czwartek, 03 czerwca 2010
Anglicy nie gęsi i swój ser mają

czyli dyskretny urok pleśni

Ta sytuacja stoi mi przed oczyma jakby wydarzyła się przed chwilą. Był rok 1981, tuż przed stanem wojennym. Młodszy brat, wysłany do sklepu, by kupił cokolwiek do jedzenia, wrócił przemoczony, wściekły i z pustymi rękami. - Cholera, jak już dowiozą coś do sklepu, to zepsute. Przywieźli jakiś ser, stary, spleśniały, aż niebieski... Ponieważ nie do końca mu wierzyłem, poszedłem do sklepu zobaczyć ów spleśniały ser. Tego dnia stałem się wielkim miłośnikiem rokpola, a potem camemberta, brie i innych serów pleśniowych.

Królową serów jest rzecz jasna Francja. Zapytani o angielski ser, bez wahania wymienimy cheddar, dojrzały, ostry, chyba najbardziej znany produkt spożywczy Anglii. Jednak angielskie sery to nie tylko cheddar, a nawet przede wszystkim nie on. Palma pierwszeństwa należy się przede wszystkim stiltonowi.

Ten znany co najmniej od lat trzydziestych XVIII wieku ser z początku serwowany był w jednym z pubów we wsi Hungarton. Tam nadział się na niego niejaki Cooper Thornhill, któremu smak spodobał się na tyle, że na pniu kupił prawa do jego produkcji i sprzedawał go we własnym pubie we wsi Stilton. Jako że leżała ona na trasie dalekobieżnych dyliżansów, ser wywleczono daleko w świat i stopniowo zyskiwał renomę. w r. 1723 Richard Bradley opublikował po raz pierwszy recepturę. Obecnie jest to licząca się, uznana marka, chroniona przez europejską komisję statusem protected designation of origin.

Do produkcji stiltona wykorzystuje się mleko ze ściśle określonych pastwisk hrabstw Derbyshire, Leicestershire  i Nottinghamshire na których pasą się ściśle określone krowy. Sam ser musi odznaczać się odpowiednimi cechami: niebieskimi żyłkami, odpowiednią gęstością i profilem smakowym. Jest to określone precyzyjnie do tego stopnia, że kiedy w Izbie Lordów dyskutowano o obniżeniu zawartości soli dla celów zdrowotnych, wywołało to powszechną wściekłość i poczucie zamachu na świętość narodową.

Obecnie rocznie produkuje się ok. miliona gomółek tego sera (czy ktoś jeszcze zna to słowo?) i eksportuje się do 40 krajów świata. Nie jest to produkt tani, 100 g stiltona kosztuje około 2 funtów. Cheddar jest o wiele tańszy. Choć nie mam wyrzutów sumienia, wydając pieniądze na droższy, ale lepszy stilton i przegryzając go później z czarnymi jagodami bądź winogronami co niniejszym czynię.

Colston Bassett Blue Stilton

Żyłki w stiltonie muszą wychodzić ze środka w kierunku do brzegów. (fot. www.ladonnasonline.com)

niedziela, 16 sierpnia 2009
Śniadanie za funta

czyli niedzielne rozterki

Sklepy w Anglii w niedziele czynne są w zasadzie od dziesiątej do szesnastej - dotyczy to dużych supermarketów. Dla kogoś, kto wrócił do domu o szóstej rano i jeszcze idzie do pracy na wieczów (po raz ostatni przed urlopem) są praktycznie niedostępne. Mam funta (coś około pięciu zł), i ochotę na jakieś śniadanie z produktów dostępnych w sklepiku naprzeciw. Zapomnijmy przy okazji, że dostaniemy świeże pieczywo, to nie Niemcy ani Polska. Z resztą też średnio; małe sklepiki w miastach są niestety słabo zaopatrzone, ich głównym zadaniem jest sprzedaż gazet, nawet potocznie nazywane są paper shop. Ktoś, kto znajdzie się w przymusowej sytuacji i nie może skorzystać z supermarketu może naprawdę mieć problem... Oto na co możemy liczyć:

1. Omlet z groszkiem

Za 4 jajka (60 p) i puszkę groszku (40 p) zapłacę równo funciaka.

2. Kanapki z sardynkami

Puszka serdynek (mała) - 40 pensów. Chleb (niestety tylko na utrwalaczach) - 40 pensów.

3. Fasolka w sosie pomidorowym i jajko smażone
Czyli połowiczne śniadanie po angielsku. Kosztuje w sumie 70 pensów, jeśli sprzedawca zgodzi się nam sprzedać jedno jajko. Można negocjować.

A może ktoś ma inny pomysł?

dscf0091

Mój lokalny paper shop. Na duże zakupy nie ma co liczyć, chyba że się lubi świeżą prasę i słodycze.

I piosenka śniadaniowa, powstała w Anglii. Tyle, że śniadanie amerykańskie...

09:29, kicior99 , kuchnia
Link Komentarze (7) »
wtorek, 09 września 2008
Zaglądamy Anglikom do kanapek

czyli Wielkanoc cały rok

Angielskie sklepy spożywcze długo kryły dla mnie wiele tajemnic, wstyd sie przyznać, ale do tej pory nie wszystko jest dla mnie jasne, mimo że na Wyspie mieszkam już kilka lat. Nie są jasne na przykład sterty sprzedawanych kanapek. W Polsce, aby kupić kanapki, trzeba się wybrać na dworzec, gdzie indziej sa po prostu nieosiągalne. Czyżby nie było na nie popytu? Przeciętny angielski supermarket sprzedaje ich dziennie kilkaset. Z moich szacunków wynika, że w 35-tysięcznym Bridgwater sprzedaje się dziennie do 3 tysięcy sandwiczów.
Z ręką na sercu przyznam się, że i ja dość często padam ofiarą własnego lenistwa i zamiast smarować chleb i obkładać go jak mama nauczyła, z radosną beztroską wyciągam rękę po gotowe. I mam coraz mniej wyrzutów sumienia. O ile kiedyś taką kupioną kanapkę zjadałem chyłkiem, żeby za dużo osób nie widziało, jaki ze mnie leń, obecnie wyciągam je bezceremonialnie na stół. Ma to swój plus – nie jestem aspołeczny i przyczyniam się do szybszego obrotu pieniądza w branży spożywczej, daję ludziom pracę i w ogóle zasługuję na laurkę.
A co na kanapkach? Prawdę mówiąc wybór nie jest oszałamiający. Najbardziej polubiłem kanapki z jajkiem i boczkiem, jadalna jest także kombinacja tuńczyk – kukurydza. Popularny zestaw, zwany tu BLT (boczek – sałata – pomidor) nieco mniej mi podchodzi, bo pomidory rozciapane są jakoś. Oczywiście i w Anglii lubi się "ogólnoświatowy" zestaw szynka – musztarda czy szynka – ostry ser typu cheddar. Ortodoksi zaraz zapytają: a gdzie elementy odżywcze? Już spieszę z odpowiedzią. O ile w Polsce posypuje się wszystko co się da pietruszką, tu zastępuje ją rzeżucha. Troszkę te łodyżki się ciągną, ale zawsze jest świeża, chrupiąca i pachnąca. Coś, co u nas przechodzi tylko na Wielkanoc, tu się cieszy zasłużoną sławą. I dobrze bo w tej niepozornej roślince siedzi połowa układu Mendelejewa - i to ta lepsza połowa…

Przepis na pastę kanapkową po angielsku

2 jajka
40 g masła
10 g rzeżuchy
Jajka ugotować na półtwardo, po czym posiekać je drobno. Zmieszać z masłem i obcietą rzeżuchą tak, aby poszczególne roślinki były rozróżnialne, Nie siekać rzeżuchy!

Kanapka z jajkiem i rzeżuchą. (fot. shelikesherfood.files.wordpress.com)

Watercress

Water cress czyli popularna w Anglii wielkolistna odmiana rzeżuchy. Do kanapek nasaje się wyśmienicie, a jeszcze l;epiej smakuje w surówkach wielowarzywnych. (fot. heartwormfree.com)

sobota, 09 sierpnia 2008
Ostatni etap wtajemniczenia
czyli wystrzałowa kiełbasa

Wczoraj doszedłem do wniosku, że przeszedłem ostatni etap integracji. Miejscem tak wstrząsającego odkrycia był hipermarket ASDA, dokładniej półka z wędlinami. Zacząłem się zastanawiać, jaką kiełbasę kupić na śniadanie: cumberland, wieprzowo - jabłkową, cienkie kiełbaski śniadaniowe o perwersyjnej nazwie cipolata... Ten problem zaprzątał mnie chyba z dziesięć minut, aż nagle, wśród półek chyba najbardziej skwapliwie omijanych przez polską emigrację, dotarło do mnie co ja właściwie robię...

Angielska kiełbasa jest niejadalna. Aksjomat emigranta. To powie każdy nie-Anglik, który w przeszłości posmakował którykolwiek z popularnych na świecie gatunków - polską wiejską czy krakowską, niemiecką białą czy hiszpańską chorizo. Można wybrzydzać, że Polacy ładują za dużo czosnku, Litwini za mocno wędzą, Niemcy mają zbyt wiele gatunków opartych na surowym mięsie, ale to są nic nieznaczące niuanse. Angielska kiełbasa jest tak inna, tak diametralnie różna od europejskich czy amerykańskich kuzynów, że przykładanie jednakowych kryteriów jest bez sensu. Rozumieją to nawet wszystkożerni Amerykanie, wolący mówić na kiełbasę typu polskiego właśnie kielbasa a nie rdzennie angielskie sausage. Bo to oczywiste, że to są dwie różne rzeczy.

Podobno Anglicy mają ponad 300 gatunków kiełbasy, tak przynajmniej mówi wikipedia. I są w niej zakochani po uszy - długo mogą rozprawiać o przewadze jednego gatunku nad drugim. Wszystkie sa podobne i oparte na jednej zasadzie: wieprzowe, nigdy nie wędzone, z drobno mielonego mięsa, doprawione zupełnie inaczej niż nasze. Można by powiedzieć, że duchem zbliżone do naszej białej, gdyby nie uzpełnie inny smak. Ciekawostką jest sposób doprawiania poszczególnych gatunków - na przykład kiełbaski o posmaku owocowym będą miały w samym środku zmielone jabłka. Kupuje się je zasadniczo surowe. Najzabawniejszy etap postępowania z brytyjską kiełbasą to jej smażenie. Z niewiadomych powodów zawsze obywa się to w kłębach dymu - to zasługa flaka., Już po trzech minutach jest prawie czarny, przy naszej śląskiej podobny efekt osiąga się po 10 minutach smażenia. I uwaga! Prawie zawsze taka kiełbasa strzela podczas smażenia. Stąd jej potoczna nazwa "banger".

Zasadniczo jada się ją na śniadanie - tyle że nie radzę próbować jej wszędzie, bardzo często dostaje się ją wyschniętą na wiór. Tymczasem najlepsza jest smażona na półsurowo lub z grilla. Można przyrządzić sobie angielską potrawę banger and mash - kiełbaska plus puree ziemniaczane. Nawet jadalne.

Tym, którzy teraz pukają się w czoło powiem jedno: pierwsza zjedzona przeze mnie angielska kiełbasa też prawie nie przeszła mi przez gardło. Syf, kiła, mogiła - taka była moja pierwsza recenzja. Dopiero po wielu podejściach zauważyłem, że różne gatunki mają inne smaki, inaczej się zachowują podczas smażenia, nie wszystkie nadają się do wszystkiego. Tylko jedna rzecz pasuje do nich zawsze i wszędzie - musztarda sarepska, która w Anglii jest zupełnie nieznana. Oczywiście brytyjska kiełbasa będzie miała zawsze krytyków. A może zrozumieć i polubić? Bo naprawdę jest co. To rzeczywisty i prawdziwy smak Anglii.

Święto kiełbasy :) Tak wygląda English sausage na surowo. I - w co trudno uwierzyć - każdy taki wianuszek smakuje inaczej!

 

O kiełbasie śpiewają nie tylko Polacy. Amerykański zespół Tenacious D i... ""Kielbasa"".
wtorek, 29 lipca 2008
Ale kaszana!

czyli nie tylko Polacy...

Jestem wszystkożercą - z reguły jadam wszystko, kilka wyjątków takich jak frutti di mare tylko potwierdza regułę. Są jednak potrawy, do których mam stosunek szczególny, i, mimo że uważam je za jadalne, po prostu nie istnieją w moim jadłospisie z powodów, powiedzmy, pozagastronomicznych. Jedną z nich jest kaszanka. Jeszcze dobrze pamiętam czasy, kiedy stanowiła żelazne menu pięciu obiadów w tygodniu - i to w poślednim wydaniu. Nie wiedziałem, że dopadnie mnie i na Wyspie.

Dla mnie kaszanka zawsze była atrakcyjna pod względem językowym. W nieformalnej polszczyźnie oznacza lichotę, coś kiepskiego, badziewie po prostu. Dla Francuzów boudin to oprócz potrawy również nie najwyższej urody dziewczyna. Po angielsku zaś - dość nieoczekiwanie - została pożeniona z budyniem i nazywa się black pudding.

Pierwszy raz zetknąłem się z nią w jakimś barze, kiedy padło pytanie, czy do tradycyjnego angielskiego śniadania życzę sobie black pudding. Zaryzykowałem (jak zwykle w takich przypadkach, najwyżej się nie zje) i... zostałem uraczony plastrem kaszanki. Nie najgorszym, muszę przyznać. W Kornwalii dla odmiany, zapytano mnie o... white pudding. Biała kaszanka jest mi znana, w Polsce tez istnieje, w Wielkopolsce nawet bułczanka. Drugie ryzyko i też opłaciło się. O dziwo, Anglicy kaszankę umieją robić. I znają się na niej. Kiedyś urządziłem w domu małą imprezę, podczas której serwowałem również polską kaszankę z kiszoną kapustą. Wszystkim smakowała i to ona zniknęła pierwsza.

Skąd się wzięła w Anglii? Trudno ustalić. W amerykańskiej angielszczyźnie zwana jest bardziej swojsko "kishka" i łączona z Europą Wschodnią lub kuchnią żydowską (wyraz "kiszka" pochodzi z hebrajskiego) i dostępna jest w sklepach tych narodowości. W Anglii nie ma zaś tej plebejskiej otoczki, którą utrzymuje w Polsce - posiłek dla biedoty itp. Ba, bywa podawana na eleganckich przyjęciach. W Irlandii Północnej plasterek białej i czarnej kaszanki stanowią nieodzowny element śniadania, tzw. Ulster Fry.

Jest kilka elementów różniących kaszankę wyspiarską od naszej. Jest zawsze jęczmienna, często mielona, bez charakterystycznych ziarenek (z powodu których niektórzy mówią o niej "żużel"), smażona zawsze w kawałku lub grubych plastrach, nigdy nie rozgniatana - no i nie serwowana na obiad. To typowy przysmak śniadaniowy. Smacznego!

Irish_breakfast

Śniadanie Ulster fry - obowiązkowo z dwoma rodzajami kaszanki. (fot. wikicommons na lic. GNU)

 

Popularna polka amerykańska "Who stole the kishka" - kto ukradł kaszankę? Morał - za kaszankę oddamy wszystko!
10:14, kicior99 , kuchnia
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 stycznia 2008
Cętkowany wacek

czyli - wbrew pozorom - coś do zjedzenia

Po raz pierwszy zetknąłem sie z tą potrawą w dość ponurych okolicznościach. Nie miałem kilka dni sił, aby cokolwiek jeść, wstrząśnięty wiadomością o ciężkiej chorobie kogoś z mojego najbliższego otoczenia. Po trzech dniach poczułem wilczy apetyt, za duży do zaspokojenia w zwykłej fish and chips czy takeaway. Poszedłem na kolację do dobrej knajpy i oddałem się lekturze menu. Byłem właśnie przy deserze, gdy zauważyłem właśnie tę potrawę. Jej nazwa była tak sugestywna, tak bardzo działała na wyobraźnię, że nie wyobrażałem sobie nawet przez moment, że coś takiego można zjeść... Tym bardziej poczułem nieodpartą potrzebę zamówienia właśnie tego. Brzmiało to spotted dick...
Nie chcę odbierać Wam apetytu, tym bardziej, że to rzeczywiście wyśmienity deser, ale nazwa budzi skojarzenia dość jednoznaczne i nieprzystojne. Spotted to cętkowany, a Dick to zdrobnienie od imienia Richard, choć w języku nieformalnym można to przetłumaczyć raczej używając polskiego imienia Wacek... Jesteśmy w domu, prawda?
Potrawa okazała sie rewelacyjna - to rodzaj gorącego ciasta, odmiana puddingu, o lekko korzennym smaku, mocno doprawiona bakaliami, głównie rodzynkami - stąd w nazwie owe cętki. Podawana jest w popularnym w Wielkiej Brytanii sosie budyniowym custard. Smakuje wybornie, choć polecałbym ją raczej do zakończenia mniej obfitych obiadów.
Skąd taka nazwa? Cętkowanego Rysia (Wacka?) wynaleziono najpewniej w Szkocji, a słowo dick miało być zniekształconym "dough" (ciasto) lub pudding. Niektórzy są wyznawcami wersji, że nazwa powstała dla upamiętnienia szkockiego aktora Dickie Burtona, wielkiego smakosza tego deseru - tu przypomina się historia melby. Jakkolwiek tłumaczyć tę nazwę, rodzi ona wiadome skojarzenia. Doszło nawet do tego, że nie podaje się go w niektórych szpitalach, bo pacjenci czerwienią się, wymawiając tę nazwę. No tak, w purytańskiej Brytanii nie każdemu cioś takiego przejdzie przez gardło... Dlatego swojego czasu w szpitalach brytyjskich zmieniono mu nazwę na "Spotted Richard", wierząc, że wersja "soft" nie spowoduje wypieków u co wrażliwszych pacjentów. Tak się jednak nie stało i zarządzeniem z roku 2002 spotted Dick wrócił znów do szpitalnych łask. Tym bardziej, że brytyjscy lekarze uważają, że deser ten jest niezwykle cenny dla niektórych pacjentów, lekkostrawny i energetyczny. Pomogło trochę lobby stowarzyszenia puddingów, którzy w tej nazwie nic fikuśnego nie widzą.

Przepis
300 g mąki
150 g stałego rozgniecionego tłuszczu do pieczenia
150 ml mleka
150 g rodzynek i suchych porzeczek
85 g cukru

1 starta skórka cytryny
proszek do pieczenia
szczypta soli

Zmieszać wszystkie składniki, dolać mleka aby ciasto miało miękką, sprężystą konsystencję. Stolnicę pokryć mąką. Uformować na niej wałki o długości 15 cm i średnicy 5 cm. Przygotować papier pergaminowy wysmarowany masłem. Przygotowane wałki opakować luźno w papier, tak, aby dać ciastu wyrosnąć. Gotować na parze lub w formie budyniowej od 1.5 do dwóch godzin. Podawać z kremem budyniowym.


dick2

A to też spotted dick... Tak nazywa się popularnie owa tajemnicza roślina, rosnąca w Kambodży. ( fot. plantstreesflowers.sihanoukville-cambodia.com/)

10:20, kicior99 , kuchnia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 grudnia 2007
Mielone po brytyjsku

czyli mój kosmiczny wygłup kulinarny

Pamiętacie swoje pomyłki zakupowe lub kulinarne? Każdy ma ich co najmniej kilka, lecz niechętnie się nimi dzieli z innymi, bo w końcu po co z siebie robić idiotę? Moja największa wtopa co prawda miała miejsce w Finlandii, ale na Wyspie też wygłupiłem sie niewąsko kilka razy, co kosztowało mnie kilkanaście funtów i tyleż odruchów wymiotnych.
Największa pomyłka dotyczyła mięsa mielonego, w różnej postaci zresztą. Pierwsze mielone, wieprzowo - wołowe, okazało się śmierdzące i zupełnie nie do przyjęcia. Myślałem, że jest zepsute i po jakimś czasie powtórzyłem eksperyment, równie nieudany. Z braku psów do wyżywienia musiałem z bólem serca wyrzucić wypieszczone kotlety na śmietnik. No nie do końca, Michał zjadł swoją porcję ale bez szczególnego apetytu.
Zastanawiałem się, co też może być przyczyną takiego dziwnego smaku i z pomocą przyszła mi... wiedza szkolna. Nie cierpiałem biologii, ale z tego, co mojej wspanialej nauczycielce udało się wtłoczyć do opornego mózgu wynikało, że w południowej i zachodzniej Europie bydło rzeźne jest niekastrowane i dlatego ich mięso ma specyficzny smak, zupełnie odmienny od tego, który znamy. Sprawdziłem informację, okazała sie prawdziwa i od tej pory stanowię z krowami zbiór całkowicie rozłączny. 
Co wcale mnie nie oduczyło od mielonego mięsa... Kiedyś, przed którąś Gwiazdką penetrowałem sklep i rzucił mi się w oczy słoiczek z napisem "Mincemeat" - czyli na zdrowy rozum mieso mielone, słowniki zwykle nie kłamią. Nie był drogi, wziąłem jeden. W domu czym prędzej otworzyłem, zadając sobie neicierpliwe pytanie, co jest w środku: gotowane? wędzone? surowe? Już widzę, jak śmieją się ci, którzy wiedzą o co chodzi. W środku była... konfitura owocowa z przewagą skórki pomarańczowej, rodzynek, cytryny, jabłek, orzechów. 
Jeszcze nigdy w życiu nie czułbym sie bardziej zrobiony w bambuko, gdyby ta "mielonka" nie była bardzo smaczna. Skąd wobec tego nazwa? Czyżby naprawdę aż tak im się pomieszało? Szczerze mówiąc w kraju tak specyficznej kuchni nie zdziwiłbym się zanadto.
Otóż nie do końca. Okazuje się, że historycznie nazwa jest jak najbardziej uzasadniona, bo od średnioweicza do XIX wieku taką mieszankę używano do... konserwowania mięsa, również mielonego. To nawet logiczne - wspomniane owocwe wchodzące w skład "mielonki" zawierają sporo pektyn, chroniących mięso przed starzeniem. W postępie dziejów, mięso konserwowano w ten sposób coraz rzadziej, choć samej mieszaniny sie nie pozbyto, Najpierw porządnie ją upito brandy, by na końcu zrezygnować z jakichkolwiek dodatków zwierzęcych, w tym niepokojącego w tym zestawieniu łoju. Została tylko nazwa. 
Dziś ten typowo brytyjski specjał służy zwłaszcza do pieczenia ciast bożonarodzeniowych, stąd piszę o tej bardzo dziwnej miksturze właśnie dzisiaj. Mincemeat można zrobić metodą chałupniczą, a jego trwałość wynosi około 10 lat!

Jak przyrządzić mincemeat?
 
Składniki:
2 funty rodzynek
3 funty suszonych porzeczek
2 uncje kandyzowanej skórki cytrynowej
2 uncje kandyzowanej skórki pomarańczowej
2 jabłka
4 suszone (ale nie podwędzane!) śliwki
sok z cytryny
szklanka brandy
1 gałka muszkatołowa
starty imbir (opcjonalnie)

Rodzynek i porzeczek nie moczymy, ale bierzemy suche i rozdrabniamy tasakiem. Wszystkie składniki bardzo drobno posiekać, zetrzeć gałkę muszkatołową. Skórkę i jabłka zmielić. Całość zalać brandy, jeszcze raz wymieszać, zamknąć w szczelnie zakręconych słoiczkach. Do użycia nadaje się po dwóch tygodniach. Służy głównie jako nadzienie do ciast i ciasteczek, można poeksperymentować też z mięsem. A co, nazwa zobowiązuje. 

 mmpie

Świąteczne ciasta oparte na tym specyficznym mielonym 

08:22, kicior99 , kuchnia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 27 listopada 2007
Hot pies

czyli coś ciepłego na jesień

Ucząc się słówek w obcym języku należy pamiętać, że rzadko tłumaczą się naprawdę dosłownie. Taki platform na przykład to teoretycznie peron. Jednak obserwacja angielskich dworców uczy, że raczej odpowiada naszemu torowi. Na bristolskim dworcu jest jeszcze gorzej - na jednym peronie są cztery.
Podobnie jest ze słówkiem pie. Uważany za wyrocznię słownik Stanisławskiego podaje jedno znaczenie - pasztet. Tymczasem prawda jest okrutna. Coś, co my rozumiemy jako pasztet jest określane z francuskiego pate, a sam wyraz pie oznacza w zasadzie wszystko co pieczone - od suchego placka (bo wilgotny to cake) aż porozmaite zapiekanki. Nie da się iść do sklepu i po prostu poprosić o pie - bo sprzedawca nie będzie wiedział, co ma podać... Pojęcie - worek zawiera prawie wszystko co można upiec i zawiera ciasto.

Kiedyś w jakimś mieście, chyba w Weston - super - Mare, natknąłem się na zabawny, przynajmniej dla mnie, szyld HOT PIES. Z początku myślałem że to jakiś geszeft polskich emigrantów, którzy robią sobie niesmaczne żarty z hot doga. Wszedłem do środka i wyprostowałem sobie poglądy. Na półkach roiło się od różnego rodzaju zapiekanek i straciłem tam chyba dziesięć funtów. Warto było...
Zapiekanki dotarły do Anglii w dwunastym wieku i z początku były robione wyłącznie z mięsem. I smakowały zapewne inaczej niż współczesne a już na pewno nie przypominały tragedii sprzedawanej w Polsce. Ciekawostka - w staroangielskim nazywały się "coffyn", co oznacza trumnę. Nazwa wzięła się od kształtu, matematyk powiedziałby ściętego ostrosłupa. Już dawno zorientowano się, że rzucenie plackiem w czyjąś twarz może być smieszne i był to najpopularniejszy gag okresu teatru przed Szekspirem. Później okładano się tortami.
Najfajniejszym angielskim wynalazkiem w dziedzinie żarcia z piekarnika jest zdecydowanie shepherd's pie (zapiekanka pasterska) i składa się z mielonej baraniny w ciemnym sosie z dużą ilością cebuli, a wszystko przykryte jest puree ziemniaczanym. Dla nielubiących beczącego mięska istnieje wariacja - cottage pie, do którego używa się wołowiny. Bardzo upraszczając sprawę można powiedzieć, że to rodzaj gulaszu z mielonego mięsa z ziemniakami. Proste, szybkie i nawet smaczne. Mnie apetyt na cottage pie przeszedł dzięki jednemu z moich kolegów, który karmił mnie tym przez trzy dni. Pech polega na tym, że ów kolega czyta ten blog i awantura wisi w powietrzu.

A oto przepis na cottage pie:

Składniki dla czterech osób:
900 g ziemniaków,
3 łyżki mleka,
łyżka masła,
sól,
pieprz,
1 cebula,
1 marchewka,
olej,
funt (ok. 450 g) wołowego mięsa mielonego
pół łyżeczki mieszanki ziołowej (mixed herbs),
pół łyżeczki ziela angielskiego (allspice),
1 łyżka stołowa natki pietruszki i 2 - 3 listki szałwi (sage).


Wykonanie:Ugotować ziemniaki, wyroibić je na puree z mlekiem i odrobiną masła, dodać sól i pieprz. Usmażyć pokrojoną cebulę na oleju, dodać do niej mięso mielone, marchewkę pokrojoną w plasterki i na końcu przyprawy. Przełożyć wszystko do żaroodpornego naczynia, na wierzch wyłożyć puree, dodatkowo można zetrzeć ser żółty - oczywiście cheddar. Zapiekać w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni przez około 25 minut. nalezy uważać, aby na wierzchu utworzyła się krucha warstwa (crust)
cottage-pie

Typowy cottage pie. Smacznego! Fot arch.cam.ac.uk

 

00:40, kicior99 , kuchnia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 listopada 2007
Jabol "made in England"

czyli o pewnym lokalnym trunku

 

Nie piję dużo alkoholu. Lubie bardzo piwo, raz na jakiś czas nie pogardzę czerwonym winem, ale kiedy czytam Bieńczyka i innych, co w winie widza wszystko tylko nie wino, to ochota na napój bogów jakoś mi przechodzi. Nie znaczy to, że nie lubię próbować nieznanych sobie alkoholi, ale kończy się to zawsze na jednym kieliszku.

No właśnie, nie ma to jak aspekt poznawczy. Podczas pierwszej wizyty w prawdziwym brytyjskim pubie poprosiłem towarzyszącego mi Briana z żoną, aby polecili mi coś lokalnego. - Skoro jesteś w Somersecie, musisz napić się cydra. Z tutejszych jabłek, produkowany na miejscu, stąd jest eksportowany na cały świat. Nie chciałem być niegrzeczny, ale cydr kojarzy się raczej z drugą stroną Kanału La Manche i Bretanią, gdzie pija się go jak oranżadę. Jednak nie chciałem być niegościnny, a ponadto nigdy jeszcze tego nie piłem, skinąłem potulnie głową i pozwoliłem sobie zaordynować pintę. Kelner postawił przede mną pokal złocistego klarownego płynu...

Pierwsza weszła bez problemu a do charakterystycznego jabłkowego smaku przyzwyczaiłem się szybko. Po drugiej lekko szumiało mi w głowie, choć zapewniano, że nie zawiera więcej niż pięć procent alkoholu. Po trzeciej miałem już dość tej libacji, przeprosiłem towarzystwo i potulnie poszedłem do domu. Nigdy więcej takich eksperymentów... Choć słowa nie dotrzymałem i kilkakrotnie skusiłem się na pintę jabłkowej rozkoszy –i ani kropli więcej.

Cydr, zwany tu cider to alkoholowy napój ze sfermentowanego soku jabłkowego o bardzo różnym smaku – od słodkiego po wytrawny i ten jest najlepszy. Lekko musujący w smaku, nie może być porównany z niczym innym. Wytwarza się go z jabłek, choć czasem bywa z dodatkiem gruszek – i wtedy ma inny, niepowtarzalny smak.

Co trzeba zrobić z jabłkiem, aby przemieniło się w złocisty, smaczny napój? Proces produkcji cydru trwa około dwóch miesięcy. Dojrzałe jabłka mieli się – dawniej robiono to ręcznie, dziś przeważa produkcja maszynowa. Tak otrzymaną pulpę formuje się i odsącza sok, który następnie podaje się fermentacji z dodatkiem cukru i substancji smakowych (często żurawin, nieraz gruszek, zawsze są to jednak produkty naturalne). Później się go klaruje, butelkuje, leżakuje około miesiąca i... na zdrowie!

Anglicy – zwłaszcza ci z południowo – zachodniej Anglii, gdzie cydr jest napojem regionalnym – uważają, że jest zdrowszy od piwa. W sukurs przychodzą im lekarze, którzy stwierdzili w nim obecność przeciwutleniaczy, zwalczających raka. Ma również dobrze wpływać na trawienie. Co do tego – nie wątpię... Jednak ci sami lekarze uważają, że z powodu wysokiej zawartości minerałów zbyt duże ilości cydra powodują kamień nazębny.

Oczywiście Anglicy nie byliby sobą, gdyby przy okazji nie wdali się w przepychankę z Francuzami, którzy uważają cydr za ich napój narodowy – przynajmniej w północnej części kraju Marianny, Normandii i Bretanii. Francuski cydr jest jednak inny, słabszy (do 4 procent alkoholu, podczas gdy angielski ma niezłe kopyto – do 7 procent). Z innych narodów – upodobali go sobie Niemcy (Apfelwein), Kanada, Meksyk i... polska emigracja. Szybko się skapnęli, że kopie lepiej niż piwo... Podejrzewam, że pija go więcej niż Żywca z importu, zwłaszcza że tańszy. No intrygujący smak. Na zakończenie dodam, że w południowej Anglii jeździ kilka pociągów, przeznaczonych specjalnie dla turystów, zatrzymujących się przy pubach z dobrym cydrem. Czyżby kusząca propozycja na najbliższy weekend?

Art-with-Cider

Typowa stylistyka "kultury cydrowej".

wtorek, 30 października 2007
Najbardziej demokratyczna potrawa świata

czyli szczęśliwy mariaż ryby i frytek

Tak już jest u nas w pracy, że koło północy robimy sobie lunch. Najczęściej przyniesiony z domu – kanapki i owoce (wbrew pozorom i powszechnym opiniom Brytyjczycy to owocożercy), ale bywa, że towarzystwo zapragnie czegoś na ciepło. Wtedy pada zawsze sakramentalne pytanie: Tobie też? Wtedy najczęściej odpowiadam: Tak, ale bez octu...

Nazwa potrawy nie pada, ale i tak wszyscy wiedzą o co chodzi. Oczywiście fish and chips – czyli ryba z frytkami. Trudno o bardziej angielski lunch. I najbardziej demokratyczny – jedzą to po prostu wszyscy. Statystyki mówią, że 49 procent (czyli połowa) Anglików raczy się

właśnie tym specjałem w godzinach obiadu. W porze lunchu wiele angielskich ulic pachnie smażonym olejem i rybą. W porównaniu do obfitego śniadania jest to posiłek raczej ascetyczny... No i przede wszystkim tani, bo cena rzadko przekracza cztery funty.

Jeśli jednak chcecie sobie zrobić lunch po angielsku i podać na obiad rybę z frytkami, założę się, że to, co wam wyjdzie, będzie mało angielskie. Zacznijmy od frytek. Rzadko smaży się na oleju, najczęściej są pieczone w piecu. No i o wiele grubsze i mniej kształtne niż gdziekolwiek poza Wyspą. Kiedyś miałem nawet wątpliwości, czy umie się tutaj kroić równo ziemniaki. Całość posypuje się solą i skrapia octem. Octem – dodam – zupełnie innym, słodowym, nieco słabszym i o charakterystycznym karmelowym kolorze.

Ryba to zazwyczaj dorsz lub łupacz (haddock, patrz rysunek powyżej) – rzadko spotyka się cokolwiek innego. Nonsensem byłoby oczekiwać karpia lub jakiegokolwiek innego rybala słodkowodnego, bo te uważane są tu za niejadalne. Je się wyłącznie ryby morskie. Zalety to wyższa wartość odżywcza i brak ości, zresztą używa się wyłącznie ryb odfiletowanych. No i koniecznie musi być to ryba w cieście, jasnozłotym, chrupiącym. Należy również pamiętać o „deep fry” czyli smażeniu w grubej warstwie oleju, najczęściej podczas smażenia ryba się w nim po prostu topi. Już wiecie? To do dzieła!

Jeśli ktoś myśli, ze tak jada się tu od zawsze, jest w błędzie. Potrawa zyskała prawo obywatelstwa na stole dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, wraz z rozwojem angielskiej floty rybackiej na Morzu Północnym.. Wcześniej łowiono ryby denne, o wiele droższe. Trawlery pozwalały na połów ryb pływających w środkowych warstwach wód morskich. Dodatkowo rozwój kolei i potanienie opłat za przewóz pozwalał szybko transportować ryby w głąb kraju. Frytki zyskały popularność mniej więcej w tym samym czasie i wcale nie są uważane za angielski wynalazek – prawdopodobnie przywleczono je tu z Belgii. Szybko „pożeniono” obie potrawy i był to naprawdę strzał w dziesiątkę. Dwudziesty wiek to okres wysypu tanich jadłodajni, w którym fish and chips z racji ceny był szczególnie popularny. I tak to trwa do dzisiaj.

Czy smakuje? Rzecz gustu oczywiście. Dla mnie ryba jest nieco zbyt paćkowata i rzadko ma odpowiednią konsystencję. Jednak gruba warstwa ciasta sprawia, że mięso parzy się we własnym sosie i ma bardzo delikatny i swoisty smak. Jeśli ktoś lubi wino do obiadu, to smakosze angielscy polecają białe Pinot Gris, lekkie wino doskonale komponujące się z rybą. Jeśli zaś same frytki są dla was nieco za suche, potraktujcie je po angielsku sosem curry. Smacznego!

013-fish-and-chips

Wygląda odrobinę lepiej niż smakuje...

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: