak intrygująca jak np. Porlock (o którym niebawem) ale Watchet? Owszem, w przeszłości włóczył się tu niejaki Coleridge, jeden z poetów romantycznych, ale jednak w Nether Stowey bywał częściej. W Anglii jest również mało znane, poza miejscowymi mało kto o nim słyszał, w dużym przewodniku po Anglii są o nim trzy linijki. Czyli wsiadając do autobusu stałem już na straconej pozycji... Żeby nie było - wycieczka bardzo się udała, a com widział i przeżył - pokazuję. Zdjęć z tego wypadu mam całą masę i długo zastanawiałem się, co pokazać...

dscf0657

Pierwsze pytanie - idiotele: Czy nasza miejscowość leży w górach czy nad morzem?

dscf0661

Najwyraźniej mie mają tu co robić z łódkami. Tego typu ozdób przyuważyłem znacznie więcej.

dscf0681

W tych jachtach na szczęście nie rosną kwiatki - sprawdzałem. Watchet słynęło kiedyś z budowy łodzi i jachtów, szkutnictwo uprawia się tu po dziś dzień, choć jest to rzemiosło zanikające.

dscf0699

Żeby zakończyć już tematy morskie - miasto lezy nad Kanałem Bristolskim. Po przeciwnej stronie widać Walię - okolice Cardiff.

dscf0675

Czy zastanawialiście się kiedyś nad sensem wyrażenia "dom nad rzeką"? O ile zwykle mamy na myśli to, że znajduje się on przy rzece, tu jest zgoła inaczej...

dscf0670

Krótka wycieczka w czasy wiktoriańskie. To stoisko warzywno-owocowe utrzymane jest w konwencji późnego dziewiętnastego wieku, ale to żadna atrapa! I jast jak najbardziej samoobsługowe. Pieniądze za towar wrzuca się do puszki a gospodarza ani widu ani słychu. Niesamowite, prawda?

dscf0663

Na centralnym deptaku (ach jak to dumnie przmi) spotykamy kilka spiżowych pomników marynarzy.

dscf0694

Czemu ja nigdy nie chodziłem do takiej ślicznej biblioteki?

dscf0716

Gdzie Anglia - tam oczywiście pociągi, najlepiej stare. To parowóz linii West Somerset Railway. Kiedyś zlikwidowana w ramach tzw. Beeching Axe - cynicznego likwidowania kolei przez konserwatywny rząd w latach 1963 - 1970, odrodziła się i dziś działa jako kolej turystyczna i cieszy się sporym powodzeniem.

05:53, kicior99 , miejsca
Link Komentarze (4) »
środa, 12 maja 2010
Najmniejsze city w Anglii

czyli zagadka na powrót :)

Co jest najtrudniejsze w nauce języka obcego? Gramatyka? Nie, tę da się zrozumieć. Wymowa? Może, ale to wszystko da się uporządkować i przećwiczyć na tyle, by uniknąć większej wtopy. Jednak uparcie będę twierdził, że słówka. I tak słowniki tłuką nam że platform to peron. Ślepo im wierzymy do momentu, kiedy wejdziemy na peron, dajmy na to dworca Bristol Temple Meads i na jednym zastaniemy cztery.
Podobny zamęt powstaje przy słowie oznaczającym miasto. Znów słowniki mętnie tłumaczą, że city to duże, town - małe. A prawda jest w tym przypadku o wiele bardziej złożona. Takie Reading (300 000 mieszkańców) to jeszcze mieścina, a piętnastokrotnie mniejsze Truro to już dumne city ze wszelkimi szykanami. Otóż city jest jak szlachectwo, czy, jak kto woli, dziewictwo - albo się je ma albo nie. Z tym tylko wyjątkiem, że dziewicą z odzysku być nie można, a city - i owszem.
City to oficjalnie nadawany status. Kiedyś wyznaczało go posiadanie katedry, choć od dziewiętnastego wieku reguły się nieco zmieniły, liczy się rozwój, posiadanie uniwersytetu, prestiż. Pierwszym city bez katedry został Belfast. Status city nie daje dosłownie nic - poza prestiżem, a jednak ubiega się o niego wiele miast, nierzadko bez powodzenia. Po więcej informacji zapraszam do medalowego artykułu w wikipedii "Miasta ze statusem City w Wielkiej Brytanii".
Postanowiłem zrobić sobie wycieczkę do najmniejszego city w Anglii. Jakie to miasto?

dscf0818

Centrum naszego miasta. Niepodzielnie rządzi tu katedra, stanowiąc o jego uroku.

dscf0827

Ta sama katedra z bliska. Jak na dziesięciotysięczne miasto - zaiste imponująca.

dscf0830

... i dopracowana w każdym szczególe.

dscf0834

Bezpośrednie sąsiedztwo katedry. Takich urokliwych zakątków miasto ma sporo.

dscf0843

Tuż za nią znajduje się otoczony fosą pałac biskupi.

dscf0869

Ten sam pałac z bliska - zwrćcie uwagę na stan słynnej angielskiej trawy...

dscf0853

Tuż za fosą. Każde city gdzieś się kończy... Miasto leży u podnóża wzgórz Mendip, choć zaczynają się one dopiero za tymi krowami.

dscf0876

Podpowiedź numer jeden - filmowa. Ten sklep Somerfielda zostaje kompletnie zdemolowany w uroczej komedii Ostre psy (Hot fuzz)

dscf0881

Podpowiedź numer dwa - geograficzna. Zdjęcie z dworca autobusowego - mimo że city, miasto nie ma obecnie dworca kolejowego. Czy już wiecie, co to za miasto? Odpowiedź za kilka dni.

 

Odpowiedź

Okazuje się, że jednak nie było trudne. Istotnie to miasto - studnia (jeśli już tak bardzo gramy w skojarzenia). Podpowiedzi była masa - i tytuł artykułu w Wikipedii, w którym zdjęcie katedry z nazwą miasta jest na poczesnym miejscu (ta podobała mi się najbardziej), i artykuł o Mendipach  i masa innych podpowiedzi. Następnym razem łatwo nie będzie :( I oczywiście dziękuję za wszystkie miłe słowa. Swoją drogą artykuł o tym mieście w Wikipedii jest fatalny i jak znajdę trochę czasu, postaram się go przerobić - może do takich rozmiarów jak Bristol czy Bridgwater, bo miasto na to zasługuje.

dscf0886

 

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Breaking news

Trzeba powiedzieć, że w tych dniach media brytyjskie informują bardzo rzetelnie i z dużą nutą sympatii o wypadku i Polsce w ogóle. W zasadzie wyłapałem jeden dysonans - patrz screen z telewizji BBC News. Rozumiem pogoń za sensacją, ale tak wieloznaczny tytuł nie powinien się przytrafić tak szanowanej firmie.

kill1

wtorek, 06 października 2009
Ostatni list

czyli najważniejsza decyzja premiera

Czy zastanawialiście się, co będzie się działo w momencie, gdy dojdzie do jakiegoś straszliwego kataklizmu, zniszczenia połowy kraju, zwłaszcza w wyniku wybuchu wojny atomowej. Krótko - gdy kraj będzie doprowadzony do takiego stanu, w którym będzie groziła pełna anarchia. Obrazowo - rząd zabity, parlament wysadzony w powietrze, Downing Street jest lejem po wybuchu bomby. Może to obecni obraz rodem z amerykańskich upiornych filmów, ale przecież takie niebezpieczeństwo stale istnieje i lekceważyć go żadną miarą nie można.

Nie wiem, jak to jest rozwiązane w Polsce choć podejrzewam, że stosowne procedury istnieją, I być może są zbliżone do brytyjskich. Jak to się robi na Wyspach? Otóż decyzje kto ma rządzić krajem i jak postępować dalej w wyniku katastrofy nuklearnej zapadają zawsze po nominacji nowego premiera. Nowa głowa rządu zaczyna od wyznaczenia na urząd premiera drugą osobę, nieznaną publicznie z imienia i nazwiska. Następnie sporządza ręcznie cztery kopie listu, zwanego "letter of the last resort", co można przełożyć, jako listy ostatniej instancji. Taki list zawiera instrukcje co należy robić, kto ma rządzić krajem, kto ma sprawować władzę, gdy premier i jego tajny następca stracą życie, a także szereg innych wskazówek.

Co dzieje się z tymi listami? Z uwagi na charakter klęski, trudno byłoby umieścić je w jakimkolwiek sejfie na ziemi. Dlatego też wszystkie cztery kopie trzymane są... na morzu. Wkrótce po napisaniu, każdy list jest przekazywany do jednego z czterech statków - niszczycieli nuklearnych, które posiada Wielka Brytania, klasy HMS Vanguard, tych samych, które wyposażone są w głowice nuklearne Trident (na zdjęciu z lewej). Tam, adresowane do kapitana okrętu i uprzednio odpowiednio zabezpieczone, spoczywają sobie w podłodze sterowni okrętu.

Co ciekawe - listy te pisane są pierwszego dnia władzy nowego premiera, który jest często gęsto zupełnie do tego nieprzygotowany. Lord Guthrie, który jest odpowiedzialny za tę procedurę, stwierdził, że gdy Tony Blair został poinformowany, co należy zrobić, stwierdził, że jest do tego nieprzygotowany i na długą chwilę zaniemówił... Czyżby więc ta w sumie najważniejsza decyzja premiera miała być podjęta w strachu przed samym sobą?

Margaret Thatcher poznaje tajniki łodzi podwodnej. Na tym zdjęciu zmaga się z peryskopem. (fot. The Daily Mail)

sobota, 03 października 2009
Bransoletka od seksu

czyli o sztuce manipulacji

Gdy uczyłem się języka niemieckiego, do Polski dochodziły już erefenowskie brukowce, na nasze musieliśmy jeszcze poczekać. Lubiłem czytać Bild Zeitung. Nie dostrzegałem potężnych manipulacji, jakich dopuszczała się ta gazeta, dla mnie było ważne, że artykuły pisane są prostym, klarownym językiem i podane są na tyle atrakcyjnie, że czytanie jest przyjemnością. Później, gdy dorobiliśmy się własnych szmatławców, a i ja zacząłem pracować w gazecie, metody prasowej manipulacji i robienie w konia czytelnika stały się dla mnie o wiele bardziej zrozumiałe (co nie znaczy, że stosowałem je w praktyce...). Wszystko to pikuś, szczeniaczek zaledwie przy tym co robią brukowce brytyjskie, nie bez kozery uważane ze mistrzów w ogłupianiu czytelnika. Zerknijmy zatem, jak to robią prawdziwi profesjonaliści.

W przedwczorajszym numerze bulwarowego dziennika The Sun ukazał się artykuł na całe dwie strony, zatytułowany: Bransoletka, która oznacza, że wasze dziecko uprawia seks. Słowo seks pogrubione do monstrualnych rozmiarów, patrząc na nie mamy wrażenie, że nas zjada. O co chodzi w tej historii? Otóż wśród angielskich dziewcząt w wieku od siedmiu do -nastu lat jest moda na noszenie różnokolorowych bransoletek. Tak naprawdę - grzmi gazeta - owe bransoletki są sekretnym kodem w dziecięcym języku. Jeśli chłopiec złapie za żółtą bransoletkę, dziewczyna musi go uścisnąć. Kolor pomarańczowy oznacza pocałunek, fioletowy - z języczkiem, różowy - pokazanie piersi, czerwony - taniec brzucha, niebieski to seks oralny a czarny to pójście na całość. Najcenniejsza i najrzadziej spotykana jest obręcz złota, a ten szczęśliwiec, który za nią chwyci, dostanie wszystko co powyżej. O sprawie poinformowała gazetę niejaka Shanne Johnson z Sheffield, matka ośmioletniej dziewczynki, która w przypływie szczerości wyklepała mamie, że ta czarna oznacza zrobienie dzidziusia. Rezolutna i rozsądna matka, zamiast skonsultować się z jakimkolwiek specjalistą, leci wprost do największej bulwarówki. Daje się rzecz jasna sfotografować z córką.

Każdy, kto przeczyta tę wstrząsającą opowieść, ma prawo poczuć się przerażony. Jeśli historia dotyczy ośmioletnich dzieci to już nie zagrożenie a prawdziwa klęska. Czytelnik mający progeniturę w tym wieku, musi jakoś zareagować.

Spójrzmy teraz nie na kolorowe obrazki, a na rzeczywiste fakty, które zawiera artykuł. Po pierwsze - opowieść podana jest tylko z powołaniem na jedno źródło. Dziennikarz raczej nie znalazł potwierdzenia tych rewelacji gdzie indziej. Przepraszam, znalazł. Pisze: Jeden rodzic, który podsłuchał swą czternastoletnią córkę, powiedział... Rzeczywiście, wstrząsające źródło.

Fakt drugi - dziennikarz nie splamił się zasięgnięciem opinii u żadnego specjalisty, co jest nie tylko powszechnie przyjętym zwyczajem dziennikarskim, ale ta sama gazeta potrafi sięgnąć do tego środka, o ile uzyskane stamtąd informacje są jej wygodne. Wielka Brytania jest do tego stopnia uczulona na seks dzieci, że, gdyby podane fakty były choć po części prawdą, chętnych do potwierdzenia i głębokiej analizy by nie brakowało. Jak również procesów z tego powodu, wyroków i jeszcze bardziej krzykliwych artykułów w tej samej gazecie. Wiem że to dowód z braku dowodów, sądzę jednak, że w przypadku prasy brytyjskiej nader celny. Tak tu po prostu jest. A tu? W całej historii z imienia i nazwiska wypowiada się jedynie matka dziewuszki. Dziecię coś wspomina o seksie, do którego miało rzekomo dochodzić, gdy chłopak ucapił bransoletkę,  ale chyba do końca nie wie, skoro gazeta nie cytuje jej słów a po prostu je omawia.

Zadałem sobie trud sprawdzenia tych rewelacji na internecie. Owszem, coś tam znalazłem na facebooku, wszystko to indywidualne opisy i żadnych oficjalnych informacji. Wygląda to wyłącznie na zabawę werbalną. Inny, tym razem o wiele bardziej wyważony artykuł, w poważniejszym Guardianie, bagatelizuje problem i pisze o nim jako niewinnej zabawie bez większych konsekwencji. Pytałem rodziców, którzy mają dzieci w wieku szkolnym - pierwszy raz słyszeli o "shag band". Owszem, seks młodzieży jest problemem w UK, ale historia opisana powyżej ma na celu jedynie wywołanie świętego oburzenia i podniesienia czytelnictwa tytułu. Odpowiedzialnego dziennikarstwa nie ma tu w ogóle, jest za to modny temat, skandal i zysk koncernu. Przyjemnej lektury!

Matka i córka. W tej całej historii zdjęcie jest najważniejsze i ma uzmysłowić czytelnikowi rangę problemu. (fot. The Sun)

08:10, kicior99 , media
Link Komentarze (9) »
czwartek, 01 października 2009
Nie robią wiochy...

czyli wedrówki po angielskich wsiach

Mój pierwszy kontakt z wsią angielską przypominał nieco film wojenny, albo jeszcze gorzej, koszmar po eksplozji bomby neutronowej. Szedłem przez pustą, dosłownie wymarłą wioskę, usiłując znaleźć kogokolwiek, kto wskazałby mi drogę. Nie słyszałem nawet charakterystycznego szczekania wiejskich kundli. Zero życia. Cudem zmaterializował się jakiś chłopiec, który ochoczo wskazał mi drogę, choć zaczepiłem go bardzo niechętnie, gdyż w Wielkiej Brytanii takie zachowanie może być zrozumiane nader opacznie.

Przez tę wioskę przejeżdżałem jeszcze wiele razy i nader rzadko spotykałem jakąś duszę. Nie tylko zresztą tam, ogólnie wioski południowej Anglii przypominają krajobraz po wybuchu bomby neutronowej - jest wszystko, brakuje tylko życia. Zresztą, nie jest to specyfika do końca brytyjska, tak jest w całej Europie północno-zachodniej.

W zeszłą sobotę postanowiłem obejrzeć sobie dolinę rzeki Tamar i pogranicze kornwalijsko - devońskie. Gdy dotarłem do Calstock, z początku coś mi nie grało. Niby tak jak wszędzie, kościół, pub, mały sklepik Spara, budka telefoniczna i skrzynka na listy. Ale nie, coś jest inaczej. I, gdy w wąskiej uliczce przecisnąłem się z trudem obok jakiej pani z pieskiem, potrafiłem już nazwać to co tak bardzo mnie niepokoiło. Otóż ta wioska żyła. Ludzie chodzili, rozmawiali ze sobą, wyprowadzali psy. I co absolutnie unikalne w Anglii, gdzie żelazną zasadą jest my home is my castle, wielu z nich żyło przy otwartych drzwiach; można było popatrzeć, jak mieszkają - a żyją i mieszkają ubogo, jeśli nie biednie, za to bardzo schludnie. Podobny obrazek zobaczyłem w innej wiosce, tym razem po kornwalijskiej stronie, w Gunnislake.

Mimo wielu starań nie dane mi było dociec, dlaczego właśnie te dwie wsie różnią się tak znacznie od pozostałych. Może jest ich więcej - ale jednak angielska rzeczywistość wiejska to wsie - widma, ze szczątkowymi oznakami egzystencji. Anglia jest krajem, w którym ok. 94 procent ludności mieszka w miastach lub zespołach miejskich. Rewolucja techniczna zapoczątkowała deruralizację, a później było tylko gorzej. Ba, konkurencyjny import w latach dziewięćdziesiątych załatwił definitywnie rolnictwo, do tego stopnia, że na wielu polach po prostu nic się nie dzieje, albo są zamienione w łąki, na których pasą się owce i inne krokodyle.Tereny wiejskie Anglii są po prostu nudne; ziemie skomasowano, sprzedano właścicielom ziemskim, którzy prowadzą gospodarkę ekstensywną i pola wyglądają jak w Polsce w epoce PGR-ów, czyli niekończące się łany jęczmienia czy rzepaku. Ludzie zaś wyemigrowali do miast, a domy posprzedawali zblazowanym londyńczykom, którzy przyjeżdżają do nich na dwa tygodnie w ciągu całego roku… Mało też jest osób utrzymujących się wyłącznie z rolnictwa; dominuje model (jak ja nie cierpię tego słowa) chłoporobotnika.

Muszę powiedzieć, że jako osoba wychowana na wsi, patrzę na to wszystko z żalem. Gdy podobne obrazki oglądałem w Niemczech a potem we Francji, sądziłem, że to przypadek. Anglia upewniła mnie jednak - wieś jest w odwrocie. I jeszcze jedno - zawsze uważałem, i do tej pory uważam, że ludzie na wsi są jednak lepsi…

dscf0609

Calstock. W tej dziwnej wsi wielu ludzi zyło nawet przed domem...

dscf0605

Centrum Calstock. Wąsko i kolorowo.

poniedziałek, 28 września 2009
Wytłuc wszystkich dżentelmenów!

Czyli jak Kornijczyk z Devoniakiem

To było ponad miesiąc temu. Dave, znajomy Anglik mieszkający w Kornwalii, gdzieś pod Truro, zapytał mnie, gdzie wybieram się na urlop. Gdy usłyszał, że wybrałem północny Devon, wściekł się niemal. Po co jedziesz do tych ...? Już nie masz gdzie pieniędzy zostawiać? Oni są nic niewarci... Uważny czytelnik blogu wie, że jednak wybrałem Kornwalię, a ja sam nie wiem do końca, czy Dave nie wpłynął znacząco na mój wybór.

Konflikty regionalne są stare jak świat i dotyczą nie tylko krajów, ale i odbywają się w ich wnętrzach. Kto nie słyszał o świętej wojnie Warszawy z Krakowem, Gorzowa z Zieloną Górą, Torunia z Bydgoszczą, Śląska z Zagłębiem... To zjawisko istnieje na całym świecie i Wielka Brytania też nie jest od takich zatargów wolna. Oczywiście najstarsze i najważniejsze zatargi dotyczą wzajemnego stosunku Anglików i narodowości celtyckich: Szkotów czy Walijczyków i mają silne umocowanie w historii. Jako że mieszkam w sumie na pograniczu angielsko - walijskim, a do Cardiff mam wszystkiego ok. czterdzieści kilometrów, często doświadczam tej wojny na własnej skórze. Ale o tym innym razem. Nie sądziłem jednak, że bardzo silne antagonizmy występują między Kornwalią i Devonem.

Kiedy zapytałem Kornwalijczyka dlaczego, odpowiedział pytaniem na pytanie: a dlaczego wy nie lubicie Niemców? A na moją uwagę, że jednak II wojna światowa nie rozpoczęła się w Kornwalii, odparł spokojnie: rebelia modlitewników. Oczywiście to tylko symbol, punkt zwrotny ale...

Do czasów panowania Henryka VIII (tego od sześciu żon) Kornwalia była krainą zamieszkałą przez Celtów, jednojęzyczna (panował kornijski), o ogromnej odrębności kulturowej. Wymuszone przez Henryka VIII przejście na anglikanizm wiązało się ze zmianą języka na angielski, za sprawą tzw. prawa uniformizacji (1549). Wprowadzono nowe modlitewniki w języku angielskim (Book of common prayer). Doszło do zmasowanych protestów, przeciw nowemu językowi wystąpiło 4 tysiące osób, a konflikt przeistoczył się w wojnę domową. Buntownicy występowali przeciw wynarodowieniu, które przypisywano, co ciekawe, wyższym warstwom społecznym  i gerneralnie ludności angielskiej. Nie bez kozery hasłem rewolty było Kill all gentlemen!

Konflikt o dużym zasięgu terytorialnym, od Exeteru po Penzance, skończył się porażką rebeliantów; w walkach zginęło 4 tys. osób, następne tysiąc powieszono. Porażka miała również dalej idące konsekwencje, doprowadziła w dłuższej perspektywie do upadku faktycznej autonomii Kornwalii i zaniku języka kornijskiego. Choć powód zaiste ten sam, porównywanie tych wydarzeń z historią dzieci wrzesińskich jest trochę nietrafne, i przebieg inny, i koniec nie ten.

Niechęć do Anglików (a Devon jest przecież bliskim, namacalnym wręcz angielskim tworem) została do dziś, choć obecnie dominują względy raczej ambicjonalne. Dogadują sobie przy każdej okazji; gdy w r. 2004 Devon otrzymał nową flagę, na Kornwalii pojawiły się głosy, że... chcą zerżnąć ich kulturę, flaga jest zbyt podobna do kornwalijskiej, a w ogóle to jej patron, st Petroc, był Kornwalijczykiem i mieszkał w Padstow. Oba hrabstwa nie grzesząc bogactwem zarabiają na turystyce i są wobec siebie niejako konkurencyjne. Devon ma znaną na całym świecie nazwę, ale rodzina królewska ma jednak tytuł książąt Kornwalii...

dscf0628

Calstock, pogranicze kornijsko - devońskie. Granica biegnie wzdłuż rzeki Tamar (pod mostem). Zdjęcie z mojego sobotniego krótkiego wypadu - stoję rzecz jasna po kornwalijskiej stronie :)

niedziela, 27 września 2009
300 wpisów

czyli okolicznościowy konkursik

Jak ten czas leci... To już nie blog, to prawie książka. Po roku chciałem go zlikwidować, jednak okazał się potrzebny, tak bardzo potrzebny, że mimo półrocznej dziury we wpisach non stop utrzymywał się w pierwszej setce na bloxie. Radość moja jest ogromna, zwłaszcza, że wpisy do googli świadczą, że wstrzelił się idealnie w rynkową lukę, jaką jest brak dobrej pozycji o Anglii, będącej nie tylko przewodnikiem, ale również zbiorem esejów i ciekawostek. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco podziękować wszystkim, że nie daliście blogowi zginąć. A teraz, misiaczki, sprawdzimy, czego się nauczyliście :). Na wszystkie pytania odpowiedzi można znaleźć w blogu.

1. W skład angielskiego śniadania nie wchodzi
a) kiełbasa
b) fasolka
c) ser cheddar
full-english-vegan-breakfast-reduced

2. Przedstawiona na zdjęciu flaga, dla zmylenia wroga nieco zwinięta,  to barwy
a) Devonu
b) Kornwalii
c) Somersetu

dscf0595

3. Linie kolejowe Kornwalii i Devonu zostały zaprojektowane i w większości wybudowane przez:
a) George Stephensona
b) Isambarda Kingdom Brunela
c) Jamesa Watta
dscf0601

4. W północnek Kornwalii znajdują się ruiny zamku na wpół legendarnego średniowiecznego króla, znanego z licznych legend. Mowa o:
a) Królu Arturze
b) Wilhelmie Zdobywcy
c) Henryku VIII
dscf0285

5. Pies Baskerville'ów, wyjątkowo chamska bestia, bohater opowiadania Artura Conan Doyle'a, pochodzi z wrzosowiska Dartmoor w hrabstwie
a) Berkshire
b) Wiltshire
c) Devon
piesbaskervillow

6. Jeden z najbardziej kontrowersyjnych budynków w Anglii znajduje się w Londynie i nosi popularną nazwę (ale nie tę mało przyzwoitą:) :
a) meczet
b) strażnik
c) ogórek
London_15

7. Urwiste wybrzeże zachodniej Anglii zbudowane jest z:
a) granitu
b) łupków
c) wapienia
dscf0385


(fot. własne, pressroom.pulstv.pl, /thriftyliving.net/)

piątek, 25 września 2009
Pamiętać jak Anglik

Wspominając Anette Grosvenor (1946 - 2009)

Przy wyjeździe z Bridgwater na Taunton, przy drodze A38, można zauważyć obrazek nader niezwykły jak na angielskie warunki. Prawie przy jezdni, od ponad czterech lat, zawsze jest bukiet świeżych kwiatów. Zupełnie przypadkiem wiem, co się wtedy stało, bo obserwowałem tę scenę, byłem tez jedną z osób, które dzwoniły na pogotowie. Rowerzysta, mocno po pięćdziesiątce, zasłabł nagle i osunął się na pobocze. Akcję reanimacyjną prowadziło dziesięciu ratowników medycznych przybyłych trzema karetkami. Na próżno. Znałem tego człowieka. To był Polak.

W Anglii nie ma zwyczaju stawiania krzyży przydrożnych i przybijania (sic!) wieńców do drzew. Pamięć tych, którzy odeszli, czci się zupełnie inaczej. Powiedziałbym, że tyle godnie, co pragmatycznie. Najpopularniejsze są ławki - pomniki, stawiane przez rodziny zmarłych w miejscu, gdzie ich ukochany bliski lubił siedzieć, karmić ptaki i łowić ryby. Chyba nie ma większego parku pozbawionego tych specyficznych pomników. Oczywiście usiąść może każdy…

Każda gazeta lokalna posiada stronę zwaną obituary. Nie zawiera ona z reguły nekrologów w formie, do której przywykliśmy, z ramkami i zdawkowymi kondolencjami. Zmarłych wypisuje się raczej na liście. Natomiast żelazną częścią każdej takiej strony są wspomnienia pośmiertne, niekoniecznie pisane zaraz po tragedii, bywa, że wiele lat po niej. Inną formą pamięci, tym razem już nieco mniej ponurą, jest umieszczanie z okazji urodzin zdjęć jubilatów przy drodze czy w gazetach. Są to zazwyczaj fotografie wesołych dzieciaków, które w danej chwili kończą, powiedzmy, czterdzieści lat.

Typowo angielskie są również dość niekonwencjonalne formy czczenia pamięci odeszłych. Ostatnio spotkałem się z tym podczas wypadu do Dartmouth, a to co wzbudziło moje lekkie zdziwienie, przedstawia fotografia poniżej. Przed przeczytaniem myślałem, że to życzenia urodzinowe, gdyż wcześniej takie widywałem. Zmarły młody chłopak musiał być naprawdę lubiany, by zasłużyć sobie na tak spontaniczny gest kolegów… Na pogrzeb, zwłaszcza osoby młodej, wypada również przyjść w koszulce lub z szalikiem drużyny, której zmarły kibicował. Odnoszę wrażenie, że mniej ważny jest smutek, a bardziej rzeczywiste uczucia, którymi darzyliśmy tych, których już nie ma z nami. Niedawno zmarła moja koleżanka z pracy. Angielskim zwyczajem w pracy wystawiona była puszka na datki pieniężne. Ponieważ z tą koleżanką żyliśmy, powiedzmy, rożnie i na dodatek wszyscy to wiedzieli, któryś z Anglików powiedział: nie musisz się dokładać. Jakie było jego zdumienie, gdy publicznie wrzuciłem tam trochę forsy. Wcale nie dlatego, że wypadało, czy przez szacunek - ja ją w sumie lubiłem. I tak ten gest został odebrany. A tekst ten piszę na komputerze, na którym Ona bardzo lubiła pracować...

dscf0495_1
Pamięć o człowieku...


dscf0503
Tabliczka na pamiątkowej ławce

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: