piątek, 28 maja 2010
Czego nie zrobił pan Beeching?

czyli poranek na stacji

Dziś wybrałem się zobaczyć pierwszy pociąg na stacji - jedyne sensowne miejsce wycieczki o tej godzinie, z obowiązkowym zakupem porannej gazety rzecz jasna. Stacje kolejowe zawsze były jednym z moich ulubionych miejsc, nawet takie niepozorne jak ta...

środa, 23 września 2009
Stoi na stacji lokomotywa

czyli wycieczka w przeszłość

Kiedyś, przy okazji opisywania Okehampton, wspomniałem o angielskim pietyzmie, z jakim pielęgnują stare koleje. Przy okazji wyjazdu do Dartmouth potwierdziło się stare anglojęzyczne powiedzenie: Ye ain't seen nothing yet... Kolej między Paignton a Kingswear - lewobrzeżną częścią Dartmouth, zamknięta w r. 1968 a wykupiona przez prywatną spółkę 4 lata później, musi robić wrażenie...

dscf0438_1

Stoi na stacji lokomotywa... Jedna z sześciu, operujących na tym odcinku. Nazywa się Herkules, została wybudowana w r. 1920 i w regularnej komunikacji służyła do roku 1964 na torach południowej Walii. Waga - 85 ton.

dscf0442_1
Można się przejechać jednym z dwudziestu wagonów z lat 30. XX w. Są to wagony typu "mark", 17.5-metrowej długości.

dscf0456_1
Ten sam wagon w środku.

dscf0449_1
Ruszamy... Bilet na kolej tani nie jest - kosztuje 11 funtów w obie strony (wraz z przeprawą promową). Odcinek liczy 10 km, a pociąg pokonuje go w pół godziny, z postojem na dwóch stacjach.

dscf0451_1
Każda z nich jest utrzymana w największym porzątku przy zachowaniu najdrobniejszych szczegółów.

dscf0561_1
Zachowano oryginalny wystrój stacji...

dscf0581_1
Z oryginalnymi tablicami, jakich kolej brytyjska używała przed wojną...

dscf0562_1
I nierzadko wzruszającymi szczegółami. Gaśnice z lat dwudziestych XX w. Chyba skuteczne, skoro stacja stoi po dziś dzień.

dscf0564_1
Taki klimat panował na angielskich stacjach 80 lat temu.

dscf0567_1
Drzwi zamykać!

dscf0586_1
I nie wychylać się!

środa, 26 sierpnia 2009
Najlepiej oznaczony kraj świata

czyli w krainie drogowskazów

Z reguły podaję tu własne opinie, bądź informacje potwierdzone źródłami pisanymi, tym razem muszę zdać się na zdanie kolegów - fachowców z pracy. Jako że pracuję w logistyce, większość to kierowcy z wieloletnim stażem za kółkiem. A twierdzą oni jednogłośnie: Anglia to najlepiej oznaczony kraj w Europie, a kto wie, czy nie na świecie, pomijając Watykan i San Marino. Jako nie-kierowca musiałem tę opinię potwierdzić w terenie i... chyba się z nimi zgodzę, biorąc również pod uwagę moje wieloletnie doświadczenie autostopowicza. Znaki drogowe są wszędzie, i co ważniejsze, pokazują to, o co naprawdę może chodzić kierowcom. Nie ma na przykład takich dziwów jak na drodze z Poznania do Gdańska, gdzie większość znaków wskazuje na niewiele mówiące Świecie nad Wisłą - przy całym szacunku dla tej miejscowości. Próbowałem odgadnąć, jakie zasady Anglicy stosują przy oznaczaniu i o to, co mi wyszło.
Po pierwsze: nie żałuj blachy. Takiej literatury na drogowskazach, jak w Anglii nie ma chyba nigdzie, a ażeby to wszystko przeczytać, potrzeba by lat. Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia z poprzedniego wpisu - mało jest takich, gdzie żaden drogowskaz nie wszedłby w paradę. Lepiej oznaczać za często niż za rzadko, a skrzyżowanie bez drogowskazu jest skrzyżowaniem straconym.
Po drugie: Zadbaj o estetykę drogowskazu: musi być czytelny i poza tym ustawiony tak, by dało go się przeczytać przy najechaniu z różnych punktów. Nie stawiaj drogowskazów pod drzewem, które może zakryć gałęziami treść ani w innym, równie durnym miejscu. Stosuj odrębną stylistykę dla różnego typu drogowskazów.
Po trzecie: Nie zapominaj, że ludzie mają różne interesy i potrzeby. Angielskie znaki pokazują nie tylko Londyn; dowiedzieć się można z nich wszystko, o miejscowościach, zabytkach, ważnych obiektach użytku publicznego. Nieważne, że zainteresuje to jedną osobę na tysiąc, ta osoba jest jednakowo ważna jak tysiąc innych.
Niby tak niewiele i same oczywistości, prawda? Ale stosowanie z żelazną konsekwencją tych niezbyt skomplikowanych zasad może prowadzić do wstrząsających efektów, co polecam wszystkim służbom znakarskim świata ze szczególnym uwzględnieniem francuskich i, rzecz jasna, polskich.

dscf0312

Nieskomplikowana estetyka i czytelność - warunek numer jeden.

dscf0239

Umiejętne zastosowanie różnych typów ułatwia wyłuskanie potrzebnej informacji.

dscf0296

Bez obawy, kierowca i tak zdąży to wszystko przeczytać...

dscf0399

Te znaki tylko pozornie wyłamują się z przyjętej stylistyki; zielony zawsze oznacza drogę krajową, obiekty przemysłowe i turystyczne też mają ustalony kolor. Opanowanie tego systemu to kwestia dnia - i jest niezawodny.



dscf0244

Znaki starego typu nie poznikały nagle w momencie wprowadzenia nowego wzoru oznaczeń, wiele służy do dziś.

dscf0233

Należy pamiętać o wszystkich, a zwłaszcza o turystach.

dscf0314

A co trudniejsze - rozrysować.

dscf0155

Wiele miast ma doskonały system oznakowania dla pieszych - i to nie tylko ośrodki turystyczne.

dscf0210

Szerokiej drogi!

Fot autora. Kopiując i publikując - podaj źródło.

 


poniedziałek, 20 lipca 2009
Wierni uczniowie PKP?

czyli skutki prywatyzacji

Lubię koleje - to chyba widać na elektronicznych kartach tego bloga. I to lubię od najmłodszych lat. Ulegałem też różnym kolejowym maniom; zbierałem bilety, rozkłady jazdy itp; obecnie pozostało mi "tylko" fotografowanie stacji i zajęcie zwane elegancko line bashing czyli próba przejechania całej sieci kolejowej. W Wielkiej Brytanii, kraju, w którym kolej powstała, czuję się jak ryba w wodzie. Podobają mi się tutejsze pociągi, stacje, jeżdżę niemal bez opamiętania, usprawiedliwiając się głupio, że przecież nie mam samochodu.
Nie znaczy to, że nie dostrzegam problemów brytyjskiej kolei. A jest ich sporo. Po prywatyzacji tutejszego PKP, czyli British Railways, sieć podzielono na kilka części, każda w wyniku przetargu przypadła innemu przewoźnikowi. Południowy zachód, w którym mieszkam, miał wątpliwe szczęście dostać się w mało opiekuńcze ramiona spółki First Great Western, zwanej tu potocznie Last Late Western. Nazwa nie pozbawiona racji. Pociągi Firsta biją rekordy w opóźnieniach i odwołaniach, a tabor należy do najstarszych i najbardziej awaryjnych. Co gorsza, firma fałszowała statystyki przeznaczone dla rządu i była bliska pożegnania się z franczyzą. Co prawda jako wychowanek PKP nie za bardzo narzekam na tłok w pociągach i opóźnienia, jednak Anglicy mieli tego dość. Doszło do serii spektakularnych protestów, w których potraktowani jak bydło pasażerowie urządzili szereg demonstracji, bojkotując kupno biletów i jeżdżąc w maskach krów. Zamiast biletów okazywali konduktorom sfabrykowany "dokument przejazdu" z zawoalowanymi wyzwiskami w stronę FGW (fotografia obok). Co prawda arogancki przewoźnik postraszył protestujących wysokimi karami, jednak, paradoksalnie, obsługa pociągów traktowała owe "bilety" z całą powagą, a odpowiedzialna w rządzie za pociągi Ruth Kelly porządnie opieprzyła firmę, zagroziła odebraniem franczyzy i spowodowała że przewoźnik nie tylko przeprosił pasażerów, ale poprawił warunki podróży na tyle, że punktualność zwiększyła się z 75 do ponad 90 procent, ponadto zakupił nowy tabor i nie pamiętam ostatnio, aby jakiś pociąg na moich liniach był odwołany. Nie ma już (a przynajmniej nic mi nie wiadomo) takich wpadek, że pociąg spóźnia się pół godziny bo... konduktor zaspał do pracy - a bywało! Raz nawet przez przypadek nie zabrali konduktora ze stacji...
Jaka jest więc różnica między PKP a kolejami brytyjskimi? Otóż podejrzewam, że polskim kolejom włos by nie spadł z głowy za takie traktowanie pasażerów. Nadzorowana prywatyzacja na wzór angielski sprawia, że przewoźnik zawsze ma szansę pożegnać się z koncesją i nie jest to czcza groźba, bo takie rzeczy już tu bywały. Opłaca się jednak mieć na względzie dobro pasażera...

DSCF0095

Może drogo i za późno, ale za to jak malowniczo...

DSCF0063

Jeszcze wspomnienia z sobotniego wypadu. Moje pociągi nie spóźniły się ani o sekundę.

Fot. autora na podwójnej licencji GFDL i Cc-by-sa-3.0 (zezwala się kopiowac pod warunkiem podania źródła i autora)

czwartek, 18 września 2008
Co tam Egipt...

czyli i Anglia ma się czym pochwalić

No ile wybudowano w tym roku autostrad w Najjaśniejszej? Dawno mnie tam nie było ale podejrzewam, że trochę przybyło od tego czasu. W końcu budowa autostrady to nie jest prosta sprawa. Rozumiem, że w ciągu roku można wybudować zaledwie pięćdziesiąt kilometrów. A nie łaska tak dwa kilometry w dzień? Bez żadnych narzędzi, no może kamieniem gładzonym? Potrafiono to już w czterdziestym wieku przed naszą erą...

Niektórzy właśnie pomyśleli, że Kicior zwariował. Ich prawo. Ale... Jakieś trzydzieści kilometrów od miejsca, w którym mieszkam, jest taka bardzo stara droga, nazywa się Sweet Track. Powstała jako droga przeprawowa przez podmokłe równiny Somersetu. Badania dendrochronologiczne drewna, z którego drogę zbudowano umożliwiły dokładne podanie jej wieku.  Została ona wykonana w roku 3807 lub 3806 p.n.e. Uważa się, że jest to najstarsza droga na świecie. Zatem żaden Egipt, żadna Mezopotamia...
A co najdziwniejsze, drogę zbudowano... w jeden dzień! I to przy udziale najwyżej dziesięciu chłopa - jak uważa pismo New Scientist. "Na całość trasy składało się ponad 4000 metrów płaskich elementów drewnianych podpartych 2000 metrami bali i 6000 kołkami. Prace mogły zostać wykonane wiosną roku 3806 p.n.e." - pisze gazeta (fragment przetłumaczony przeze mnie dla potrzeb Wikipedii).
Zatem można? Ano można. Gdyby ludzie pierwotni przyglądali się budowniczym autostrad, pewnie umarliby ze śmiechu... No ale oni przecież nie mieli rządu, parlamentu i związków zawodowych, które na pewno porotestowałyby tak szybką budowę.

Tak to wygląda z bliska. Fot. Archeologyonline. 

sobota, 06 września 2008
Machiny piekielne

czyli czym by tu pojeździć?

Początek urlopu spędziłem - a w zasadzie trzeba by napisać spędziliśmy - bo Zwierzak, mój najlepszy od prawie zawsze przyjaciel, ruszył w końcu cztery litery i zawitał z moje strony - w północnym Devonie. Chleba i soli oczywiście nie brakowało. W tymże Devonie, a dokładniej w miejscowości Lynton, dałem się namówić do przejechania się kolejką Lynton - Lynmouth, łączącą dwa miasta położone na szczycie i dole klifu.
Rzut oka na zdjęcie i moje obawy są chyba jasne. Nie jest to maszyna wzbudzająca jakiekolwiek zaufanie. Połączone linami dwa wagoniki poruszają się równolegle po trasie o nachyleniu większym niż pięćdziesiąt stopni. Gdy jeden zjeżdża, drugi tą samą siłą wciągany jest na górę. A napędzane jest to ustrojstwo na wodę... To nie pomyłka. Wagony wprawiane są w ruch energią, która powstaje z różnicy ciężarów w momencie, gdy życiodajny płyn wylewa się z wagonika. Genialne, prawda? A to fizyka na poziomie gimnazjum.
Ten typ kolejki ma specjalną nazwę - funikularny i był dość często budowany pod koniec dziewiętnastego wieku na fali ogromnej popularności kolei, kiedy kładziono tory pod co się da. Tak było i w Lynton, gdy połączono je z wyżej położonym Lynmouth., Przy okazji otwarcia padły wiekopomne słowa, że kolej uzyskuje prawa używania wody z doliny Lyn po wsze czasy. Na dobre to wyszło miastu - kolejka doprowadziła do jego rozwoju.
Historia historią, ale przejechanie się czymś takim wymaga odrobiny odwagi. Zjeżdżając w dół miałem jakieś dziwne wrażenie, że dostajemy nagłego przyśpieszenia... W razie czego nie byłoby z nas co zbierać, ale zdaje się, że urządzenie jest na sto procent bezpieczne. Pocieszające, że jeden typ katastrofy jest tu absolutnie niemożliwy - wagony nie zderzą się.

Inną przejażdżkę zaliczyłem na wyspie Wight. Kolejka elektryczna łączy tam molo w Ryde z malowniczym Shanklin. Pomijam to, że zasilana jest z trzeciego toru, dziwactwa techniki nie robią już na mnie wrażenia. Wsiadając nie wiedziałem, co za chwilę przeżyję. Trzęsło tak, że przez moment obawiałem się, czy wszystko w środku mam na swoim miejscu. A kolejka posuwała rączo, pogwizdując od czasu do czasu. Tak już ma. Tajemnica stanu wagonów rozwiązała się nieco później. Mój angielski przyjaciel, Syd, oświecił mnie, że wagony tego ekspresu śmierci były wykorzystywane w londyńskim metrze... podczas drugiej wojny światowej. Nie chciałem uwierzyć, ale sprawdzenie w dostępnych źródłach tylko potwierdziło ten fakt. A w sumie co w tym złego? Żyję i nawet pojeździłem sobie trochę historycznym pociągiem, którym być może jeździł nawet sam Churchill...

Lynmouth.railway.arp.750pix

Tak to ustrojstwo wygląda z bliska... fot. wiki commons - na razie, jak zwierzak w końcu przyśle foty, wstawię co ś lepszego

PICT0038

Czy Churchilla też tak wytrzęsło jak mnie?

poniedziałek, 01 września 2008
Trochę mniejszy bajzel

czyli Anglia rejestracyjna

Przyjażdżający do Anglii może odnieść wrażenie, że jest to kraj ułożony, posystematyzowany, poszufkadkowany nawet. I w swej opinii będzie tkwił tak długo, dopóki nie zacznie wpatrywać się w ich numery rejestracyjne. Pierwszą prawidłowość wyłowi szybko. Angielskie blachy są z przodu białe, z tyłu żółte (o ile to nie jest bardzo stary wóz), i niedługo będzie to jedyny kraj tak znakujący swe auta, bo Francja się z tego systemu wycofuje w przyszłym roku.
Poza kolorami inną prawidłowością są ostatnie trzy litery - nad całą resztą trzeba się bardzo długo zastanawiać... Na początku próbowałem geografii - na próżno. Nie udało mi się nic konstruktywnego wymyślić. Dopiero później oosby znające się na rzeczy mnie oświeciły, resztę znalazłem na necie i... dalej twierdzę, że w moim pokoju jest większy porządek niż na angielskich tablicach - i nawet Dominik, największy kontestator moich porządków, traci wszelkie argumenty.
Do 2001 roku system brytyjski polegał na zasadzie litera - trzy cyfry - trzy litery, np. R561MPR. Najwieksze znaczenie miała litera, oznaczająca datę rejestracji wozu, z dokładnością do pół roku. Kryterium dla namiętnego czytacza numerów niejasne, o wiele bardziej uzyteczne dla policji. Ale wprowadzając ten system Anglicy musieli liczyć się z tym, że alfabet ma 24 litery (po odjęciu dwuznacznych, jak "I" które na blachach jest takie samo jak 1 oraz "0") ten system kiedyś się wyczerpie. Istotnie, tak się stało. Co dalej?
Postanowiono sięgnąć po kryterium geograficzne, sprawdzone w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Polska. Wprowadzono układ dwie litery - dwie cyfry - trzy litery, np. WF05MYK. Podzielono kraj na regiony, przydzielono litery: np. pierwsza L to oczywiście Londyn, W - zachód kraju, S - Szkocja, C - Walia. Drugie litery przyporządkowano lokalnym biurom rejestracyjnym. I tak Exeter ma od A do J, Truro - K i L, reszta należy do Bristolu. Cyfry dalej oznaczają rok rejestracji auta. Przykładowo, WY05LUT to samochód zarejestrowany w Bristolu między marcem a wrześniem 2005 roku.

I na tym skończyło się to, co dobre. Patrząc na brytyjskie tablice, nie sposób dalej dowiedziać się, gdzie mieszka kierowca danego auta, a obserwując miasta widzi się praktycznie numery z całaj Anglii. Po pierwsze dlatego, Że Wielka Brytania nie ma obowiązku meldunkowego i zarejestrować samochód można w zasadzie w każdym biurze. O ile mi wiadomo, większe restrykcje obejmuja jedynie Londyn i Wyspę Wight (HW). Poza tym numer przypisany jest do konkretnego wozu i nie ulega zmianie przy sprzedaży samochodu. A rynek używanych aut jest w Wielkiej Brytanii ogromny. Poprzestańmy więc na tym, że numer identyfikuje samochód, bo przecież po to jest, w miarę ładnie wygląda - i nie doszukujmy się dalszych podtekstów. Możemy bawić się w wyszukiwanie wesołych wyrażów na blachach - kilka, szokujących Polaków wypatrzyłem, ale zdjęć nie pokażę...

Stare numery rejestracyjne w Wielkiej Brytanii. Poniewa nie ma tu obowiązkowej wymiany, nieraz jeszcze można je zsobaczyć.

wtorek, 04 grudnia 2007
Wsiąść do pociągu bardzo drogiego
czyli rewolucja w brytyjskiej kolei
Wyobraźcie sobie, że budzicie się, włączacie radio, a tam w dzienniku pan Wincenty Pipka swoim aksamitnym głosem informuje: "A oto gospodarcza wiadomośc dnia: Polskie Koleje Państwowe przegrały przetarg na obsługę polskiego ruchu pasażerskiego na liniach dalekobieżnych. Od pierwszego stycznia firmę zastąpi francuska SNCF, która zapowiada uruchomienie pociągów TGV na linii Warszawa - Poznań od lipca przyszłego roku".
Co w Polsce jest tylko pięknym snem, a PKP kieruje gomułkowska zasada: "Raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy", w Anglii jest już od dawna rzeczywistością, a podobną zapowiedź usłyszałem jakieś dwa miesiące temu. Firma Virgin Trains, obsługująca pociągi dalekobieżne i ekspressowe, przegrała z europejskim gigantem komunikacyjnym ARRIVA. Nowe pociągi zaczną jeździć od dziewiątego grudnia. Nowa firma odgraża się, że będą o wiele lepsze i wygodniejsze dla pasażera.
Możliwe, ja się przyzwyczaiłem do "Dziewicy" i zawsze chętnie nią podróżowałem, mimo że często musiałem jechać stojąc, bo nie przyszło mi do głowy dostać - a nie wykupić! - miejscówki. Moje najpiękniejsze brytyjskie podróże odbyłem właśnie żółto-czerwoną torpedą i będzie mi tego bardzo brakować.
Niestety zmiana przewoźnika oznacza wzrost ceny biletów i to aż o około dziesięć procent. ARRIVA uznała, że dotychczasowe ceny są za niskie, a ludzie aż się zatrzęśli z oburzenia. Podróż w godzinach szczytu, na przykład między Londynem a Manchesterem kosztuje 55 p za milę (niecałe cztery złote za kilometr) i jest uważana za najdroższą w Europie. Dla porównania podróż Intercity na trasie Poznań - Warszawa to wydatek 30 groszy za kilometr! I nie zmieni tego fakt, że w Anglii nie płaci się więcej za pośpieszne. Ponad dziesięć razy taniej przy porównywalnym luksusie, a może nawet gorszym, bo angielskie pociągi są o wiele bardziej ciasne. Niestety, podwyżka była nieunikniona, bo rząd obciął o prawie 50 procent subwencje dla wszystkich prywatnych przewoźników kolejowych.
Zaraz, jakich prywatnych przewoźników? - możecie zapytać. Otóż koleje brytyjskie są prywatne. Dawno temu, do końca lat osiemdziesiątych istniała jedna pańswtwowa firma "British Railways" (takie tutejsze PKP) i nieoficjalnie uznawana była za najgorszą w Europie (tu PKP powinny silnie zaprotestować). Pociągi się spóźniały, dworce były brzydkie i zaniedbane, a liczba pasażerów i pociągów spadała w zawrotnym tempie. Postanowiono sprywaryzować koleje, a była to pierwsza operacja na taką skalę. Podzielono sieć na rejony i wybrano firmę obsługującą połączenia ogólnokrajowe. Jakość przewozów co prawda się poprawiła, ale krajem wstrząsnęła seria giantycznych wypadków kolejowych. Okazało się, że nie wystarczy kupić nowe pociągi, ale trzeba zmodernizować infrastrukturę - głównym powodem wypadków była jazda na czerwonym świetle i pękanie szyn, pamietających jeszcze niesławne czasy British Railways.
Obecna kolej brytyjska, choć daleka od ideału i cholernie droga, jest dobrą alternatywą dla tkwiących w korkach na autostradzie autobusów. Rośnie też liczba pasażerów i jest obecnie największa od czterdziestu lat - a wiemy przecież, że kolej angielska jest najstarsza na świecie.
Co zmieni się od 9 grudnia - bo od tego dnia będzie nam pamował nowy przewoźnik? Ceny oczywiście. Resztę sprawdzę sam, bo wybieram się w długa podróż. Ciekawe, jak firmy przygotowały się do tej dużej operacji. Wiem jedno - choćbym jechał najszybszą koleją świata, Słoneczko i tak spóźni się na przywitanie...
Te pociągi zaczną jeździć - i spóźniać się - już za tydzień. (fot. crosscountry.co.uk)
wykreskolei11
Wykres liczby pasażerów kolei brytyjskich. Prywatyzacje przeprowadzono w latach 1992 - 1994, co wyraźnie zaowocowało wzrostem liczby pasażerów. (źródło wikipedia)
pendolino
Do rychłego zobaczenia! Nie lubię ARRIVY... (fot. quinetic.com)
środa, 14 listopada 2007
Koniec ciężkiej stopy

czyli wolniej na brytyjskich drogach

Kiedyś oglądałem w telewizji (zdaje się na kanale 3sat) wstrząsający film niemiecki „...Und zwei Punkte in Flensburg”, traktujący o przekroczeniu prędkości na drodze i reakcjach kierowców na mandaty i punkty karne. Praktycznie żaden z kierowców nie obarczał się winą. Kto zawinił? Rzecz jasna policjant. Miał zły dzień, uwziął się, a w ogóle to zakaz był postawiony w kretyńskim miejscu i w ogóle niewidoczny...

Narzekanie na policję jest o tyle uzasadnione, że niemieckie gliny działają w dużej mierze uznaniowo. Sporo jeździłem po Niemczech (głównie jako pilot i tłumacz) i chyba tylko raz nie udało mi się wynegocjować niższej kary. W pozostałych przypadkach kończyło się to bardziej ulgowo mimo nieraz rażących wręcz naruszeń. Do końca życia zapamiętam taki dialog z policjantami pod Hannoverem

- Ile wolno było jechać w tym miejscu?

- 110.

- Widzi pan, myśmy jechali 130 a pan nas wyprzedził.

I śmiech powszechny, weiter fahren... Może to dziwne w kategoriach stereotypów narodowych, ale taki numer częściej przechodzi w Niemczech niż w Anglii. Angielscy policjanci działają jak cyborgi: nie ma dyskusji, suche wskazanie na licznik i automatyczna kara. Nawet nie podejmują dyskusji.

Tym bledszy strach padł niedawno na kierowców brytyjskich i tych wszystkich, którzy poruszają się po Wyspie. Otóż niemal pewne jest podwojenie punktów karnych za przekroczenie prędkości... Do tej pory za przekroczenie szybkości dostaje się niemal automatycznie trzy punkty. Limit wynosi 12, po czym prawo jazdy przepada na trzy lata. Już niedługo ktoś, kto jedzie 45 mil na godzinę w miejscu, gdzie obowiązuje „trzydziestka”, musi się liczyć z sześcioma punktami. Nie trzeba dogłębnej znajomości matematyki, by zauważyć, że taki numer przejdzie ulgowo tylko raz... W świetle tak drakońskich sankcji podwyższenie kary do stu funtów jest tylko niewinnym żarcikiem.

Strach jest tym większy, że według oficjalnych danych obecnie ponad milion kierowców ma na koncie 6 punktów i więcej – w ich przypadku jednorazowa fantazja równa się trzyletniej kwarantannie. Nie można mówić również o tolerancji policji – ta jest urzędowo określona i wynosi dziesięć procent plus jedna mila. Oznacza to tyle, że przy ograniczeniu do 30 mil na godzinę można jechać najwyżej trzydzieści cztery.

Te drakońskie przepisy maja za zadanie przeciwdziałać obserwowanemu ostatnio wzrostowi wypadków spowodowanych głównie przez nadmierną prędkość: w ciągu ostatnich dwóch lat o 20 procent wzrosła liczba wypadków śmiertelnych z udziałem dzieci i aż 55 – procentowy wzrost najcięższych wypadków z udziałem nieletnich rowerzystów!

Co ciekawe, przedstawione powyżej propozycje na razie w fazie społecznej konsultacji) przecięły spekulacje o tym, że rząd ma obniżyć kare za przekroczenie prędkości – takie obietnice też istniały i znam kierowców, które potraktowali je bardziej niż dosłownie! W końcu po coś produkują szybsze samochody...

 

car acc

Smutny koniec przekroczenia prędkości.

 

poniedziałek, 15 października 2007
Największy parking świata

czyli czy warto chcieć autostrad?

Gdyby spróbować wytypować miejsce w Anglii, w którym przypada największa liczba tzw, mocnych słów na metr kwadratowy, nie byłoby z tym zapewne kłopotu. I naprawdę zdziwiłbym się gdyby było takie miejsce, gdzie łacina słałaby się równie gęsto jak właśnie tam.
W tamten poranek, kiedy odwoziłem Michała na lotnisko w Luton, wszystko było wyliczone z precyzją szwajcarskiego zegarka. Nawet wziąłem poprawkę na możliwość śnieżycy (co też istotnie się stało). Gdy wyjechaliśmy z e śnieżycy, a było to w okolicach Reading, dalej wszystko szło zgodnie z planem. Punktualnie minęliśmy kuszące wielkimi samolotami Heathrow. Do Luton pozostało jakieś 30 kilometrów. Beauty – uśmiechnąłem się w duchu, gdy auto wjeżdżało na londyńską obwodnicę M25, zwana ślicznie „orbitalem”.
Uśmiech skamieniał mi błyskawicznie. Była niedziela, szósta rano a M25 zakorkowana... 188 kilometrów absolutnej tragedii. Nieprzyzwyczajonym do autostrad Polakom wydaje się dziwne że można narzekać na autostradę, a gdyby rząd PiS zbudował jednego roku 188 kilometrów, naprawdę pragnęlibyśmy już tylko gwiazdki z nieba...
I co z tego, że jest to druga pod względem długości jest prawdopodobnie drugą zamkniętą obwodnicą po berlińskim ringu? I w sumie co z tego że sześciopasmową? System londyńskich dróg jest tak skonstruowany, że właściwie trudno jest wyjechać z miasta nie nadziewając się na orbital. Przezeń też płycie cały ruch tranzytowy ze wszystkich kierunków Anglii i trzech lotnisk – Heathrow, Luton i Gatwick.
Idea otoczenia Londynu obwodnicą powstała juz na początku dwudziestego wieku i przez następne pięćdziesiąt lat zmieniały się kolejne pomysły, nikt jednak nie zaczął ich realizować. Na początku miało – zgodnie z planem Abercrombiego – być ich trzy, skończyło się, niestety, na jednej. Budowano ją od 1973 do 1988 roku, co pewnie rząd w warszawie wkrótce wykorzysta jako argument że inni też się ślimaczą...
Niestety, budując obwodnicę zapomniano o jednym – że samochodów będzie przybywać. Założywszy że we wnętrzu orbitalu mieszka ponad 12 milionów ludzi, sześć pasów (trzy w jedną, trzy w drugą stronę) nie wystarczą, by obsłużyć w miarę bezkonfliktowo cały ruch. Ostatnio wprowadzono nowy system sterowania i kontroli ruchem MIDAS, który ma nieco rozładować korki. Znajomi kierowcy twierdzą, że niewiele się zmieniło.
Na M25 narzekano od momentu jej powstania. Nawet Margaret Thatcher, która osobiście otworzyła ostatni odcinek. Wspomniała coś w uroczystej mowie o malkontentach i utyskiwaczach... Ciekawe czy kiedyś jechała orbitalem jako kierowca. Złośliwie mówi się o tej drodze „największy parking świata” a Chris Rea poświecił jej nawet całą piosenkę „Road to Hell” (kiedyś mi się wydawało, że śpiewa o drodze Poznań - Warszawa). A my, Polacy? na razie musimy żartować z autostrad, których nie ma.

orbital

Tylko na mapie wyglada to tak prosto, przepraszam, okrągło...

wielopoziom

Choć miejscami jest naprawdę wygodna.

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: