wtorek, 04 sierpnia 2009
Jak nie wyleciałem z pracy

czyli redukcje po angielsku

Od dawna podejrzewałem, że coś się święci w mojej firmie. Przejęła ją konkurencja, pracy było coraz mniej, w pewnym momencie nawet zdziwiłem się, że nowego właściciela stać na marnotrawstwo. No i stało się - zapowiedziano zwolnienia grupowe. Rzecz była odpowiednio nagłośniona, nawet w lokalnej gazecie ukazał się artykuł na pierwszej stronie. Na wiele osób padł blady strach...
Z mojego zespołu ośmiu osób musiały odejść cztery, co ogłoszono na zwołanym naprędce zebraniu. Dano nam do namysłu miesiąc. "Ale nie śpiesz się tak, zobaczysz, jak to się rozegra" - uprzedziła mnie znajoma Angielka, która, jak to się mówi, z niejednego już pieca chleb jadła. - "Najpierw poczekaj na to, ile ci zaproponują i później zacznij myśleć".
Istotnie, już po tygodniu zostałem wezwany do szefa, gdzie dostałem teczkę z wyliczonym ekwiwalentem. Jako stosunkowo świeży pracownik nie mogłem liczyć na wiele... i tu się bardzo przyjemnie rozczarowałem. Podana suma ponad dwukrotnie przekraczała tę wyliczoną przez specjalny kalkulator znajdujący się na stronie internetowej urzędu pracy. W istocie, ta sumka pozwoliłaby mi na spokojne utrzymanie się przez kilka miesięcy w  poszukiwaniu nowego miejsca pracy.
Po kilku dniach okazało się, że trzy osoby przystały od razu na zaproponowane im odprawy; trzeba było tylko wyłonić tego czwartego. Byłem ciekaw, jak to zrobią, jakie kryteria zastosują i jaki wpływ będzie miał na to pracownik.
Okazało się, że eliminacje odbędą się metoda konkursu. Zapoznano nas z jego kryteriami i to nie tylko zapoznano, a pozwolono dowolne kryteria oprotestować... Kryteria były wszechstronne i dotyczyły w zasadzie wszystkich aspektów pracy: od punktualności aż po kreatywność. Samo zebranie, na którym nasza piątka dyskutowała z szefostwem trwało, z przerwami, ponad trzy godziny. Udało mi się skutecznie oprotestować jedną rzecz, która z miejsca odbierała mi sporo punktów, koleżance inną, która też mi się nie podobała. Pozostało tylko czekać na wyniki (które i tak można było w odpowiednim trybie zaskarżyć).
Nie było to czekanie z założonymi rękami. Ponieważ nasza firma jest bardzo duża i działa w różnych miejscach, badano możliwość przeniesienia w obrębie firmy. Co ciekawe, zastrzegłem sobie, że nie chcę pracować w Szkocji i Półniocnej Irlandii - i te zastrzeżenia uwzględniono se śmiertelną powagą. Codziennie też prowadzono konsultacje przez urząd pracy i agencje pośrednictwa, które zaproszono do firmy. Muszę przyznać, że mimo iż liczyłem się z możliwością utraty pracy, czułem się jakoś wewnętrznie dowartościowany. Wiedziałem po prostu, ze ktoś nie tyle za mnie myśli, ile pomaga w myśleniu.
Problem rozwiązał się w zasadzie sam, bez konkursu, ocen itp. Po prostu w tzw. międzyczasie zrezygnowała czwarta osoba i żadne eliminacje nie były już potrzebne. Poczułem się, jakbym się urwał z szubienicy... Co wcale nie znaczy, że to miejsce jest już bezpieczne, wiem, że co najmniej na rok jestem uratowany, oczywiście o ile nie zdarzy się jakiś kataklizm. Wiem również, że dzięki działaniom firmy kilka innych osób znalazło pracę. Co prawda to jeszcze nie koniec procedury, ale już można się zdobyć na pewne oceny. przede wszystkim jasne zasady postępowania, co tu się nazywa transparency. Po drugie - rzetelna ocena pracy, umiejętności, wydajności i rozwoju. Wciąż pamiętając, jak dziesięć lat temu traciłem pracę w Polsce, w zupełnie innych warunkach, nastawieniu do pracownika i postawie firmy, wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że jednak można inaczej.

dscf0083

Oczyma wyobraźni widziałem siebie pracującego w kamieniołomach...

21:28, kicior99 , praca
Link Komentarze (14) »
czwartek, 17 stycznia 2008
Hasta la vista, Vista!

czyli tryumf angielskiej konserwy

A mowiłem, wiedziałem. Trzeba się było pozakładać ze wszystkimi dokoła, teraz kosiłbym niezłe siano, stać byłoby mnie nawet na dom z ogródkiem. Tylko biorąc pod uwage bardzo wysoki podatek od nieruchomości (mortgage) cieszę się jednak, że do tego nie doszło. Wystarczy dzika satysfakcja.
Mówiłem mianowicie, powtarzałem ad nauseam, że Vista nie przejdzie. Zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Że to za duża rewolucja jak na ten kraj - że gdyby Microsoft zaproponował nagły powrót do Windows 95, odniósłby większy sukces. No i długo nie musiałem czekać. Brytyjska Agencja Komunikacji Edukacyjnej i Technologii (BECTA) opublikowała właśnie raport dotyczący przydatności najnowszego oprogramowania w edukacji. W tymże raporcie zdecydowanie odradza szkołom "pakowanie się" w Vistę i Office 2007. Tłumaczenia agencji są jasne i klarowne - po pierwsze niekompatybilność z istniejącym już w brytyjskich szkołach sprzętem. Vistę w pełnym rynsztunku, z bajerami typu przeźroczyste okna itp. udźwignie zaledwie co piąty komputer, a tak w ogóle to w ogóle nie da sobie z nią rady ponad czterdzieści procent szkolnych komputerów
Drugim powodem , bezpośrednio związanym z pierwszym, są koszty. Całkowity koszt przejścia na Viste to 175 milionów funtów - sumka wystarczająco pokaźna, aby się o nią bić. I na tym się kończy lista wiarygodnych powodów. Cała reszta wymówek, jak na przykład niekompatybilność dokumentów produkowanych przez Office 2007 jest dla mnie zwykłym ściemnianiem i tworzeniem mętnych teoryjek, bo dokument można przekonwertować w kilkanaście sekund.
Agencja nie wspomniała o jednym - że jak wszedzie indziej, i u niej obowiązuje konserwatyzm. To słynne brytyjskie myślenie, broniące się przed jakimikolwiek nowościami i hołdujące przede wszystkim sile przyzwyczajeń. Jeśli coś jest dobre, wszyscy to lubią i akceptują to po co to zmieniać?
Kiedy miałem rozpocząć w pracę w biurze, myślałem, że trafię do instytucji dwudziestego pierwszego wieku, jak w Finlandii. Już po kilku dniach zmieniłem zdanie. Nowoczesności muszę szukać gdzie indziej. Od sprzętu począwszy: jakie było moje zdziwienie, gdy kilka prac musialem wykonać na... Windows 3.11! Podejrzewam, że pradziadkowie i prababcie, którzy zajrzą na blog, z trudem przypomną sobie o co chodzi. Program obsługujący całą firmę w dziale zamówień, tzw. Dallas, działa pod... DOS! Zapytałem się kiedyś głównego informatyka, czy nie jest już czas zmienić tego na coś bardziej sensownego. - Jeśli działa i to idealnie, to po co? - taka była natychmiastowa odpowiedź. Reszta oprogramowania jest również muzealna, ale ma zdecydowaną przewagę nad Vistą: chodzi bez zarzutu, wszyscy je znają, nie trzeba nowych szkoleń itp., nie pochłania nowych kosztów i jest w pełni kompatybilna ze sprzętem w headoffice. Żyć nie umierać!
Nie chcę przez to powiedzieć, że całe biuro jest skostniałe. Zmiany sa u nas częste, aż za częste jak na brytyjski kościsty mózg. Jednak po pewnym czasie zwykle zauważam, że miały one swój głęboki sens i są efektem starannych przemyślen i jeszcze staranniejszych kalkulacji, robione wtedy, gdy juz naprawde nie ma innego wyjścia. Cała reszta, o ile dobrze sie sprawuje, może zostać. Takie samo jest podejście do pracownika. Nie kombinuje się na gwałt nowych kadr, a robi użytek ze starych sprawdzonych. Moze dlatego ten kraj do czegoś doszedł: nie szuka jakichś udziwnien na siłę, a korzysta ze starych, sprawdzonych wzorców. To może zostanę konserwatystą na stare lata?

biuro UK

Brytyjskie biuro lat pięćdziesiątych. Od tego czsu mimo wszystko wiele się zmieniło.

edwardian_house_garden

Angielski domek z ogródkiem. Trzeba się było założyć...

05:04, kicior99 , praca
Link Komentarze (13) »
czwartek, 20 września 2007
Łatwy jak Polak

Czyli jak nas widzą w Anglii?

Chełpimy się, że Polacy są uważani za dobrych pracowników, a pracodawcy często mając do wyboru na to samo miejsce Anglika czy Polaka w ciemno wybierze tego drugiego. W tym samouwielbieniu przekraczamy niekiedy granice śmieszności, niektórzy wręcz uwierzyli, że paszport z orłem na okładce gwarantuje wysoką jakość świadczonej pracy. Zapominamy jednak, że – o ile to w ogóle jest prawda – przyczyny zatrudniania Polaków są zupełnie inne...

Mimo żeśmy z tej samej gliny ulepieni, jednak mamy inną świadomość niż Wyspiarze. Mówiąc po prostu, wielu z nas nie szanuje się... Wiadomo, lwia większość z nas przyjechała tu zarobić na godne życie. No i zarabiają... Skoro nie da się często pracować za więcej niż stawkę minimalną, sporo osób nadrabia to nadgodzinami. Branymi bez ładu, składu i umiaru. Nieraz widziałem pracownika polskiego, który już na pierwszy rzut oka nadawał się wyłącznie do łóżka. W momencie kiedy słyszał magiczne słowo overtime – nagle dostawał małpiego rozumu, szedł do toalety przemyć twarz i z pokorą robił co każą... Nie chodzi tu bynajmniej o zamiatanie - tak absurdalnie reagują ludzie, od których dobrej kondycji nierzadko zależy zdrowie a nawet życie innych, na przykład kierowcy czy operatorzy ciężkich maszyn. Magia kasy... Mamy prawo nie godzić się na to z jeszcze innego powodu. Otóż za ewentualne skutki wypadków i zaburzeń zdrowotnych płacimy my wszyscy. Utratą prestiżu jako naród gastarbeiterów a także bezpośrednio z naszych podatków na leczenie nie znających umiaru głupców i ich ofiary.

Ale nie tylko pogoń za funtami nie pozwala nam powiedzieć „nie” czy choćby pokręcić przecząco głową. Jest jeszcze inna przyczyna braku asertywności u Polaków - przyzwyczajenia i nawyki wywiezione z Polski. W kraju o wciąż wysokim bezrobociu i bardzo wysokiej demoralizacji pracodawców powiedzieć szefowi „nie” jest prawie równoznaczne z zarzuceniem stryczka na własną szyję. Na twoje miejsce czeka trzech – takie zdanie słyszała większość z nas. Obawiamy się że i angielski pracodawca szybko pokaże nam drzwi.

Tymczasem... nic z tych rzeczy i nie tylko dlatego że mógłby być oskarżony o nękanie pracownika i coś co na całym świecie poza Anglią nazywa się po angielsku mobbing. Pomijając fakt, że angielskie prawo daje pracownikowi na kontrakcie dodatkowe możliwości obrony, jak na przykład oskarżenie o niesłuszne zwolnienie z pracy. Anglicy umieją liczyć pieniądze. Przyuczenie nowego pracownika do średnio skomplikowanej pracy biurowej a następnie doprowadzenie go do pełnego i sprawnego wykonywania obowiązków służbowych to minimum rok. Łatwiej więc – i taniej - popracować nad pracownikiem już zatrudnionym niż zatrudnić nowego, którego pracę przez ponad pół roku trzeba będzie uzupełniać i korygować. I to nawet w przypadku, gdy pracownikowi wytacza się postępowanie dyscyplinarne. Z karnym relegowaniem pracownika spotkałem się tylko raz – i to z powodu ciężkiego wypadku i zniszczeń.

Jest jeszcze jedna rzecz wyniesiona z polskich realiów – przekonanie o tym, że pracodawca zawsze będzie miał rację. „Punkt pierwszy – szef zawsze ma rację. Punkt drugi – jeśli nie ma racji – patrz punkt pierwszy.” Wyobrażenie o szefie jako niemal nadczłowieku jest przemożne. Nie podskakuj, siedź na d... i przytakuj – tak nas przez lata uczono pracować. Z męstwem znosimy oczywiste niesprawiedliwości również na angielskim gruncie. Znam przypadek pewnej Angielki, wyjątkowo uprzedzonej do Polaków. Pierwsza skarga na jej szykany i rasistowskie zachowanie wpłynęła po... pół roku od kiedy ta panienka zaczęła szaleć! Dziewczynę szybko utemperowano a ów człowiek pracuje w firmie do dziś... Mamy kłopoty ze zrozumieniem że postępowanie dyscyplinarne to broń obosieczna i ma prawo działać na naszą korzyść – o ile umiejętnie to rozegramy. A o korzystających ze swych praw Anglikach mówimy z przekąsem „pieniacze”.

Nad słabym przygotowaniem merytorycznym do pracy, kiepskiej znajomości języka i niezrozumieniu brytyjskich uwarunkować (na przykład wyjątkowo rygorystycznych przepisów BHP) nawet nie ma sensu się rozwodzić . Jak również niereformowalnością polskiego pracownika i jego trudną asymilacją z brytyjskimi realiami. Czyni to nas pracowników pilnych, karnych a jednocześnie łatwo sterowalnych.

Nie czarujmy się. Niezależnie z jakich przyczyn Polak siedzi cicho, jest to natychmiast dostrzeżone przez pracodawcę, który rzadko nie ulegnie pokusie wykorzystania czyjejś naiwności. Jak dają to się bierze. Pracownik ma pracę w ilości zaspakajającej jego potrzeby, a pracodawca – cielaka gotowego wykonać nawet najdurniejsze rozkazy i siedzącego cicho. Po prostu ma mięso armatnie. Oczywiście liczy się z tym, że w takim tempie pracownik długo nie pociągnie – wtedy po prostu zatrudni nowego Polaka na to miejsce. Z szacunku dla narodowości? Nader wątpliwe.

aaasomer

Pracują nawet po 15 godzin na dobę, na ile tacho pozwala...

00:04, kicior99 , praca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 28 sierpnia 2007
Jak czytać ogłoszenia?

czyli przyśpieszony kurs życia

 

Ogłoszeń co niemiara – każde inne i każde na swój sposób intrygujące i kuszące. Niestety, nierzadko okazuje się że za gładkimi słowami kryje się humbug. Albo – najczęściej – oszustwo, albo masa niedopowiedzeń. Szkoda, że najczęściej dociera to do nas po fakcie. Oto charakterystyczny przykład:

Elegancka restauracja w centrum Londynu poszukuje kelnerów/ kelnerek OD ZARAZ. ynagrodzenie - 5,35 GBP za godzinę. Minimalny czas pracy - 10 miesięcy. ymagania: Komunikatywna znajomość angielskiego i doświadczenie w branży hotelarsko – gastronomicznej. Kontakt: CV w języku angielskim ze zdjęciem na adres uk@liliput.edu.pl Praca w ramach programu stażu JOB UK. Cena programu 1490 zł. (nazwa w adresie zmieniona)

Na oko wygląda przyzwoicie i nawet kusząco – elegancja, centrum Londynu, słowem – wielki świat. Założę się, że sporo osób połasi się na tę - na pierwszy rzut oka – ponętną propozycję. Tymczasem proponuję przeczytać je zupełnie inaczej.

Na początek - wynagrodzenie. Elegancka – zatem bogata. Czy na pewno płaciłaby pracownikowi stawkę minimalną? To wątpliwość pierwsza. Jeśli jest tak znana i szanowana – dlaczego nie podaje swojej nazwy? Przecież to mogłoby być dodatkową rekomendacją. Dziwna to elegancka firma, która się ukrywa... Widocznie ma takie podstawy.

Dalej – nie dowiadujemy się, jaki rodzaj umowy o pracę będzie obowiązywał. Za takim ogłoszeniem może faktycznie kryć się bezpośredni pracodawca, albo – co nader możliwe – jakaś agencja, która płaci stawkę bliską minimalnej a resztę zgarnia dla siebie. Sugerowany okres zatrudnienia to dziesięć miesięcy – to dziwne, że na przykład nie rok, prawda? Można wytłumaczyć to dość prosto – po roku od momentu podpisania umowy pracownik nabiera dodatkowych praw, dość niewygodnych dla pracodawcy (np. trudniej go usunąć z pracy). Mam niejasne wrażenie że autor ogłoszenia po prostu się klamkuje. Nic też nie wspomniano o standardowym okresem próbnym – przez niedopatrzenie?

Oferty ze zdjęciem. Naruszenie prawa brytyjskiego – pracodawca nie ma prawa prosić o zdjęcie. Wiąże się to z równymi szansami dla wszystkich. Bądźmy szczerzy – po co pracodawcy nasze zdjęcie? I tak zobaczy nas na rozmowie kwalifikacyjnej. Takie ogłoszenie w Wielkiej Brytanii jest bezprawne i – jako że jest umieszczone na brytyjskim serwerze – może być ścigane. Tyle że szanse są niewielkie – dotrze ono w pierwszym rzędzie do nieobeznanych z angielskimi procedurami prawnymi Polaków.

Doświadczenie w pracy hotelarsko – gastronomicznej – punkt dla ogłoszeniodawcy. Ogłoszenia zapewniające o „szybkim przyuczeniu” do pracy, do której sposobią specjalne szkoły z góry są podejrzane. Tak i jak znajomość języka angielskiego. Trudno sobie wyobrazić kelnera porozumiewającego się w eleganckiej restauracji z klientem na migi.

Potencjalny pracodawca prosi nas o wysłanie swojego życiorysu, nie dając nam ŻADNYCH danych o sobie w zamian! W zasadzie nie wiemy kompletnie, komu to ogłoszenie wysyłamy – po prostu szastamy swoimi danymi osobowymi. Szanujący się pracodawca powinien dać w zamian pewne minimum – przynajmniej informację kim jest. Tym bardziej że zadałem sobie trud poszukania serwera, z którego nadano ogłoszenie. Domena edu.pl daje jakąś gwarancję, że chodzi o instytucje naukową lub oświatową, ale to jest nadzieja złudna – domenę taką nie jest trudno zdobyć przez NASK. Być może za adresem kryje się jakaś chora instytucja, której natury nigdy nie będzie dane nam poznać. Na szczęście szybko okazało się, że liliput jest dość dobrze znany w środowisku.

Sprawdźmy wiec program JOBS UK, na który powołuje się rzekomy pracodawca. Już na wstępie uwaga – w Anglii żaden pośrednik nie ma prawa żądać opłaty za skontaktowanie z pracodawcą lub danie pracy. Pracownik zarabia na pracodawcę lub agencję świadcząc pracę! Dodatkowo nie dowiadujemy się, na co miałyby być przeznaczona pieniądze, których żąda pracodawca. Zaraz, jaki pracodawca? Żąda organizator programu JOBS UK! Zatem już mamy ostateczny dowód, że za ogłoszeniem kryje się pośrednik – nie do końca uczciwy. I znów – jako że ogłoszenie ukazało się na witrynie angielskiej, możemy sądzić że mamy do czynienia z przestępstwem. Jakkolwiek by nie spojrzeć na to ogłoszenie - mętne, panie, oj mętne...

(całość jest zbyt długa na to miejsce -znajdziesz ją tutaj )

jobcentre

Jobcentre - dalej najpewniejsze miejsce do szukania pracy... (fot. własne i a74-7 fotoforum.gazeta.pl)

 

00:05, kicior99 , praca
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
Do you speak English?

czyli dlaczego Polacy rzadko robią karierę w Anglii?

 

Poradźcie co robić – pisze uczestniczka jednego z forów poświęconych pracy w Wielkiej Brytanii. - Od dwóch miesięcy szukam pracy w Anglii przez internet. Dostaje tylko odpowiedzi negatywne. Czy jest jakaś szansa, że po przyjeździe na Wyspy dostane pracę z doskoku? I na ile muszę znać język?

Na ile się da. Po pierwsze – język. Po drugie – język. Po trzecie – język ... Na początku pracodawcy brali jak leci. Zadowoleni, że wreszcie chce ktoś pracować, że nie jest to czarny czy inny kolorowy (wbrew pozorom w Anglii dalej myśli się kolorami skóry), że członek narodu, który Brytyjczykom kojarzy się raczej pozytywnie, przez pryzmat emigracji czy pracowitego pokolenia postemigracyjnego. Może to dziwne ale Polacy z wojennej emigracji zrobili nam bardzo dobrą robotę, Zapytałem Vicky, pracowniczkę agencji rekrutacyjnej, jak wspomina tamte czasy. Generalnie nie było rozczarowań.. Owszem, niektórzy szybko odpadali. Praca w Anglii to nie to samo co praca w Polsce, poza tym, jakby powiedzieć aby Was nie obrazić... macie mimo wszystko inne standardy higieny. Kilku pracowników nie spełniało podstawowych wymogów naszego BHP – nie do pomyślenia jest przecież plucie na podłogę w zakładzie przemysłu spożywczego,l choćby to było tylko prostowanie bananów... Gorzej z językiem. Bywało że pracodawcy odsyłali peracownika w cholerę, bo nie mogli się z nim dogadać.

Język, choć światowy i popularny w szkołach zawsze był barierą dla emigrantów. Bywało, że pracę w agencji załatwiało się przez kogoś podstawionego lub wręcz przychodziło z umyślnym tłumaczem. Pracodawcy, coraz bardziej przekonani do dobrej roboty Polaków, tworzyli formacje zwane tu „gettami” lub „kołchozami”, polskie brygady, z polskimi brygadzistami, czy jak kto woli, supervisorami. System wydawał się spełniać swe zadanie.

Błogostan trwał rok, aż zaczęło być nas zbyt wielu. Pojawiła się potrzeba wprowadzenia pierwszych ograniczeń. Z naturalnych powodów był nią język. W poufnej dyrektywie władze nakazały pracodawcom zatrudnianie wyłącznie ludzi ze znajomością języka angielskiego co najmniej w stopniu podstawowym. Nie udało nam się co prawda potwierdzić istnienia takiego dokumentu, lecz powołuje się nań wielu pracodawców – zapewne więc istnieje.

Inaczej patrzy na to Andy, Health and Safety officer w jednej z ogromnych kompanii. Zadecydowały względy Health and Safety (po polsku BHP). Praca w środowisku polskojęzycznym nie wpływa na poprawę bezpieczeństwa, wręcz je utrudnia. Niemówiący po angielsku nie zrozumie podstawowej instrukcji przeciwpożarowej, w przypadku nieszczęśliwego zdarzenia na terenie zakładu jego pozycja jest o wiele gorsza niż Anglika. W takich sytuacjach nie ma nawet czasu na tłumaczenie, machinalnie wykonuje się komendy... Można się nie zgodzić z Andym, jednak problem nieznajomości języka pozostaje.

Polacy nie rozumieją, że po przyjeździe na naukę języka jest najczęściej za późno. Poza tym języka uczą się niechętnie. Na pierwsze zajęcia przychodzi zazwyczaj wielu, później w naturalny sposób się wykruszają, czasem już po kilku miesiącach zachodzi konieczność zlikwidowania grupy – mówi Ian, wykładowca języka angielskiego dla cudzoziemców w jednym z college'ów w hrabstwie Somerset. Bardzo szybko widzę, kto uczy się języka z chęci a kto spełnia tylko obowiązek nałożony przez pracodawcę.

Czemuś biedny? Bom głupi. Czemuś głupi? Bom biedny – chciałoby się zacytować stare polskie powiedzenie. I to kto jest mądry po szkodzie... (w wersji znacznie poszerzonej tekst umieściłem na tej stronie )

somerf

Nawet do ładowania takich przyczep potrzebna jest znajomość języka...

lody

Duża szansa że w takiej obwoźnej lodziarni będzie Polak. I na pewno choc w podstawowym zakresie będzie mówił po angielsku (fot. a74-4)

00:06, kicior99 , praca
Link Komentarze (7) »
piątek, 06 lipca 2007
Czternastolatek wygryzł mnie z pracy!

czyli angielskie dzieciaki pracują

 

Kilka dni temu w pracy przeżyłem szok. Przychodzę do roboty jak co dzień, a na moim miejscu siedzi poważny urzędnik, elegancki, w białej koszuli i urzęduje. Nawet sprawnie mu to szło, muszę przyznać, zwłaszcza że ta godzina jest w mojej firmie szczególnie ciężka. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że urzędnik miał... czternaście, góra piętnaście lat. Nie, nie opowiadam Wam mojego wczorajszego koszmaru sennego. W Anglii wypada właśnie tydzień praktyk uczniowskich – ostatni tydzień przed wakacjami. Uczeń musi sobie sam znaleźć miejsce praktyki, przepracować tydzień i wypełnić dziennik praktyk. Na początku lipca nie powinno nikogo zdziwić, że spotyka bardzo młodych ludzi w bardzo dorosłych rolach.

Pamiętam z młodzieńczych lat moje „wykopki” wspólnie z klasą i ciesze się, że są kraje w których robotnicze praktyki uczniowskie nie zostały zakwalifikowane jako „komunistyczny” zwyczaj. Tu cieszą się dużym prestiżem wśród młodzieży i – w większości – są powodem radości i świetnej zabawy. Zresztą angielski nastolatek doskonale wie, że żadna praca nie hańbi. Codziennie rano, gdy wracam rowerem do domu, mijam dwunastoletniego chłopca rozwożącego na rowerze gazety. Prawie że go nie widać zza żółtej torby. Mimo że nie znamy się osobiście – szanujemy się nawzajem i zawsze witamy się tradycyjnym „good morning” Co prawda nie robi tego w stylu znanym z amerykańskich filmów – wrzucając prasę do ogródka – a z większym dostojeństwem, nabożeństwem, można nawet powiedzieć, ale w jego stylu pracy i zachowania widać ogromny szacunek do pracy.

Angielskie dziecko oczywiście dostaje od rodziców pocket money – ale nie jest tego niewiele, od dwudziestu do pięćdziesięciu funtów miesięcznie – przynajmniej tyle dają swej progeniturze moi koledzy z pracy. Chcesz więcej – zarób sobie. Najpopularniejsze zajęcia to oczywiście delivery – roznoszenie ulotek, prasy, towarów itp. Często dzieciaki pomagają swym rodzicom w prowadzeniu interesu – najczęściej widoczni są w sklepach, myjniach samochodowych. Syn mojej szefowej (lat czternaście i pół czyli w wieku Adriana Mole'a) dorabia sobie naprawiając twarde dyski w firmie komputerowej.

Nie ma również mowy żeby dzieciak, który nie chce się uczyć żył na garnuszku rodzic ów. W moim mieście w dużym hipermarkecie pracuje dwóch chłopaków o dziecięcym wyglądzie. Obaj mają szesnaście lat i za sobą podobną historię – nie chcieli się uczyć, znudziła im się szkoła więc musieli zabrac sie do roboty. Podobnych życiorysów znam jeszcze kilka - rzadko który rodzic zgodzi się na darmozjada w domu.

W Anglii w świetle prawa można pracowac od trzynastego roku życia. Młodzież ma nieco mniejszą minimalną płacę (o ile mnie pamięć nie zawodzi ok. 3,30 funta za godzinę). Reszta praw i obowiązków jest podobna, obowiązują tylko nieco bardziej zaostrzone przepisy BHP, obejmujące zakres pracy i liczbę godzin zwłaszcza w przypadku uczących się. Oczywiście biorąc pod uwagę chłonność angielskiego rynku pracy, nastolatek o wiele łatwiej znajduje zatrudnienie niż w Polsce – ale zauważyłem, że równocześnie bardziej ją szanuje.

co tam jest

Niedługo skonczy się radosna angielska beztroska...

04:27, kicior99 , praca
Link Komentarze (13) »
środa, 27 czerwca 2007
Jak nauczono mnie chodzić po schodach

czyli zdrowy i bezpieczny Albion

 

W pewnej szkole na Wyspie komitet rodzicielski postanowił zorganizować dzieciom zabawę na zakończenie karnawału – postanowiono, że będzie to popularne u sąsiadów zza Kanału smażenie naleśników. Impreza zaiste fajna i udałaby się na pewno, gdyby... nie zabrał się za to lokalny wydział Health and Safety (odpowiednik polskiego BHP). Znaleziono tyle zagrożeń i potencjalnych niebezpieczeństw czyhających na dzieci (na przykład to, że mogłyby się poparzyć...), że stanowczo odradzono, a następnie zakazano szkole organizację imprezy.

W pływalni Splash w Bridgwater doszło do innego incydentu. Na basen przyszli rodzice z trójką małych dzieci. Gdy tylko weszli do wody, zareagował natychmiast ratownik – jeden dorosły w wodzie może opiekować się tylko jednym dzieckiem. W tym momencie tatuś z miejsca wykazał się uprawnieniami ratownika i to takiego szczebla że cały personel Splasha może się schować. Mamusia zresztą również – w końcu absolwentka ichniej AWF. Jeśli myślicie, że to wystarczyło, jesteście w błędzie. Rodzice zmuszeni byli do kąpania sie pojedynczo z dzieciakami.

Gdy w 1974 roku weszła w życie ustawa „Health and safety act” (ustawa o bezpieczeństwie i zdrowiu w miejscach pracy), na początku nikt nie sądził, że zrewolucjonizuje życie w Zjednoczonym Królestwie – jednak okazała się ona nośna i bardzo istotna. Dawała duże uprawnienia urzędnikom BHP, do zamknięcia dużego zakładu przemysłowego włącznie. I nie jest to tylko papierowy akt – sytuacje, które opisałem, doskonale pokazują jej moc. Każde miejsce w pracy ma tzw. HS assessment – ocenę ryzyka bezpieczeństwa – i jest ono opisane w specjalnym dokumencie. Zachowania z definicji ryzykowne sa najczęściej zakazane. W moim biurze na przykład nie mamy prawa używać nożyczek. Nożyczek w biurze! Nieprawdopodobne a jednak... Osoby długowłose muszą zapoznać się z instrukcją gdy np. Chcą obsługiwać kserokopiarkę.

Instytucje różnego rodzaju mogą kształtować własną politykę BHP – o ile spełnia wymogi ustawy, nie zaszkodzi by była bardziej restrykcyjna. I tak np. Jedna ze szkół wprowadziła zakaz spożywania innych napojów oprócz wody. Jedno z dzieci (chore na astmę) przyniosło sok jabłkowy niegazowany, zalecony przez lekarza. Sok ten natychmiast został mu zabrany – ale chipsami mógł się opychać do woli...

To jeden z przykładów nadgorliwości w stosowaniu przepisów BHP ale założę się że nie najbardziej skrajny – pod tym względem w Anglii nic mnie już nie zdziwi. Nawet na papierosa nie mogę wyjść bez tzw. oczojebki – żółtej fluorescencyjnej kurtki – patrz jedno ze zdjęć poniżej). Gdy spadłem ze schodów, protokół wypadku liczył 11 stron a ja przeszedłem kurs chodzenia po schodach! Nie wiem, czy się nauczyłem...

hs

Fotografuję idiotyczne napisy BHP. Ten (nad lustrem) informuje mnie w czyich rękach jest zdrowie i bezpieczenstwo... Wyżej - pies w kamizelce wysokiej widoczności. To nie żart, miejscowe psy też przedtrzegają BHP...

00:40, kicior99 , praca
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Angielski walec

czyi jak skonczyły się moje beztroskie zabawy kosztem czasu pracy :)

 

Ta historia zaczęła się jakiś rok temu. Pracowałem w innych godzinach, miałem mniej pracy (cóż to były za wspaniałe czasy...) i mogłem pozwolić sobie na beztroską zabawę. Polegała ona na tym, że przerabiałem na komputerze ręcznie rysowane mapki dojazdów do poszczególnych sklepów. Sens tej zabawy polegał na tym, że plany rysowane przez kierowców były najczęściej nieczytelne, niechlujne i często niezrozumiałe. Nie wszystkim się ta zabawa podobała, jeden z kierowców skrytykował mnie tak, że na jakiś czas poszukałem sobie innych zabaw. Jak możesz rysować mapę terenu, którego nie znasz? - szydził. Moje zapewnienia że proporcje pozostają niezmienione a po prostu zmieniam layout, co jest normalną praktyką w zakładach kartograficznych, nie przekonały go. Pewnie sądził, ze ktoś kto rysował mapę Antarktydy dla Oxford Publishers spędził tam kilka lat...

Tydzień temu zostałem wezwany do szefa. Poszedłem – jakżeby inaczej – z drżeniem serca.. Szef wyjął z szuflady moje nieszczęsne próby kartograficzne. Czy to pan robił? - zapytał uprzejmie. Nie wiedziałem o co mu chodzi. Tak... ale to już dawno... Sądziłem że chce mnie objechać za marnowanie czasu. Otóż okazało się że to są najlepsze mapy dojazdowe, jakie mamy w firmie – powiedział. Czy nie ma pan ochoty okartować wszystkich naszych sklepów? Byłem zaszokowany. Nasza firma obsługuje trzysta sklepów w całej południowej Anglii i Walii! Choć muszę powiedzieć że kupił mnie pochlebstwem i obietnicą podwyżki...

Ta scenka to typowy przykład zjawiska, które nazywam angielskim walcem. Powoli ale dobierze się do wszystkiego. Jeśli zrobiłeś coś dobrego (lub złego...) w firmie, nie myśl, że zostanie to zapomniane. Może nie od razu dostrzeżone – zgoda – ale wcześniej czy później docenione i wykorzystane.

Tak samo zresztą było z moją znajomością języków obcych. Pracę w mojej firmie zaczynałem jako sprzątacz, później picker (realizator zamówień magazynowych). Szybko dostrzeżono, że potrafię się porozumieć w kilku językach z innymi pracownikami. Mimo że wyniki miałem raczej kiepskie, wykupiono mnie z agencji za dość duże pieniądze (w UK firma ma prawo wykupić dobrego pracownika od agencji i płaci za to w wysokości ok. miesięcznych zarobków) i trzymano nie wymagając jakichś rekordów w magazynie ale biorąc mnie często za tłumacza dla Polaków, Rosjan, Niemców czy Francuzów. Gdy tylko nadarzyła się okazja – zatrudniono do ambitniejszych zajęć.

Podobny los spotkał mojego kolegę – też zaczynał od sprzątania, dziś jest brygadzistą (team liderem) w dużym biurze i magazynie. I mogę podać jeszcze kilkanaście przykładów na to, że Anglicy są mistrzami w gospodarowaniu zasobami ludzkimi. Może nie odbywa sie to błyskawicznie – bo w końcu każdy zakład ma jakąś pojemność i politykę personalną – ale walec jedzie równo i skutecznie.

W Polsce podobne zabawy „w mapę” skończyłyby się zapewne zrównaniem pracownika z ziemią i zapędzeniem do łopaty – może przesadzam nieco ale tylko niewiele; w Anglii obserwuje się bacznie zachowania pracownika, patrząc jak go najlepiej spożytkować. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek zdolności lub umiejętności – niech nie boi się ich pokazać. Działa tylko na własną korzyść, a dostrzeżenie tego to tylko kwestia czasu. Angielski walec nierychliwy ale sprawiedliwy...

okno

Za tym oknem rozegrał sie mapowy dramat :)

map1

Jedna z inkryminowanych map :) - o nią była niezła awantura a w sumie odwdzięczyła się po roku :)

00:05, kicior99 , praca
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 czerwca 2007
Polskie kołchozy

czyli gdy Polaków więcej niż Anglików

 

Wiem że tym tekstem narażę się wielu. Przyjemnie nie będzie – ale kto powiedział że życie ma się składać wyłącznie z przyjemności? Dlatego postanowiłem jednak go napisać.

Nie ma chyba zakładu pracy w całym Zjednoczonym Królestwie, w którym nie pracowaliby Polacy. I dobrze, w końcu nas tu do pracy zaproszono. Problem powstaje gdy Polaków zaczyna być niebezpiecznie dużo a czasem o wiele więcej niż Anglików. Takie miejsca pracy złośliwie nazywa sie kołchozami. Z reguły nad pracą Polaków czuwają tam polscy brygadziści, bywa nawet że pracodawca organizuje pracę „pod Polaków”.

Kiedyś mieszkałem w miejscu, które było remontowane przez polską ekipę. Miałem okazję podpatrywać jak sprawują się nasi. Na początku liczyłem że zastanę „polskie układy” - „my” - pracownicy i „oni” - pracodawcy. Do pewnego stopnia się nie pomyliłem. Jednak gdy pojawiają się pieniądze, pierwsze co trzeszczy to nasza solidarność grupowa. Zaczyna się bezpardonowa walka o interesy. Nieraz widziałem (nie tylko zresztą tam) jak Polak donosił na Polaka, że ten uchyla się od pracy tudzież „wozi się” czyimś kosztem – wszystko to w obronie własnego miejsca pracy. Anglikom to nie przeszkadzało - coś co my uważamy za donosicielstwo, oni traktują jako inicjatywę obywatelską (o tym jeszcze napiszę)

To jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale bywają i inne scenki. W firmie powiedzmy M. pracuje pan, powiedzmy, Rysiek. Jeśli pogadać z nim dłużej niż pięć minut, okazuje się że pan Rysiek doskonale wie ile godzin przepracowali jego koledzy, kto co robił itp... gdy przychodzi do podziału nadgodzin, pan Rysiek potrafi wyskoczyć z tekstem: Przecież Adam pracował 42 godziny a ja tylko 38! I to bezpośrednio do szefa, którym jest Anglik, najczęściej niewiedzący że bierze nieświadomie udział w bezpardonowej walce o pieniądze a bywa że i podkładaniu świni. Takich panów Rysiów znam co najmniej pięciu. W każdym kołchozie się znajdzie. I co ciekawe, nie będzie nic wypominał Anglikom, za cel bierze wyłącznie Polaków...

W pewnym miejscu pracy, na budowie, gdzie szef zdecydował się zatrudnić praktycznie samych Polaków, stosunki układały się z początku niezgorzej. Aż pewnego dnia pracownicy zastali przy wejściu do pracy zegar kontrolny. Traktują nas jak szmaty – obruszyli się, kierując niewybredne epitety pod adresem pracodawcy. Jakoś nikt nie zauważył, że piętnaście minut po rozpoczęciu pracy towarzystwo jeszcze się złazi. W Anglii istnieje zwyczaj, że obcina się wypłatę za każdy napoczęty kwadrans spóźnienia. To dyskryminacja – słyszałem często. Przecież nie będę za darmo pracował 13 minut! Jakoś trudno niektórym zrozumieć że za naruszenie dyscypliny, a tym jest przecież spóźnienie, należy się kara.

Polscy pracownicy są lubiani przez angielskich pracodawców. Nie walczą o podwyżki, dają się pokroić za nadgodziny, gdy tymczasem większość Anglików woli pracę w określonych ramach czasowych "od – do", mając oprócz pracy życie prywatne. To co ja uważam za wadę (np. chciwość) jest angielskiemu pracodawcy obojętna, dla niego nie jest ważna motywacja a wykonana praca. Jednak pewne zachowania splendoru nam nie przynoszą – zresztą i tak łudzimy się że angielski pracodawca nas nie do końca rozumie. Spokojna głowa, rozumie więcej niż byśmy chcieli...

Halswell House2

Halswell Park. ten pałacyk odremontowali właściwie wyłąłcznie Polacy. Mieszkałem tu prawie półtora roku. Mój przyjaciel powiedział, że bardziej po angielsku mieszkac się już nie da...

00:07, kicior99 , praca
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 04 czerwca 2007
O polskich pracownikach w Anglii

czyli nasi za granicą - epopei część pierwsza

Z przesłuchania polskiego kierowcy:

- No i jak doszło do tego wypadku?

- Sam nie wiem, po prostu zawracałem lorę a ten murek z tyłu sie przesunął...

Albo inne zeznanie z przesłuchania powypadkowego:

- Tę latarnię zauważyłem dopiero, kiedy już leżała na ziemi...

O pracy Polaków w Anglii opowiada się legendy. Nie rozumiem, skąd bierze się mit Polaka zmywającego naczynia w Wielkiej Brytanii jako chwytającego się jedynej dostępnej pracy. To już prawie taki sam stereotyp jak Polak - katolik. Co ciekawe, obrazem tym szermują ludzie, którzy nigdy w UK nie byli a Anglię znają tylko ze wstrząsających relacji w UWADZE. Uwierzcie, niedowiarki, naprawdę nie jest tak źle! oczywiście istnieje pewnapokaźna liczba osób wykonujących pracę za 5.20 ale nie dałbym sobie głowy uciąć czy jest ich więcej niż 30 procent. Polacy zakładają własne interesy, pracują w zasadzie w każdej dziedzinie życia (o ile pozwala im na to język). Jest też spora grupa tych, którzy zaczynali jako fizyczni za 5.20 a obecnie nie schodzą z 20 000 rocznie. Ambicji i determinacji odmówić im nie można. Oczywiście emigracja ma swoje problemy, nie wszyscy są kryształowi (wyłudzanie zasiłków na przykład). Ale traktowanie wszystkich przez pryzmat zmywaka jest dla tych ludzi po prostu obrazą.

Oczywiście nie kazdy sdochodzi do zaszczytów a brytyjskie drogi do sukcesy są równie wyboiste jak polskie. Przwede wszystkim Polaków rzadko zatrudnia sie od razu na kontrakt - z reguly muszą odpracować swoje przez agnecje pośrednictwa. Poza tym patrzy im sie na ręce, nie to żeby coś ukradli a po prstu kontroluje o wiele bardziej niż Anglików i jest to zauważalne. Najgorzej jest w tzw. kołchozach - miejscach pracy zdominowanych przez Polaków. Do kołchoźniczej atmosfery dochodzą nasze przywary - kłótliwość, bezinteresowna zawiść i podgryzanie. Współczuje wszystkim, którzy muszą pracowac w takich warunkach...

shunt1

Polacy i Anglicy w idealnej koegzystencji w jednej z dużych firm brytyjskich. Obrazej kaj z sielanki ale uwierzcie mi - nie jest źle a ci panowie nie stoją na zmywaku (co widać) i zarabiają naprawde przyzwoite pieniądze.

07:18, kicior99 , praca
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: