niedziela, 20 września 2009
Statki, kryminały i silniki

czyli moja urodzinowa wycieczka

Ta liczba po lewej nie jest przypadkiem. Tyle właśnie mi dziś stuknęło. A że jako człowiek samotny o własny prezent urodzinowy muszę niestety zadbać sam, postanowiłem (nader oryginalnie, prawda?) zrobić to co najbardziej lubię, czyli pojechać na wycieczkę. Aha, i kupić książkę, ale to zupełnie na marginesie. Do Dartmouth wybierałem się dawno; miasto leżące przy ujściu rzeki Dart do Kanału La Manche, już w średniowieczu było ważnym portem naturalnym i status ten zachowało bardzo długo. Tu między innymi zawinął jako do ostatniego portu w Europie statek Mayflower, wiozący pierwszy rzut anglosaskich kolonizatorów Ameryki. Stąd wyruszyły pierwsze łodzie do Normandii, by lądowaniem aliantów rozpocząć wydarzenie, które dało kres II wojnie światowej (duch Szarika gdzieś tam poszczekuje z rozpaczy). Co prawda po wojnie port stracił na znaczeniu, jednak sławę zachował i jest jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc w całym hrabstwie Devon. Jesteście gotowi?

dscf0457_1
Anglicy nie byliby sobą, by do tak atrakcyjnego miejsca nie dało dojechać się jakąś efektowną koleją. O niej napiszę za kilka dni, bo warto, na razie podziwiajmy pejzaż okolic Dartmouth.

dscf0465_1
Często w przewodnikach czytamy: Miasto malowniczo położone nad rzeką... I co ja mogę na to, że w tym wypadku to prawda? Miałem kłopot z wyborem zdjęcia, bo trudno jedną fotą oddać klimat tego bardzo specyficznego miasta.


dscf0475_1

Zabudowę centrum stanowią domy z różnych epok i stylów, może dlatego miasto jest słynne ze swoich pejzaży, niby pstrokatych a jednak na swój sposób uporządkowanych.

dscf0508

Lewobrzeżna część miasta, zwana Kingswear, też jest niczego sobie. Obu części nie łączy most, a dość skomplikowany system odprawy promowej. Są promy pasażerskie, samochodowe... Upper car ferry nie oznacza bynajmniej promu dla wyższych samochodów, na co wskazywałaby gramatyka, a przystań jest po prostu położona wyżej niż lower car ferry.

dscf0484_1
Dom z drewnianymi zdobieniami, zwany Butterwalk, uważany za najładniejszy budynek w mieście. Wybudowano go w XVII wieku dla jednego z bogatszych podówczas kupców.

dscf0489_1
Tu zdobienia widać bliżej. W głębi jeden z charakterystycznych zaułków miasta.

dscf0516_1
Nad Dartmouth góruje charakterystyczny gmach Royal Navy College - wyższej szkoły marynarki. Widać go praktycznie z każdej strony.

dscf0536_1
Niby tylko chałupa... To jest dom Agathy Christie, niedawno odnowiona i funkcjonująca jako muzeum pisarki. Odpuściłem sobie tym razem, to materiał na odrębną wycieczkę. Na razie odsłaniam tylko rąbek tajemnicy. Jak u mistrzyni Agathy...

dscf0549_1
Ujścia rzeki i wstępu do portu broniły dwa zamki po obu stronach rzeki, zbudowane w XV w.

dscf0546_1
Po przeciwnej stronie estuarium. Nie udało mi się dociec, do czego slużył ten budynek...

dscf0525_1
Natomiast wiem, do czego służyły te dziwne przegródki. To stanowiska łodzi, które wypłynęły w D-Day w stronę Normandii. Trzeba przyznać, że Anglicy dbają o tak niepozorny zabytek i konserwują go z pietyzmem.

dscf0504_1

Na kilka słów zasługuje park w Dartmouth. Klimat miasta i zatoki Tor Bay jest dość specyficzny, cieplejszy niż gdzie indziej, toteż wszystko rośnie jak głupie. Palmy to normalka, mało oryginalne, ich stać na coś ciekawszego. W parku utworzono kącik roślinności australijskiej. Nie wiem co to za roślina na zdjęciu, ale takich ogromnych liści jeszcze nie widziałem, a w Anglii to już na pewno nie.

dscf0500_1
Do dzisiaj nie wiedziałem, kto to jest Thomas Newcomen. Mieszkał w Dartmouth, był kowalem, handlarzem żelaza i wynalazł pierwszy silnik parowy, na długo przed Stephensonem, bo w XVIII wieku. Często nazywany jest ojcem rewolucji przemysłowej.

dscf0579_1

Koniec wycieczki - wracamy! Plaża między Paignton a Dartmouth. Zwróćcie uwagę na kolor ziemi i plaży - ja już się przyzwyczaiłem, że po prostu tak ma być. Ostatnie promienie lata...

22:37, kicior99 , miejsca
Link Komentarze (8) »
sobota, 19 września 2009
Jestem rycerzem Jedi

czyli kłamstwa po angielsku
Według najnowszych badań, opublikowanych przez prasę angielską, na sześć kłamstw , których dopuścili się mężczyźni przypadają trzy wypowiedziane przez kobiety. Pomijając zwykłe w takich przypadkach przymrużenie oka, statystycznie bardziej opłaca się wierzyć Angielkom niż Anglikom… Poza tym cały czas obowiązuje formuła, do której często odwoływał się Oscar Wilde: istnieją trzy rodzaje kłamstw: zwykłe, bezczelne i statystyka.

Kłamstwo na Wyspie to ciekawy temat, wymykający się nieco stereotypom i  ślepym klasyfikacjom, stosowanym zwłaszcza przez cudzoziemców. Po pierwsze, muszę tu dotkną specyfiki języka angielskiego, który potrafi pewne rzeczy przemycić w sposób bardzo zawoalowany. Taki zwrot “I am afraid” oznaczający obawę, jest w gruncie rzeczy łagodną formą powiedzenia “nie”. Ale przecież siła rażenia już nie taka sama. To zjawisko nazywa się mądrze relatywizacją i jest używane na co dzień w przemysłowych ilościach. Gdy w mojej firmie redukowali etaty, oficjalne pisma mówiły o “propozycji zmian w zatrudnieniu”. Powszechny odbiór takiego komunikatu jest oczywisty: istnieje nadzieja, e nie zredukują. Tyle, że na dobrą sprawę nie wiadomo, kto komu składał tę propozycję, bo zmiana przeszła w takiej formie jak rzekomo zaproponowana…

O Szwedach krąży takie obiegowe powiedzenie: to naród uczciwy tak długo, jak nie wchodzi w grę urząd skarbowy. Biorąc pod uwagę szwedzkie podatki - jest to w pełni zrozumiałe. Oczywiście w Wielkiej Brytanii też istnieją metody okłamywania urzędników podatkowych. Kiedyś jedna z moich znajomych poradziła mi założenie jakiejś firmy - słupa na Wyspie Man, będącej rajem podatkowym i przepuszczania przez nią dochodów. Nie mam tyle forsy, by robić to w taki sposób. Również wystraszyła mnie nieco kampania reklamowa nakazująca kapowanie w takich sprawach do stosownych instytucji. Wierzcie mi, to ma sens i Brytyjczycy kablować umieją naprawdę nieźle. Poza tym uważam, że zawsze warto być uczciwym.
Jest jedno brytyjskie kłamstwo, które zrobiło międzynarodową karierę. Otóż w r. 2001 przy okazji spisu powszechnego powstał pomysł, aby okłamywać rachmistrzów podając jako wyznawaną religię "rycerz Jedi". Wierzcie czy nie - aż 0.7 procent Brytyjczyków przyznało się do tej nieistniejącej religii, co dało jej status czwartej wiary w kraju! Co więcej, szał ogarnął wszystkie kraje anglojęzyczne...

Jest wreszcie angielskie wyrażenie white lie czyli dosłownie białe kłamstwo. Toi drobne minięcie się z prawdą dla osiągnięcia szczytnego celu albo też niezranienia przeciwnika.  Cóż, wszystko ma swoje dobre strony.

John Profumo. Jego kłamstwa dotyczące ukrywanego romansu były punktem zwrotnym w brytyjskiej polityce lat 60. i stały się sławne na całym świecie. (fot. guardian.co.uk)

O małych kłamstwach po angielsku. Fleetwood Mac.

wtorek, 15 września 2009
Złamane życia

czyli Wielka Brytania się wstydzi

Irlandzka afera w kościele katolickim, opisana tak przejmująco w Gazecie Wyborczej, nie wydaje się odosobniona, przynajmniej w tym regionie geograficznym i w podobnych czasach, czyli w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w. Od pewnego czasu w literaturze popularnej i autobiografiach rozwinął się nurt opisujący trudne dzieciństwo w domach dziecka i u przybranych "rodziców". Tych książek jest coraz więcej, w dużych księgarniach, np. sieci Waterstones, istnieje nawet dedykowany regał, zwany "Broken lives" - złamane życia. Autorzy tacy jak Terry Denby, Stuart Horwarth czy Les Cummings osiągnęli nawet specyficzną popularność, a opisywane przez nich historie są tyleż wstrząsające co prawdziwe.

Schemat jest mniej więcej ten sam: dziecko w wieku ok. 10 lat traci rodziców - bądź też naturalnie, bądź też lądują oni w więzieniu i siłą rzeczy przy braku zainteresowania rodziny trafia do domu dziecka - w Wielkiej Brytanii państwowego. Rozpoczyna się pierwszy etap koszmaru: odzieranie z osobowości, indywidualności, człowieczeństwa. Rodzeństwa zostają bezwzględnie rozdzielone, przy czym na początku mają jeszcze ze sobą jakiś kontakt, później on zanika. Gdy dziecko osiąga wiek dwunastu, trzynastu lat, zostaje przydzielone do rodziny zastępczej. Kryteria, jakie musi spełniać taka rodzina są niejasne, prawdopodobnie dziecko jest po prostu kupione w sposób, jaki kiedyś handlowano niewolnikami. Taki los spotkał Lesa Cummingsa, który po latach napisał autobiografię "Forgotten" - zapomniany.

Les trafił do rodziny, która stworzyła mu warunki na pokaz dla inspektora oświaty, regularnie wizytującego domy podopiecznych. Niby lege artis ale... nigdy nie daje dojść dziecku do głosu, przyjmuje prawdę podaną mu przez opiekunów. Gdy za opiekunem zamykają się drzwi, dzieciak wraca do swej nory pod schodami... Jest wszystkim: służącym, obiektem do wyładowania frustracji dla całej rodziny, wreszcie obiektem seksualnym, najczęściej dla pana domu. Taki stan trwa mniej więcej do siedemnastego roku życia, kiedy dziecko może samodzielnie funkcjonować; najczęściej ucieka z "kochającego" domu i wraca tylko raz: kiedy jest na tyle silne, że może spuścić porządne lanie swym oprawcom; bywają nawet zabójstwa.

Obecnie trwa dochodzenie swych praw w magistratach miast, sądach i zbliżonych instytucjach. jest ciężko, opisy są nierzadko tak niewiarygodne, że nie mieszczą się w głowie, część sprawców nie żyje, miasta (np. Bournemouth) uważa, że nie ma za co przepraszać. Satysfakcja, nawet ta przez łzy, przychodzi rzadko i jest okupiona dodatkowymi upokorzeniami. Anglia jeszcze chyba nie umie zrozumieć.

Szkoła na wyspie Jersey, w której prawdopodobnie popełniono morderstwa dzieci. Jedna z ponurych afer pedofilskich, która na światło dzienne wyszła w zeszłym roku. (fot. thedailymail)

poniedziałek, 14 września 2009
Przepraszam...

W związku z atakiem na bloga przez trolla z Danii posługującego się kloacznym językiem, mającego najpewniej poważne kłopoty z samym sobą (bo z kulturą osobistą na pewno) zablokowano dostęp do komentarzy dla osób niezalogowanych. Niestety, nie ze wszystkimi można po dobroci, a nie zamierzam narażać Czytelników na tego typu zachowania. Komentarz rzecz jasna został usunięty.  Za niedogodności przepraszam.

kicior99

15:53, kicior99 , varia
Link Komentarze (9) »
Dlaczego Devon jest sławny

czyli od kiedy naprawdę zalewa nas angielszczyzna

Dawno dawno temu... szedł sobie do szkoły pewien trzynastolatek. Wywijając workiem na kapcie (któż pamięta takie coś?) szedł nie rozglądając się i półgłosem powtarzał: kambr, sylur, ordowik, dewon... Pewnie ludzie się patrzyli na niego jak na dziecko specjalnej troski, ale on na to nie zważał. Usiłował sobie przyswoić konglomerat zupełnie nieznanych nazw, niekojarzących się z niczym i chyba mu się to udało.

Wiele lat później, gdy zamieszkał w Anglii, nazwy te stały się dla niego jasne i proste i do dziś zastanawia się, dlaczego nikt nie mógł wyłożyć mu w sumie prostej etymologii, która po dokładniejszym poznaniu Wielkiej Brytanii jest oczywista. Może dlatego, że polska szkoła bardziej od myślenia wymaga przyswajania ślepo materiału. No ale do rzeczy. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, powyższe nazwy oznaczają niektóre ery i okresy w dziejach Ziemi i pochodzą z języka angielskiego. Nie, to nie ma nic wspólnego z zalewającymi nas controllingami, fixingami itp., a tłumaczy się zupełnie inaczej.

Otóż w czasach, kiedy u nas geologia dopiero się rodziła, a jej pionier Stanisław Staszic w pocie czoła i łopaty pracował na miano ojca polskiej geologii, zainteresowanie ziemią było o wiele bardziej rozwinięte w zachodniej Europie, zwłaszcza w Anglii i Francji. Kopano jeszcze dość płytko, analizując i oznaczając to, co znaleziono najbliżej powierzchni, bądź też dosłownie na ziemi. na podstawie tych znalezisk wyodrębniono poszczególne ery i okresy w dziejach ziemi, próbowano już dość trafnie (choć jeszcze z błędami) sprecyzować, co skąd pochodzi. No i rzecz jasna nazywano po swojemu. Okres nazwany "kredą" pochodzi od kredy piszącej, tej z białych klifów w Dover. Sylur i Ordowik wywodzą się od nazw plemion zamieszkujących starożytną Walię. Również walijski pierwowzór ma kambr i prekambr, a nazwa pochodzi od Gór Kambryjskich w środku kraju.

Najciekawszy zaiste jest Devon. Otóż jest to nazwa hrabstwa w południowo-zachodniej Anglii ze stolicą w Exeter, tak na marginesie dość blisko mnie, jakieś pół godziny autem. Wjeżdżając autostradą M5 do hrabstwa witają nas drewniane dinozaury i inne potwory z przeszłości. Fajnie, tyle że dewonu w Devonie nie ma wcale tak wiele, już więcej u sąsiadów. No ale liczy się to, co gdzie znaleziono jako pierwsze i Devoniacy są bardzo dumni z tego, że nazwa ich hrabstwa weszła na stałe do niemal wszystkich języków świata, prze okazji jest czym wkurzyć Kornwalijczyków, których szczerze nie cierpią. Trudno dziwić się takiej radości, taka nazwa to ogromny kapitał.

Znajomy geolog mawia złośliwie, że połowę z angielskich osiągnięć  Wyspiarze wykopali u siebie w ogródkach. Zaraz, broni im ktoś tego? Nie sztuka wykopać, sztuka obejrzeć i wyciągnąć wnioski. Może dlatego epoka nazywa się dewon a nie na przykład mazur czy kaszub. No ale to już zupełnie inny kraj i inna sprawa.

White_cliffs_of_dover_09_2004

Kredowe klify w Dover dały epoce nazwę. (Fot. Wiki Commons, tonderai)

PICT0019

Mało dewonu w Devonie... Jurajskie utwory brzegowe w Budleigh Salterton. (fot. autora)

czwartek, 10 września 2009
Kamienie mówić będą

czyli niezwykła historia niepotrzebnej rzeczy

Zastanawialiście się kiedyś nad głębszym sensem tego co mówicie? Czasem wypowiadamy jakąś przenośnię, porównanie czy inną figurę stylistyczną nie wnikając, skąd się wzięła, choć to jest właśnie najciekawsze. Jakże często spotykamy zdanie: to wydarzenie było kamieniem milowym w historii... mając na myśli, że jakieś wydarzenie nadało nowy kierunek jakiejś dziedzinie życia. Nad samym sensem kamienia milowego zastanawiamy się mniej.

To oczywiście z polskiej perspektywy; w Wielkiej Brytanii kamienie milowe są o wiele częściej spotykane i wywołują o wiele większe zainteresowanie. Sam kamień, na którym oznaczono odległość do celu jest wynalazkiem z czasów imperium rzymskiego, takie starożytne drogowskazy, przywleczone na Wyspę wraz z innymi osiągnięciami kultury antycznej. Do ich produkcji uzywano gównie granitu bądź też powszechnego w wielu okolicach łupka. Jako że w okresie tym powstała spora i całkiem logiczna sieć dróg, wkrótce zaroiło się od nich na Wyspie. Oznakowane były wszystkie najważniejsze miasta - Londinium, Corinium Dobunnorum, czyli Cirencester, czy gród o uroczo brzmiącej dla polskiego ucha Durnovaria, a po dzisiejszemu Dorchester. Ciekawostka - w czasach Imperium Rzymskiego Cirencester był drugim pod względem wielkości miastem na Wyspie.
Późniejsza historia kamieni milowych już nie jest tak pasjonująca. Przeszły sporo zmian, stawiano je masowo jeszcze pod koniec XIX wieku, najczęściej z lastriko, by w końcu zamienić je na wszechobecne drogowskazy. Co prawda stawia się jeszcze gdzieniegdzie kamienie, jednak głównie ze względów artystycznych; przy obecnych prędkościach samochodów są one po prostu nie do odczytania.

Kto opiekuje się kamieniami milowymi, gdy ich użyteczność jest praktycznie zerowa? Oczywiście te najstarsze, rzymskie, najszybciej znalazły opiekunów w postaci formalnych towarzystw opieki nad zabytkami, jak np. National Trust. A reszta? Jak chyba każda rzecz w Anglii, ma swych zagorzałych miłośników, którzy łączą się w stowarzyszenia. The Milestone Society, powstałe w r. 2001 nie jest może ogromne ale za to aktywne. O poszczególne kamienie dbają również lokalne władze i prywatne osoby. Choć część ginie śmiercią naturalną lub tez pada ofiarą wypadków drogowych, pozastałe mają się przyzwoicie, a te nowsze i mniej historyczne zazwyczaj są na bieżąco pielęgnowane, odmalowywane - choć teoretycznie nikomu niepotrzebne...



Milestone_kirkby_thore
Rzymski kamień milowy z okolicy Kirkby (fot. Northernhenge, Wikimedia Commons, lic. PD)

wtorek, 08 września 2009
Wyspa na morzu wódki

czyli o przenikaniu się kultur w czterech obrazkach

Obrazek pierwszy, historyczny
Mam przyjaciela Anglika. Ken ma na imię, barwna postać, starszy kierowca o dużym doświadczeniu i ciekawym życiorysie. Opowiedział mi kiedyś pewną historię z przeszłości. Dziadek Kena podczas drugiej wojny światowej zajmował się również nielegalnym handlem. Najciekawiej ten handel przebiegał z polskimi emigrantami. Otóż dziadek sprzedawał Polakom śliwki ze swego sadu w zamian za złapane przez Polaków dzikie króliki, wtedy jedno z głównych źródeł mięsa. Śliwki nie były potrzebne Polakom do zaspokojenia głodu; po jakimś czasie Polacy zjawiali się ponownie, tym razem sprzedając dziadkowi pierwszorzędną śliwowicę, na oryginalnej nowosądeckiej recepturze...

Obrazek drugi
Dwa lata temu musiałem coś załatwić u adwokata. Nie znam dobrze brytyjskiego prawa, adwokat działał z urzędu więc trochę obawiałem się o wynik jego pracy. Niesłusznie, bo załatwił sprawę perfekcyjnie, wyszedłem ze sprawy na dużym plusie. Pozostała kwestia dowodu wdzięczności. Z reguły niczego nie wręczam lekarzom, prawnikom itp., uważając po prostu, że również we współpracy ze mną wykonują swoje obowiązki. Tym razem wdzięczność była autentyczna i rzeczywiście chciałem ją okazać. Zapytałem Anglików - nie zrozumieli do końca pytania. Wręczać coś? Przecież nie pracował za darmo. Jeśli już musisz - zrewanżuj się jakimś drobiazgiem. To samo pytanie zadane Polakom spotkało się nie tylko ze zrozumieniem, ale i natychmiastową odpowiedzią: - Pół litra oczywiście. I rzecz jasna polskiej wódki. Wtedy pomysł wydawał mi się na miejscu i istotnie nabyłem pół litra...

Obrazek trzeci
Odchodził z pracy jeden z szefów, Anglik. Starszy facet, złoty człowiek,  przesympatyczny, bardzo szanowany i ceniony również przez Polaków, których lubi i którym bardzo wiele pomógł. Tym razem z prezentem nie miałem problemu, byłem ciekaw, jak sobie poradzą Polacy, którzy lubią i jego, i okazywać wdzięczność. Ostatniego dnia pobytu szefa w firmie na jego stole zauważyłem baterię dobrze, aż za dobrze znanych sobie butelek. I sam już nie wiedziałem, czy jako Polak mam się wstydzić czy być dumny...

Obrazek czwarty
Angielskie wesele, pan młody Anglik, panna młoda Walijka. Wśród zaproszonych również Polacy. Początkowo picie delikatne, angielskie, głównie piwo i cocktaile. Po jakimś czasie na stół wjeżdżają dziwnie znajome flaszki. Atmosfera, zrazu spięta, robi się nagle swojska. Podnosi się temperatura, rozmowy stają się coraz głośniejsze, jedna nawet zdecydowanie za ostra. Anglicy, nie znając się na polskiej wódce, szczerze ją chwalą.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Daleki jestem od tezy, że Polacy rozpijają Anglię, jaką można spotkać na licznych forach. Faktem jednak jest, że według ostatniego raportu, opublikowanego przez prasę, na Wyspie pije się coraz więcej i to coraz mocniejszych trunków. Ta zmiana jest widoczna nawet w stosunkowo niewielkim okresie. Gdy przybyłem na Wyspę, w pubach serwowano głównie piwo, cydr i słabe drinki. Tak zwane shots, czyli pięćdziesiątki z zakąską, były zupełnie nieznane, a już na pewno nie zetknąłem się z tym osobiście. Teraz jest inaczej, przy czym Anglicy wolą jednak popitkę od zagryzki. Przypisywanie wszystkiego Polakom jest nonsensem ale... Ciekawe, że gdzie zjawiają się Polacy, automatycznie materializuje się silny alkohol. Coraz częściej pojawia się mało dotąd znany obrazek, czyli bateria butelek. Przypadek?

abe

Typowy wygląd angielskiego pubu. (fot. webshots.com)

There's a tavern - tradycyjna piosenka lubiąca procenty :) Zwróćcie uwagę na atmosferę w pubie. To se ne vrati...

niedziela, 06 września 2009
Rzeczywistość skrzeczy

czyli koniec blogów (nie tylko emigracyjnych)?

Stali czytelnicy zauważyli chyba sporo zmian graficznych na "Wyspie". Po co to? Mały lifting nie zaszkodzi, wszystko się zmienia, blogi też nie stoją w miejscu. Poza tym o "Wyspie" napisano, że dobrze się czyta - gorzej ogląda. Postanowiłem zmienić więc i to. Jako, że moje umiejętności graficzne nie wykraczają wiele poza narysowanie prostej kreski, pewnie będzie się można do tego i owego przyczepić. Ale w końcu, jak to mówią, nobody's perfect... Poza tym jest to uczczenie małego jubileuszu - trzechsetnego wpisu, który pojawi się zapewne na początku października.
Duże zmiany są dwie: po pierwsze pożegnałem się z dodatkami, które wtryniały niechciane reklamy. Trochę na prośbę zarządu Bloxa, bardziej z własnego przekonania. Napędzanie komuś kasy za jakiś marny licznik mi się nie uśmiecha, poza tym blog jest dla Czytelników, którzy mogą sobie nie życzyć nachalnej propagandy. Druga zmiana to położenie nacisku na prawa autorskie. Miałem do wyboru kilka opcji - albo obłożyć wszystko prawami autorskimi, albo oddać Wam trochę z własnego dorobku - rzecz jasna poza tymi fragmentami, głównie zdjęciami, które mają copyright, najczęściej agencyjnymi. Postanowiłem skorzystać z wolnej licencji, częściowo pod wpływem wikipedii, która bardzo mnie przekonała, częściowo... Wpadłem niedawno na kilka blogów emigracyjnych. Trzy z nich były obwarowane ścisłymi copyrightami, straszono mnie wszystkim, cud, że nie karą śmierci. Inna sprawa, że nawet, gdybym chciał, nic bym z takiego bloga nie wziął, bo po prostu nie ma toto wystarczającego poziomu by pokazać światu. Resztę możecie sobie dośpiewać.
Blogi emigracyjne... Kilka osób wieszczy zmierzch blogosfery i, acz niechętnie, przyznaję im nieco racji. Blog jako gatunek przeżywa stagnację. Gdy opadła atmosfera nowości, gdy ochłonięto już z huraoptymistycznego "pisać każdy może", zaskrzeczała rzeczywistość. Bo o czym pisać tak, aby zainteresować innych? Poszedłem na fabrykę, odbębniłem osiem godzin i się nudzę, więc piszę - takie utwory wytrzymywały miesiąc. Pozostały głównie te, i to w sumie dość nieliczne, w których nowe życie piszący łączy z pasją odkrywcy, pisze o zderzeniu kultur, oczekiwań, światów i ludzi. Stara prawda, nauczana w szkołach, że najlepsza jest ta literatura, która ukazuje pewien konflikt, jeszcze raz znalazła potwierdzenie. A reszta? Chciałem polecić jakiś dobry fiński blog emigracyjny, głównie z powodu moich zainteresowań i sentymentów. I co? Ano nic. Zastałem albo porzucone blogi sprzed dwóch lat, rozpoczęte na fali blogomanii, albo też wybitne knoty osób, które nie załapały się w odpowiednim wieku na falę popularności blogów - tworzyłyby najpewniej słitaśne onetowe blogaski w kolorze różowym i masą koszmarnych gifów. Wytrwałym emigrantom pozostaje tylko życzyć, by nie zadomowili się zbytnio w nowych krajach, nie stracili zapału i nie dali się uwieść spowszednieniu.
A co do upadku blogosfery... Ostatnio bardzo popularny jest pewien blog. Pisze on. Ma żonę i kochankę. W blogu dywaguje, jaki rodzaj seksu uprawiać z kochanką, zastanawia się czy ona go nie zdradza (sic!) i czy przypadkiem nie zaszła w ciążę. Jak to powiedział Tomasz Beksiński, czas umierać.

DSCF0051

Powoli żegnamy lato...

dscf0221

Ale zanim to nastąpi najmocniejszy akcent, czyli jeżynowe żniwa. Jeżyny są w Anglii bardzo popularne.

04:22, kicior99 , varia
Link Komentarze (12) »
sobota, 05 września 2009
Rekordowy weekend

czyli brytyjskie "naj"

Brytyjczycy uwielbiają rekordy. Chyba nie bez powodu najsłynniejsza księga powstała na sąsiedniej wyspie, czego Anglicy do dziś nie mogą wybaczyć Irlandczykom. Jesień, czas żniw, zbiorów, to okres, w którym urządzane są wystawy warzyw - olbrzymów, przyciągające tłumy. Nie ukrywajmy, w tym przypadku pomaga nieco człowiek, zwłaszcza, że wyniki traktowane są tu ze śmiertelną powagą. Rzućmy okiem na kilka brytyjskich rekordów przyrodniczych.

Warzywa

Największą sensację wzbudza dynia - olbrzym, wyhodowana przez braci bliźniaków Iana i Stuarta Pattonów z New Forest w hrabstwie Hampshire. Dynia ważyła 509,8 kg. Do amerykańskiego rekordu 750 kg jeszcze jej trochę brakuje.

Kilka innych rekordów:

23.6 kg burak - Ian Neale (2001)
24.5 kg kalafior - Alan Hattersley (1999)
12.25 kg ogórek - Alfred J Cobb (2003)
7.71 kg por - Fred Charlton (2002)
7.26 kg cebula - Mel Ednie (1994)

wPumpkinRecord9.jpg.display

Bracia Patton ze swoją rekordową dynią. (fot. The Salisbury Times)

Szczupak
Złapany w Walii przez Roya Lewisa w r. 1992 jest do tej pory największą rybą tego gatunku, złowioną na Wyspach Brytyjskich. Złapano ją w jeziorze Llandegfedd, ryba ważyła 21.1 kg.

pike1
Taaaka ryba! (fot www.pacgb.co.uk)

Królik
Do królikow ten blog ma szczęście, zdjęcie królika-olbrzyma jest najczęściej oglądaną fotografią. A przecież on wcale nie jest największy! Obecny rekordzista mierzy 81.5 centymetra, ma 2 lata i przejada tygodniowo 60 funtow - mniej więcej tyle, co ja.

bunny
Rekordowy królik i jego nieco krótszy kolega. (fot: http://www.dailymail.co.uk)

piątek, 04 września 2009
Bordello inglese

czyli o porządkach na Wyspie

Uwielbiam wysłuchiwać opinii o Anglii tych, którzy są tu pierwszy raz, a im krócej tym lepiej. Takie szybkie, na gorąco przekazane wrażenia są często o wiele bardziej cenne niż spostrzeżenia tych, którzy się tu już mocno zasiedzieli. Za trzy dni obchodzę swoje pięciolecie w Wielkiej Brytanii i wiele rzeczy traktuję już automatycznie, na zasadzie "tak jest i tak ma być" a i dziwi mnie praktycznie bardzo niewiele. Toteż zdziwiło mnie nieco mnie zdanie Agnieszki, mojej koleżanki z podstawówki, którą dzięki pewnemu portalowi spotkałem po dwudziestu latach na jej krótkim wypadzie na Wyspę. "W ogóle nie zauważa się tu błota. Cały dzień łaziłam po Londynie w deszczu i mam zupełnie czyste kozaki". Cóż, nie pamięta wół...
Z perspektywy człowieka, który już tu trochę mieszka, w tym zdaniu zaskoczyło mnie głównie to, że w Londynie padało. Cała reszta to święta prawda i niemal aksjomat: można chodzić cały dzień w deszczu i być jedynie mokrym - i dalej czystym. Jest jeszcze ciekawiej. Kiedyś dowiedziałem się, że na wolnym miejscu niedaleko mojej firmy powstanie hurtownia mleka. Wiadomość przyjąłem z niepokojem nie tylko dlatego, że nie cierpię krowiego soczku, a nade wszystko jego zapachu; wyobraziłem sobie ten bajzel związany z wykopami, ślady błota na jezdni, co w deszczowym klimacie wkrótce stanie się przekleństwem. O informacji wkrótce zapomniałem. Przypomniałem sobie dopiero, gdy zobaczyłem zdjęcia z otwarcia na pierwszej stronie lokalnej gazety. Tak na marginesie, słowo mud, oznaczające błoto, usłyszałem w Anglii stosunkowo późno i dotyczyło ono... konsystencji i siły pitej przeze mnie kawy.
Innym razem zostałem w niedzielny poranek przebudzony przez uderzenia młota pneumatycznego w chodnik. Z pianą na pysku wypadłem przed dom, wyobrażając sobie gigantyczny bałagan, jakieś porozwalane rury czy też inny armageddon. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem, że dostanie się zaworu gazowego tkwiącego gdzieś pod ziemią zabiera służbom jakieś dwa, góra trzy metry kwadratowe, gustownie odgrodzone barierkami od reszty ulicy.
Zastanawiałem się nad przyczyną tego niezwykłego porządku w dziedzinie budownictwa. Dopytywałem się o kary, które grożą niechlujnym budowlańcom. Owszem, są takie, choć nikt, organizując miejsce budowy, o nich nie myśli. Prędzej o BHP, bo jeśli coś się stanie z winy budowniczych, to firmę mogą rozłożyć odszkodowania. No i oczywiście strach przed behapowcami, bo tu inspektor BHP może zamknąć budowę. Nie przyszła mi do głowy tylko jedna rzecz: a może oni naprawdę porządek mają we krwi?

remont2

Wymiana rur na głównej ulicy w Highbridge. Roboty odbywały się etapami, by nie zablokować jezdni i minimalnie tylko zredukować płynność ruchu. (fot. autora)

Jedyny raz w tym roku, kiedy na ulicach panował dziki bałagan, i to też zaledwie przez trzy godziny. Atak zimy w południowej Anglii (fot. guardian.com)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: