czwartek, 27 maja 2010
Mały eksperyment

czyli wrażenia z Glastonbury

Miejsce niemal święte dla Anglików. Tu rzekomo miał bywać - i zginąć król Artur, tu utworzono najstarszy zakon w Anglii, powstały w XI wieku. Miał się świetnie do momentu panowania króla Henryka VIII, który wiele zakonów rozpędził w 4 strony świata. Później miejsce to było swoistymi "kamieniołomami" dla innych budowli. Obecnie jest jedną z największych atrakcji turystycznych południowej Anglii i Somersetu. Wstęp - 5.50 ale naprawdę warto. Poza tym na terenie klasztoru ma się ponoć znajdować jeden z siedmiu czakramów Ziemi, czakram miłości. Czy w moim przypadku zadziałał - jeszcze się okaże...

Dziś będzie zupełnie inaczej. Nie zamieszczę zdjęć (te są na facebooku) ale panoramę z komentarzem, niestety po angielsku, to po prostu fragment przewodnika, nie miałem warunków, aby ten tekst przygotować po polsku. Zamieszczam tytułem eksperymentu.

Na początku panoramy część, która nie ostała się czasowi i jest wyłącznie ruiną. Piękną, tajemniczą, ale jedynie ruiną. Środkowa część to miejsce, gdzie poza strukturami poziomymi (czyli, mówiąc po ludzku, znakami na ziemi) uchowało się bardzo niewiele. Znajduje się tam doskonale zagospodarowany park. Nartomiast budowla kończąca panoramę to jedyny obiekt, który przetrwał próbę czasu w całości - kuchnia klasztorna.

Aha, uprzedzając pytania, na Glastonbury Tor, wzgórze pod miastem, się nie wdrapałem. Było zamglenie, zdjęcia wyszłyby średnio a łazić po to by łazić nie lubię.

19:48, kicior99 , kultura
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 lipca 2009
Lato z detektywem

czyli co nieco o angielskich kryminałach

Czy umiecie wymienić choćby jednego polskiego policjanta znanego nie tyle z łapania rzeczywistych przestępców ile postaci fikcyjnej a rozsławionej przez filmy i literaturę? Może wyciągnięty gdzieś z głębokiej komuny Borewicz, na upartego jeszcze Halski, upiory z serialu W11 świadomie pomijam.
Anglia tradycję swych fikcyjnych detektywów pieści od dawna. I choć pierwszym był prawdopodobnie opisany przez Amerykanina Edgara Allana Poe niejaki Dupin, to jednak najsłynniejsi fikcyjni detektywi pochodzą właśnie z Anglii: Sherlock Holmes, Hercules Poirot (niech nikogo nie zmyli francuskojęzyczne nazwisko, Niemcy swoich herosów nazywają po polsku, jak np. Schimanski). Postaci te cieszą się naprawdę ogromną popularnością, ich imionami nazywane są ulice, a ich nazwiska nie są nikomu obce.
Moda ta utrzymuje się aż do dzisiaj. Obecnie powstają książki o co najmniej czterech takich gliniarzach. Ian Rankin pisze o detektywie Rebusie, Ruth Rendell o detektywie Wexfordzie, Peter James wałkuje historię detektywa Roya Grace'a a Peter Robinson pastwi się nad inspektorem Banksem. O popularności tych postaci niech świadczy fakt, że Rankin za swojego Rebusa został uhonorowany najwyższym odznaczeniem w Wielkiej Brytanii - Orderem Imperium Brytyjskiego.
Wszystkie te fikcyjne postaci są bardzo wyraziste, każda ma swoją historię, do książki każdego z autorów wracamy jak do dobrych znajomych. I tak inspektor Grace dziesięć lat temu stracił żonę, a ściślej - zaginęła w dzień jego urodzin. Każda książka to zmaganie się detektywa z własną przeszłością, nowe nadzieje, rozczarowania. No i niezrozumienie szefów, pani komisarz Alison Vosper tylko czeka aż biedny Roy się na czymś wyłoży... Rebus ma dla odmiany brata - kryminalistę, handlarza narkotyków, który skutecznie podkopuje wiarygodność swojego brata. Wexford zaś (jako jedyny) ma kochającą żonę, ale za to córkę pełną najdziwniejszych pomysłów...
Każdy z nich działa w pewnej rzeczywistości geograficznej: Grace w Brighton, Wexford pod Londynem, Banks w hrabstwie Yorkshire a Rebus jest z krwi i kości Szkotem i mieszka w Edynburgu. Jest to o tyle ważne, że akcja książki jest zdeterminowana przez geografię, mentalność ludzi, nawet język. W książkach znajdziemy mapy ulubionych spacerów detektywów - jak najbardziej rzeczywiste, czy tez drogę Rebusa do pracy. Jeśli ktoś ma ochotę podczas spaceru mysleć o morderstwach - proszę bardzo... No i nie brakuje informacji o tym, kto co pije, ale pozwolę sobie je skwapliwie pominąć...
Każdy detektyw objawia się w księgarniach przynajmniej raz do roku, a lato z Grace'm to już niemal tradycja, niemal jak fish and chips na lunch... Czytam to wszystko maniakalnie i trochę zazdroszczę Anglikom, skazany na sztywnego Borewicza, bądź też Lindę używającego języka, jakim angielski detektyw - dżentelmen raczej się nie odezwie.

Ruth Rendell. Jak głosi legenda - zaczynała pracę w gazecie, z której wyleciała z hukiem po opisie pewnego zebrania, na którym nie była, i w konsekwencji "przeoczyła" śmierć przewodniczącego podczas wygłaszania uroczystego przemówienia. Teraz mnoży trupy na potęgę, każąc inspektorowi Wexfordowi ścigać winnych. (fot. Guardian, użycie na zasadach fair use)

dscf0002

Na tegoroczne wakacje

I piosenka a propos.

16:22, kicior99 , kultura
Link Komentarze (8) »
wtorek, 02 września 2008
Jak stałem się małym chłopcem

czyli nagły powrót do krainy dzieciństwa

Dawno nie byłem w sklepie z zabawkami. Wiek, o którym już Mickiewicz pisał w Dziadach (a imię jego...) i brak potomstwa spowodowały, że tego typu przybytki zniknęły z mojego życia prawdopodobnie na zawsze. Ostatnia moja zabawka w życiu to zestaw klocków LEGO, który przywiózł mi wujek ze zgniłego wówczas Zachodu - miałem wtedy chyba dziewięć lat.
O tym, że jednak coś straciłem, przekonałem się podczas tegorocznego urlopu na Wyspie Wight. Po drodze z Shanklin do Newport zauważyłem nagłą zmianę widoku za oknem, niesamowite poruszenie, wreszcie jakieś małe obiekty, niemożliwe do zidentyfikowania z piętra double deckera. Wysiadłem więc obadać, co to za dziwo. Okazało się, że to model wioski wykonany mniej więcej w skali 1:75. Z reguły nie przepadam za atrakcjami stworzonymi wyłącznie po to, aby bawić turystów, z reguły są robione na siłę i rzadko w związku z miejscem w którym są, a już na pewno je szpecą.
Tu było inaczej. Wejście niedrogie, 3.30 od łebka. Z początku bałem się, że znajdę się sam w tłumie dzieciaków ale szybko okazało się, że najbardziej ta wioska podoba się... dorosłym, ich jest tu również najwięcej. Ze zdziwieniem zauważyłem, że zwiedza się tu zupełnie inaczej niż przeciętne muzeum czy wystawę. Poszczególne eksponaty nierzadko wywołują zadumę, a nawet nostalgię.
Może ktoś się kłócić,. ale uważam, że taka ekspresowa wycieczka w świat dzieciństwa może dać człowiekowi więcej, niż całodzienne łażenie po British Museum. Po pierwsze, nie wstydzimy się swych reakcji. Nie liczy sie wiek, płeć, a jedynie to, co uda się wskrzecić w pamięci. Niczym proustowską magdalenkę chłonąłem łapczywie kolejne obiekty: kolejkę, drużyny piłkarskie ropzgrywające na zawsze swój najważniejszy mecz, samochodziki dostawcze... Gdzieś kołatało mi się po głowie, że ktoś już to opisał. Jasne, podobnie zachwycał się stary Rzecki w Lalce, kiedy po zamknięciu sklepu rozstawiał zabawki i wzruszony zagłębiał się w nierzeczywisty (dziś powiedzielibyśmy wirtualny) świat. Zawsze najbardziej lubiłem ten fragment książki i nigdy nie przypuszczałem, że przypadnie mi on również w udziale. Tyle tylko, że nie wolno było dotykać eksponatów - i tu zostałem ściągnięty z powrotem na ziemię.
Anglicy nie lubią uzewnętrzniać swych uczuć. A i u nich widziałem na twarzy rozmarzenie, jakąś bliżej niewysłowioną tęsknotę. Bo przecież każdy był dzieckiem, a świat dzieci jest taki sam, niezależnie pod jaką szerokością geograficzną.

99zamek

Takich zamków dziś już nikt nie buduje...

99boisko

Ten mecz nigdy się nie skończy. Wyniku nie znam.

99bonsai

W miniaturowej dżungli.

99kolejka1

Proszę bilety do kontroli!

17:01, kicior99 , kultura
Link Komentarze (5) »
niedziela, 10 sierpnia 2008
Muzyczny potop

czyli w jaskini popkulturowego lwa

O tym, że jestem radiowcem - maniakiem, wiedzą chyba wszyscy. Radio jest największą, częściowo odwzajemnioną miłością mojego życia, potrafię żyć kilka lat bez telewizora ale ani jednego dnia bez radia. Radio towarzyszy mi również na Wyspie, słucham wszystkiego, co wpadnie w ucho - stacji mówionych, muzycznych... A że Wielka Brytania jest dla światowej radiofonii sztandarowym krajem, bardzo istotne jest, co się tu gra - bo cała reszta radiofonii za chwilę zrobi to samo.

Piosenek śpiewanych w językach innych niż angielski słyszałem tu bardzo niewiele. Kilka francuskich, jak Joe le Taxi czy Je t'aime - moi non plus, rzecz jasna nie w BBC, bo tam ten utwór jest dalej zakazany, hiszpański standard Porque te vas, raz nawet rumuński szlagier sprzed czterech lat Dragostea din tei - i to wszystko.

Znacznie lepiej jest z zespołami spoza Wysp, śpiewającymi po angielsku. USA, Kanada (choćby znakomity Bryan Adams), Australia czy Irlandia to naturalne źródło muzyki i własciwie nie ma się nad czym rozwodzić. Ciekawie robi się dopiero, gdy przyjdzie nam szukać krajów, gdzie angielski nie jest językiem urzędowym. Zgadnijcie, jaki kraj wybija się na pierwsze miejsce? Zagadka nie jest bynajmniej trudna, chodzi o Szwecję. Zaczęło się rzecz jasna od ABBY, później Herreys, Roxette, Ace of Base... Szwedzkie piosenki grane sa niespostrzeżenie, a ich siła razenia polega na tym, że rzadko który Anglik zdaje sobie sprawę, że słucha muzyki spoza angielskiego kręgu językowego.

Poza ABBĄ oczywiście. Nikomu nie przeszkadza nie do końca angielski akcent Anny, a piosenki kwartetu znają wszyscy. Do tego stopnia, że album ABBA - Gold znów jest na pierwszym miejscu brytyjskiej listy. Nie do końca jest to przypadek, kolejny boom na Szwedów zawdzięcza się udanemu filmowi "Mamma Mia" z Pierce Brosnanem i Meryl Streep. Czyżby tylko to? Nie sądzę. Fenomen ABBY polega na tym, że ich utwory, przy całej prostocie i małym zaangażowaniu intelektualnym słuchacza urzekają prostymi melodiami, aranżacjami, które upływu lat nie brzmią zbyt archaicznie, a nade wszystko czymś, co można nazwać charyzmą śpiewu Anny i Fridy. Można zaryzykować, stwierdzenie, że ABBA to taki mercedes wśród muzyki pop - ładnie i wdzięcznie się starzeje. Czego nie można powiedzieć o wielu innych grupach pop - nie wymienię, aby nie obrazić.

Na czym jak na czym, ale na muzyce pop w kraju beatlesów i Stonesów wszyscy się znają. Tym bardziej wypada docenić popularność mamuta po latach.

ABBA po latach. fot. http://www.popculturebuzz.com

 

Wydarzenie kluczowe dla grupy - i dla światowej muzyki. ABBA na Eurowizji.
Piosenka uważana powszechnie za największy przebój Szwedów - popularna zwłaszcza w Anglii.
22:19, kicior99 , kultura
Link Komentarze (6) »
wtorek, 22 kwietnia 2008
Inna Anglia, inne życie

czyli zadziwiające skutki złego kliknięcia

Tak sobie siedziałem w nocy i użalałem się nad sobą... najpierw "odpracowałem" dwa filmy, które już dawno pokryła warstwa kurzu (jak się okazało, najzupełniej słusznie) a później, rozbudzony kawą, postanowiłem odsłuchać sobie słuchowiska na BBC4. Coś mi się źle kliknęło i zamiast do archiwum radiowego przeniosłem się do archiwum filmów krótkometrażowych BBC. Z ciekawości odpaliłem pierwszy z brzegu...
Szok, objawienie, iluminacja. Tak mocnego oświecenia intelektualnego nie doznałem od czasów, kiedy zrozumiałem sens kurwików w oczach posłanki Beger, ale to było jeszcze w Polsce. Zostałem przeniesiony w świat Anglii, którą znam, którą mam obok siebie, a której nie dostrzegam, choć intuicyjnie czuję jej piękno.
Filmik pierwszy. Ojciec bierze dzieciaka na popołudniową wycieczkę - nota bene jest to jedno z "widzeń", chłopca wychowuje matka. Zaczyna od stwierdzenia że i matka i nauczycielka to głupie ci...y i on wychowa chłopaka po swojemu. I zaczyna się popis chamstwa, arogancji i samozachwytu tatusia. Nie będę wam psuł przyjemności oglądania, bo adres podam poniżej, ale dzieciak po dniu "atrakcji" siada i filozoficznie mówi do siebie: "Tez chciałbym być głupią ci...ą"... Nic dodać, nic ująć. Takich angielskich tatusiów znam masę, choć dla odmiany wczoraj na basenie widziałem młodego ojca (miał może 20 lat), który swym zachowaniem i traktowaniem córek mógłby byc wzorem dla innych.
Filmik drugi. Chłopiec idzie po raz pierwszy do szkoły. Szkołę otacza ogromny płot. Dziecko, mając kilka minut do swej pierwszej lekcji idzie na podwórko szkolne. Nie czuje się jednak dobrze wśród wrzeszczącej dzieciarni, znajduje przy płocie podkop. Szczęśliwy przeczołguje się na drugą stronę. Gdzie będzie mu lepiej? Nie zdradzę, bo ten film, moim zdaniem wybitny, musicie koniecznie obejrzeć. A trwa tylko trzy minuty. I jest kapitalną alegorią Anglii. Jesteś z nami czy przeciwko nam? Jak się czujesz w społeczeństwie?
I film trzeci. Kłócący się rodzice i dzieciak z tyłu samochodu. Obok staje inne auto. Na tylnym siedzeniu siedzi dziewczynka, równolatka chłopca. Zaczyna się najbardziej fascynujący dialog, jaki widziałem w życiu...
Ponieważ zawsze interesowała mnie pozycja dziecka w sztuce (między innymi dlatego studiowałem skandynawistykę, osiągnięcia szwedzkie są dla mnie wzorem), obejrzałem oczywiście filmy z mojego kręgu. Ale i te inne są naprawdę świetne. Ponieważ do tej pory zetknąłem się tylko z krótkometrażówkami polskimi (i zawsze słyszałem zachwyty, jakie one są wybitne), nie mam zbyt wielkiej skali porównawczej. Ale czuję, że jest coś takiego jak angielska szkoła filmu krótkometrażowego. Kapitalne operowanie obrazem, skrótem myślowym, metaforą. I co ciekawe, te filmy nie są przegadane, do zrozumienia wielu z nich wystarczy angielszczyzna na poziomie gimnazjum. I sporo wrażliwości. Naprawdę, jak rzadko, miałem uczucie że przebywam sam na sam z wybitnymi dziełami. Nawet obejrzana dwie godziny wcześniej "Rzeka tajemnic", obsypana oskarami, przyblakła. Te filmy mają coś w sobie: uczą Anglii, uczą myślenia, uczą życia. A ich reżyserzy, często bardzo mało znani, nie głoszą swych filozofii w napuszonych programach telwizyjnych - a myślą i tworzą. Warto było zarwać tę noc....

Film pierwszy
http://www.bbc.co.uk/dna/filmnetwork/A15855843
Film drugi
http://www.bbc.co.uk/dna/filmnetwork/C55272
Film trzeci
http://www.bbc.co.uk/dna/filmnetwork/A3932994
Archiwum
http://www.bbc.co.uk/dna/filmnetwork/drama

(aby obejrzeć film, wybierz na zlinkowanej stronie opcję PLAY NOW) 

Mocne ale celne....

czy tam będzei lepiej? (oba zrzuty BBC)

piątek, 30 listopada 2007
Wykańcza kolejne pokolenie

czyli Beowulf na ekranach kin

Do kina chodzę bardzo rzadko, w Anglii byłem zaledwie raz, na Monachium Spielberga. Raczej nie cenię filmu i nieszczególnie się na nim znam. Telewizję ostatnio włączyłem w grudniu zeszłego roku, a ostatni film na DVD widziałem pół roku temu - Seksmisję. Zawsze wolałem radio i książki. Nie wiem więc specjalnie, co jest grane, chyba że przeczytam gdzieś jakąś reklamę czy artykuł.
Z niejakim zatem zdziwieniem skonstatowałem, że Amerykanie zekranizowali Beowulfa. Nie powinno mnie to dziwić, polskie praktyki sięgania do lektur szkolnych jak widać mają wiernych akolitów. My mamy Przedwiośnie i Pana Tadeusza, a Anglicy otrzymali w prezencie od Jankesów Beowulfa.
Już sama nazwa tego średniowiecznego poematu wywołuje dreszcze u anglistów. Jest to zazwyczaj jedno z najbardziej mrocznych wspomnień ze studiów - najczęściej pierwsza "poważna" lektura czytana w oryginale. Przepaść między językiem angielskim mówionym a językiem Beowulfa jest ogromna, mimo że poemat uwspółcześniono. Biedni studenci pierwszego roku męczą się czytając dzieło, które rozumieją w jakiejś trzeciej części. Z zemsty zazwyczaj najmniej lubiany wykładowca otrzymuje przezwisko "Grendel", bo tak nazywał się potwór, z którym Beowulf walczył.
Beowulf powstał w XI wieku, prawdopodobnie około roku 1010 i jest jednym z najstarszych zachowanych poematów w języku angielskim. Uważany jest za jeden z najważniejszych poematów epickich, cenniejszy nawet niż opowieści o rycerzach Okrągłego Stołu. Poza tym jest to poemat jeszcze sprzed czasów Wilhelma Zdobywcy i bitwy spod Hastings! Akcja toczy się w południowej Skandynawii, choć poemat powstał już w Anglii. Opowiada o dzielnym rycerzu Beowulfie walczącym po kolei: z Grendelem, matką Grendela i bliżej niezidentyfikowanym smokiem.
Poemat jest bardzo ciekawy literacko: nie ma w nim rymów, a efekt poematu osiąga się metrum i aliteracją (nagromadzeniem podobnych dźwięków w jednej strofie). Często pojawiają się specjalne metafory, zwane kennings. Jest również - mimo że opisuje tylko legendę - doskonałym swiadectwem epoki i wdzięcznym obiektem do badań. No ale dość tego nudziarstwa, Anglicy też za tym nie przepadają, w szkole Beowulfa nie czytają (a ja musiałem się męczyć nad Legendą o świętym Aleksym i zastanawiać się co to może znaczyć na przykład: "Chyżo bydlą z panny kmiecie..." Gdzie tu sprawiedliwość?). Sama treść może zachwycić miłośników fantasy, dla mnie trzy opisane jatki są średnio atrakcyjne a opisy trzech pogrzebów - lekko zniesmaczające.
Jeśli zdecyduję się obejrzeć Beowulfa, to tylko ze względu na Roberta Zemeckisa. Ten reżyser prawie zawsze gwarantuje świetne kino, a obsada aktorska z Antonym Hopkinsem, Angeliną Jolie i Johnem Malkovichem też wiele obiecuje. Bo słynny angielski poemat doszczętnie obrzydzono mi na studiach... No ale tam nie było efektów 3D :)

beo2

Kadr z filmu (fot. Paramount Pictures)

00:33, kicior99 , kultura
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 lipca 2007
Dbajmy o mózg!

czyli jak Anglicy chronią własność intelektualną

 

Gdy mieszkaliśmy z Michałem na Bell Close, już od pierwszych dni zacząłem dostawać listy z pogróżkami. Utrzymane w tonie średnio grzecznym i bardzo stanowczym. Zgłoszenie tego faktu policji nic by pewnie nie dało, bo listy owe pochodziły od... instytucji zajmującej się ściąganiem opłat za abonament radiowo – telewizyjny (TV licence). Autor groził mi, że jeśli mam telewizor a go nie zarejestruję, i tak zostanę wykryty i natychmiast ukarany mandatem w wysokości 1000 funtów. Wymowa tego listu była oczywista, choć zupełnie nie mogłem zrozumieć dlaczego przyjmuje się założenie że mam telewizor.

Odpisałem natychmiast – w podobnym tonie – że przysyłanie mi takiej korespondencji jest nieprzyzwoite i nieodpowiedzialne. Jako osoba wolna i mieszkająca w wolnym kraju mam prawo nie mieć telewizora i nie być z tego powodu atakowaną chamska w tonie korespondencją od instytucji, która nie ma prawa mnie obrażać, a której działalność w ogóle mnie nie dotyczy. Uwierzcie lub nie ale listy w sprawie abonamentu RTV przestały przychodzić jak nożem uciął...

Im dłużej mieszkałem w Anglii, tym bardziej żałowałem tego listu (choć, zaznajomieni ze sprawą Brytyjczycy uważali że postąpiłem jak najbardziej słusznie i gratulowali tego listu...). Otóż Wielka Brytania bardzo poważnie podchodzi do spraw ochrony własności intelektualnej i opłaty za nią. Do ścigania osób niepłacących abonamentu używa się doskonale wyposażonych instytucji (z goniometrami i innym specjalistycznym sprzętem) i – w przeciwieństwie do Polski ma doskonale wypracowane procedury, jak ścigać telepajęczarzy. Podobno największe żniwo zbierają kontrolując akademiki i okolice zamieszkałe przez studentów.

Anglia była również jednym z pierwszych krajów w Europie, który poradził sobie z pirackim oprogramowaniem i podróbkami – i to w czasach, kiedy w Polsce nikt nie uważał nagrywania piosenek z radia za wątpliwe pod względem moralnym, a Polskie Radio grało całe płyty w legendarnej audycji Klub Płytowy. W tych właśnie czasach jeden z moich kolegów ze studiów został złapany na granicy z... kaseta nagraną z radia, którą natychmiast mu skonfiskowano.

Niedawno na jednym z forów ukazał się następujący post: za klika dni jadę do Anglii,chce wziąć ze sobą konsolę playstation2 i trochę gier pirackich na płytach dvd ściągniętych z netu. Czy na granicach nie będą robić problemu? Piszący z niedowierzaniem przyjął wiadomość, że może skończyć w więzieniu...

No tak, w kraju, które w historii najnowszej ma rozdział handlu stolikowego i w którym posłanka partii rządzącej może bezczelnie paradować z torebką będącą wulgarną podróbką znanej marki (i jeszcze szykanować tych, którzy powiedzą o tym głośno) takie postępowanie może się nie mieścić w głowie. Anglicy wychodzą z założenia że własność intelektualna jest tak samo ważna jak własność materialna i słusznie należy się jej zmasowana ochrona. To jest podstawowy standard nowoczesnego państwa prawa (i sprawiedliwości)... Polska nigdy nie będzie państwem obywatelskim, dopóki królować będzie lekceważenie tej dziedziny życia – i nazywanie ludzi żyjących z dorobku intelektualnego wykształciuchami...

beatlesi

Gdyby nie silna ochrona własności intelektualnej, byc może nikt nie usłyszałby o tej słynnej czwórce...

coronation99

Coronation Street - angielski odpowiednik "Klanu".

00:14, kicior99 , kultura
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 23 lipca 2007
Cała Anglia główkuje

czyli rozrywki umysłowe na Wyspie

 

Kiedyś wywiesiłem w pracy ogłoszenie w języku polskim, przeznaczone dla naszych kierowców, Anglicy oglądali je z zaciekawieniem. Szczególny zachwyt wzbudził wyraz „bądź”. Co on znaczy? Jak się go czyta? I najważniejsze pytanie – ile punktów można za niego dostać w scrabble? Ile dostaje się za te wszystkie litery z kropką, kreską itp?

Nie jest to bynajmniej oznaka jakiegoś szczególnego maniactwa, o ile nie liczyć jednej wielkiej manii gry w scrabble, która już od kilkunastu lat ogarnia Anglię. Niezorientowanym wyjaśnię że scrabble to po prostu gra w krzyżówkę, którą gracze układają z wylosowanych liter (punktowanych według ich popularności w języku). Są też elementy taktyczne, nie wszystkie pola mają jednakową wartość i celem gry jest ułożyć jak największą liczbę wysoko punktowanych wyrazów w jak najkorzystniejszych miejscach planszy. Proste, prawda? W Polsce gra też jest znana, ma swych zagorzałych miłośników, jednak nigdy nie zdobyła takiej popularności jak w Anglii. Na rynku można kupić masę słowników scrabblowych, nawet elektroniczne urządzenia układające na życzenie wyrazy z wylosowanych liter. A zainteresowanie jest ogromne. Gdy dwóch Anglików przebywa ze sobą dłużej w jednym pomieszczeniu, wcześniej czy później padnie sakramentalne „a może zagramy w scrabble”?

Druga mania w kraju Newtona to sudoku czyli łamigłówka liczbowa ( i jej różne odmiany, np. kakuro). Z ciekawości policzyłem wczoraj ile zbiorów z sudoku znajduje się w supermarkecie ASDA – wyszło mi piętnaście, o różnym stopniu trudności, dla dzieci, dorosłych... Każda szanująca się gazeta codziennie zamieszcza kilka rodzajów sudoku. Nie bez powodu chyba – rozwiązuje to naprawdę masa osób, u mnie w pracy widziałem ślęczących nad łamigłówką ludzi, których mało kto podejrzewa o jakiekolwiek zainteresowanie rozrywkami umysłowymi...

Jeśli już o gazetach się zgadało – każda zawiera codzienny olbrzymi dodatek z zadaniami logicznymi, krzyżówkami, itp.... dla każdego coś miłego. Są wykreślanki, zadania logiczne, krzyżówki najrozmaitszych rozmiarów, kwizy... Rzadko pojawiają się zadania premiowane, z reguły odpowiedzi pojawiają się w następnym numerze. Półki księgarń pełne są najrozmaitszych zbiorów zadań umysłowych, przypominające nieco naszą „Rewię rozrywki”. Tyle że – przeciwnie niż w Polsce – o wiele większy poziom prezentują krzyżówki w gazetach. Nawiasem, prawie wszystkie typy krzyżówek (oprócz jolki) są wiernym naśladownictwem zadań angielskich. Mnie najbardziej podoba się „krzyżówka o dwóch szybkościach” z dwoma zestawami objaśnień: trudnym, podobnym do „krzyżówki z przymrużeniem oka” i zwykłym, będącym czymś w rodzaju suflera.

Jeśli już o o krzyżówce mówimy – to Anglik wymyślił pierwszą krzyżówkę na świecie (patrz rycina). Był nim liverpoolczyk Artur Wynne a ukazała się 22 grudnia 1913 roku w amerykańskim piśmie New York World. W Wielkiej Brytanii po raz pierwszy opublikowano krzyżówkę dziewięć lat później.

Ma też krzyżówka angielska prawdziwie szpiegowską historię... W 1944 roku w brytyjskim Timesie rozwiązaniami były hasła tajnie przygotowywanej operacji „Overlord” - desantu normandzkiego – słowa UTAH i OMAHA. Na cztery dni przed inwazją rozwiązanie zawierało wyrazy OVERLORD i NEPTUNE – główny kryptonim akcji, która miała zmienić losy świata. Autora krzyżówek – nauczyciela Leonarda Dawe – aresztował wywiad brytyjski. Okazało się że słowa występowały zupełnie przypadkowo...

overlord

I pomyśleć że operacja wojenna która na zawsze zmieniła losy świata mogła sie wyłożyć przez zwykłą krzyżówkę...

02:57, kicior99 , kultura
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 czerwca 2007
Nie damy polskiej mowy!

Czyli rozterki lingwistyczne

 

Właśnie wróciłem z Northampton i usiłuję pozbierać myśli – tematów masa, wrażeń również, pewnie będę jeszcze nieraz wracał do tej wycieczki – nie wycieczki. Jednak jedna rzecz nie daje mi spokoju i napiszę o tym już teraz. Ze względu na szacunek - i chyba coś więcej – pominę jakiekolwiek dane mogące zidentyfikować osobę, o której poniżej. Co nie znaczy że się z nią zgadzam i podzielam takie zachowanie.

Wczoraj wieczorem zapragnąłem zrobić sobie samodzielny wypad do miasta. Na piwo i nie tylko. Chciałem odpocząć od pracy, myślenia i zmartwień. Bez żadnego towarzystwa, eskorty itp. - po prostu usiąść gdzieś z boku, wtopić się w tłum i poobserwować. Może pogadac z przypadkowo poznanymi osobami - czasem takie rozmowy potrafią być fascynujące. 

Tylko uważaj jak będziesz w mieście i nie mów głośno po polsku. Tu tego nie lubią – powiedziała mi ta osoba. Muszę powiedzieć, że mnie zatkało. Po chwili wykrztusiłem:Kto nie lubi? Jak to nie lubią? - no Anglicy – usłyszałem w odpowiedzi. Już kilka razy zdarzyło się, że mówiący po polsku dostawali po twarzy, byli atakowani, obrażani itp. Nie zdzierżyłem. To przepraszam, mam się wyrzec mojego języka? Mojej narodowości? Za kilka funtów mam sprzedać moją tożsamość? Chyba cię pogwizdało. Nie i już.

To ja z tobą nigdy nie pójdę do miasta – powiedział ten ktoś. Zrozum, Northampton jest drugim miastem w Anglii, po Bostonie, o największym nasyceniu Polaków. Po prostu mają już nas tu dość. Nie chodzi żebyś sie wyrzekał swej mowy, tylko że będziesz cierpiał za nie swoje grzechy. Zobaczysz, dojdziesz do tego że zaczniesz wstydzic się, że jesteś Polakiem.

Hmmm... Po pierwsze – jeśli ktoś mnie spoliczkuje za mówienie po polsku na ulicy, to nie będzie to statystyczny Anglik, który ma dość Polaków, a zwykły bandyta, których – niezależnie od narodowości – pełno na całym świecie i który w przypływie agresji wyrżnąłby mi za coś innego – na przykład za krzywy nos. Po drugie – nawet w okupowanej warszawie Polacy mogli mówić po polsku, mieli przecież nawet polskojęzyczną gazetę (co prawda wydawaną przez Niemców, Nowy Kurier Warszawski się nazywała – Polacy przechrzcili ją na Kurwar). Pomijam juz taki drobiazg jak brak w kodeksach karnych jakiegokolwiek cywilizowanego kraju restrykcji za używanie języka obcego.

W kodeksach karnych też nie ma  - niestety - zbyt wiele na temat chamstwa szerzonego przez ludzi, niezalażnie od paszportu. Ludzie, którzy robią tak zwana wiochę są bardzo widoczni i jeszcze bardziej bezkarni. Pech chciał, ze sa wśród nich Polacy. A społeczeństwa zawsze stosują zasadę zbiorowej odpowiedzialności, tak samo wpisaną w mechanizmy działania grupy jak osławiona psychologia tłumu. Po prostu podpada się przez fakt przynależności do pewnej podgrupy. A że ją łatwo zidentyfikowac z uwagi na język... wtedy cierpi się za kilku bydlaków bez wyobraźni.  

Ja ich rozumiem – powiedziała mi ta osoba. Jak w moim mieście w Polsce Rosjanie czy Bułgarzy – których tam pełno – wydzierają się w swym języku, też mnie to drażni. Jestem gościnny, ale do pewnego stopnia... Zgodzę się tylko z tym pewnym stopniem. Jak idę ulicą i widzę wydzierających się chamów, to wszystko się we mnie buntuje, niezależnie od języka w jakim się wydzierają. Jednak nie zamierzam rezygnować z mówienia po polsku tylko dlatego że ktoś cierpi na nadmiar politycznej poprawności...

polcent

Typowa stylistyka polskiego sklepu w Anglii. na fotografii jeden z pięciu polskich sklepów w Northampton.

16:24, kicior99 , kultura
Link Komentarze (6) »
środa, 06 czerwca 2007
Angielska kultura

czyli dlaczego nigdy nie będziemy Anglikami

Jeden z obiegowych bon motów głosi: "Kanada miała szansę mieć angielską kulturę, amerykańską technikę i francuską kuchnię, tymczasem wszystko co zdołali osiągnąć to amerykańska kultura, angielska kuchnia i francuska technika". Anglia tak się kojarzy z wysoką kulturą jak Londyn z mgłą, Szkocja z kratą i potworem z Loch Ness a Francuzi z żabami.

I tego stereotypu nie obalili do końca nawet angielscy kibice, których podejrzewać o kulturę to tak jak oczekiwać skromności od Leppera. Słowo "chuligan" też się bierze z Wysp Brytyjskich... Zresztą czy aby ten obraz angielskiego rowdy nie jest przesadzony? Mieszkam w rejonie gdzie nie ma ekstraklasy, a fani kibicują drużynom niższych klas jak Bristol Rovers czy Exeter City. Czasem jadę pociągiem z gromadą przebranych w klubowe barwy i wymalowanych fanów. I jeszcze nigdy nie widziałem najmniejszej awantury. W sobotnie popołudnia, kiedy pół Anglii jeździ na mecze lub z nich wraca, duży dworzec w Bristolu patroluje tylko para policjantów - zwykle mężczyzna i kobieta. I naprawdę roboty mają tyle co w inne dni.

Co sprawia że angielska kultura codzienna jest tak znana? Zacznijmy od powitania. Angielska rezerwa angielską rezerwą, ale człowiek widziany wiecej niż dwa razy jest już w pewnym sensie naszym znajomym. Takiemu wypada sie ukłonić i pozdrowić. często na mojej drodze do pracy spotykam te same osoby i zawsze następuje wymiana ukłonów czy chocby zwykłego "Hello" okraszonego uśmiechem. Niby nic a... jakoś inaczej się czuję wtedy, tak bardziej "u siebie".

Również podziękowań nie szczędzą Anglicy, a dziękuje się za wszystko, nawet za przepuszczenie pieszego na drodze dla rowerów. Wypada wtedy powiedzieć chocby "cheers mate" (dzięki, stary). Z innych słów - o wiele bardziej niż u nas rozpowszechnione jest "proszę". Kiedyś koleżanka (Angielka) zwróciła mi uwagę, że za mało uzywam słówka "please". - Jak to - oburzyłem się, to sama struktura nie wystarczy? Przecież nie mówię (w tłumaczeniu) "Podaj mi..." a "czy byłbyś uprzejmy mi podać..." Okazało się że to nie wystarczy, a uprzejmości nigdy za wiele.

Angielską specjalnością są tak zwane small talks, czyli wstępne rozmowy "o niczym" ( o pogodzie najczęściej). Small talks obowiązują wszędzie, nawet u lekarza i przy spotkaniach z policją. Kiedyś, na samym początku mojego pobytu w Anglii spałem w nielegalnie rozbitym namiocie. I oczywiście pewnego dnia zmaterializowali się policjanci, akurat w momencie gdy zajęty byłem odsypianiem nocnej zmiany. Pozdrowili, a jakże, przeprosili za najście, zapytali czy nie za zimno jak na namiot w listopadzie, zainteresowali się czy w tak niezwykłym miejscu ma się w ogóle jakieś sny, po czym dopiero przeszli do rzeczy, a mianowicie kim jestem i co właściwie tu robię. Nie muszę dodawać, że po takim wstępie nawiązuje sie nić porozumienia i dalsza rozmowa jest o wiele prostsza. Znajomy Polak, człowiek z wyższym wykształceniem, skomentował to tak: Ja chromolę to pieprzenie o niczym, ja tu przyjechałem w interesie, mnie interesują wyłącznie ich pieniądze. Nie będę się wygłupiał i przejdę od razu do rzeczy... Już nie miałem siły tłumaczyć mu ze jest troglodytą i że gdyby u nas kultura osobista była taka jak w UK, może wcale nie musiałby tu szukać pracy.

Kiedyś wracałem po nocnej zmianie rowerem do domu. Jechałem ulicą, nagle zza zasłonietego zakrętu wypadł jadący wprost z chodnika inny rowerzysta, może trzynastoletni. Miał mniej szczęścia niż ja, a po zderzeniu z koła zrobiła się wcale zgrabna kołyska. Kiedy zaproponowałem, że dam mu 20 funtów na naprawę, przeprosił i powiedział Nie ma sprawy. To ja zawiniłem, mogłem jechać ostrożniej po czym oddalił sie prowadząc rozwalony rower. Podobnie wyglądają scenki ze stłuczek ulicznych, wiele razy obserwowałem takie przypadki. Nikt nie wyskakiwał z wozu z dzikim błyskiem w oku, nikt nie rzucał k...wami (czy w tym wypadku fuckami) na prawo i lewo, wszystko odbywało się w przyjacielskiej niemal atmosferze. W Polsce nie do pomyślenia.

Oczywiście chamów też mozna spotkać, choć mnie to sie udało może ze trzy razy... O angielskim chamstwie zresztą napisze przy innej okazji.

 

park

Park w Bath. Niby zwykłe miejsce ale aż sie prosi o zachowanie powagi i kultury...


 

ulot

Ulotka rozdawana przez policjantów angielskich podczas dużych korków i objazdów. Policja przeprasza że musiała zamknąć drogę... Ulotka pełni również rolę usprawiedliwienia dla szefa w pracy.

05:15, kicior99 , kultura
Link Komentarze (2) »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: