wtorek, 02 listopada 2010
Świątecznie mimo woli

czyli dziś wyjątkowo bez zdjęcia...

Szedłem wczoraj do sklepu. Minął mnie samochód, czarny długi. Po chwili widziałem, że w środku jest trumna. Gdy wyprzedził amnie, przeczytałem napis na tylnej szybie, ułożony z białych goździków: DAD.

wtorek, 01 czerwca 2010
Uśmiechnij się!

czyli czerwcowy oddech

Od zawsze lubiłem czerwiec - koniec roku, początek lata, truskawki w sklepach, hucznie obchodzone imieniny (jakoś za urodzinami nigdy nie przepadałem)... Ten czerwiec też jest ciekawy: mistrzostwa świata w piłce nożnej (a nie żaden mundial), właśnie zaczynam urlop, wreszcie trzecie urodziny bloga - sprawiają, że na powitanie miesiąca uśmiechamy się po angielsku :)

Shop_opening_hours

To informacja o godzinach otwarcia sklepu gdzieś w hrabstwie Northumberland, wynaleziona przez kolegę - wikipedystę. Nieznającym języka powiem tylko, że nie wynika z niej naprawdę nic... (fot. Łukasz Łukomski, lic. Cc-by-sa-3.0, oryginał znajduje się tu)

dscf0706

A to już moje trofeum, ze stacji kolejowej w Watchet. Głos z głośnika: Aby uniknąć przepełnienia, nie poinformujemy, z którego peronu odjeżdża pociąg o 7.53.

niedziela, 30 maja 2010
Brzmieć jak hrabia

czyli jak być posh?

Zaczęło się w pracy. Jak wymawiać nazwę miejscowości Totnes? Z akcentem na pierwszą czy drugą sylabę? Ponieważ z tą drugą wymową spotykam się o wiele częściej, wymawiam tak jak słyszę, z akcentem na /e/. No i doigrałem się. "Brzmisz jak snob" - powiedziała mi koleżanka. Prawdę mówiąc nie zdziwiło mnie to za bardzo. Dlaczego?

Snobizm jest tak stary jak Anglia. Choć samo słowo jest pochodzenia łacińskiego, skrót od "sine nobile", do języka polskiego przeszło przez angielski właśnie. To chyba dość logiczne; w kraju, w którym arystokracja zawsze się miała dobrze, nie wytępiły jej ani rewolucja ani komuniści, należenie do niej nigdy nie było jakoś specjalnie szykanowane, wręcz przeciwnie, pożądane. Snobem można oczywiście być na wiele sposobów. Odpowiedni ubiór, zachowanie, rozrywki... tak, snob nigdy nie pójdzie do miejscowego pubu a do klubu "members only", do którego jakimś cudem skołował zaproszenie. Nie będzie się bawił na ludowych festynach typu gonienie sera ze stromej góry (ten symbol Gloucestershire został zresztą w tym roku zakazany ze względu, oczywiście, na BHP), a spędzi weekend na śmiertelnie nudnej gonitwie koni w Cheltenham, na której bywała sama królowa, lub meczu polo.

Osobną bronią w arsenale snoba jest język. W języku polskim trudno jakoś specjalnie się lansować, można pretensjonalnie wymawiać "ą" i "ę", czy też "ł" na wzór kresowy, można "zakąszać" a nie jeść, robić eskapady a nie wycieczki... Angielski jest pod tym względem znacznie podatniejszy na działania snobów. Snob musi brzmieć "posh" - elegancko, lekko pretensjonalnie. Pamiętacie Hiacyntę z serialu "Co ludzie powiedzą"? Nosiła swojskie nazwisko Bucket (wiadro), które wymawiała z francuska Bouquet (bukiet), co brzmiało mniej więcej jak /bu'kej/. Zresztą nie tylko tam... Pamiętacie Anię z Avonlea?

Klarysa— Almira powiedziała mi, że pani wymawia nazwisko nasze Donnell. Tymczasem prawidłowe brzmienie jego jest Donnell — akcent na drugiej sylabie. Ufam, że pani będzie pamiętała o tym w przyszłości. - Tak pani Donnell, matka Klarysy-Almiry zresztą, dochodziła swoich racji. Akcent na ostatnią sylabę  zawsze rodził skojarzenia z francuskim, dawał powiew cudzoziemskości, wielkiego świata. Brzmieć z francuska to zawsze było wyróżnienie, nobilitacja... Nie zdziwiłem się zatem, że zostałem posądzony o snobizm.

Oczywiście nie sam akcent świadczy o byciu "posh" - do tego dochodzi słownictwo, maniera mówienia, wycyzelowana gramatyka, czasem na pograniczu śmieszności. Tyle, że najczęściej tę śmieszność widzą nie ci, co powinni...

anglo-irish-bank-horse-clean1

Najbardziej snobistyczna impreza w zachodniej Anglii - wyścigi w Chletenham. (źródło:www.revolutionsports.co.uk)

piątek, 25 września 2009
Pamiętać jak Anglik

Wspominając Anette Grosvenor (1946 - 2009)

Przy wyjeździe z Bridgwater na Taunton, przy drodze A38, można zauważyć obrazek nader niezwykły jak na angielskie warunki. Prawie przy jezdni, od ponad czterech lat, zawsze jest bukiet świeżych kwiatów. Zupełnie przypadkiem wiem, co się wtedy stało, bo obserwowałem tę scenę, byłem tez jedną z osób, które dzwoniły na pogotowie. Rowerzysta, mocno po pięćdziesiątce, zasłabł nagle i osunął się na pobocze. Akcję reanimacyjną prowadziło dziesięciu ratowników medycznych przybyłych trzema karetkami. Na próżno. Znałem tego człowieka. To był Polak.

W Anglii nie ma zwyczaju stawiania krzyży przydrożnych i przybijania (sic!) wieńców do drzew. Pamięć tych, którzy odeszli, czci się zupełnie inaczej. Powiedziałbym, że tyle godnie, co pragmatycznie. Najpopularniejsze są ławki - pomniki, stawiane przez rodziny zmarłych w miejscu, gdzie ich ukochany bliski lubił siedzieć, karmić ptaki i łowić ryby. Chyba nie ma większego parku pozbawionego tych specyficznych pomników. Oczywiście usiąść może każdy…

Każda gazeta lokalna posiada stronę zwaną obituary. Nie zawiera ona z reguły nekrologów w formie, do której przywykliśmy, z ramkami i zdawkowymi kondolencjami. Zmarłych wypisuje się raczej na liście. Natomiast żelazną częścią każdej takiej strony są wspomnienia pośmiertne, niekoniecznie pisane zaraz po tragedii, bywa, że wiele lat po niej. Inną formą pamięci, tym razem już nieco mniej ponurą, jest umieszczanie z okazji urodzin zdjęć jubilatów przy drodze czy w gazetach. Są to zazwyczaj fotografie wesołych dzieciaków, które w danej chwili kończą, powiedzmy, czterdzieści lat.

Typowo angielskie są również dość niekonwencjonalne formy czczenia pamięci odeszłych. Ostatnio spotkałem się z tym podczas wypadu do Dartmouth, a to co wzbudziło moje lekkie zdziwienie, przedstawia fotografia poniżej. Przed przeczytaniem myślałem, że to życzenia urodzinowe, gdyż wcześniej takie widywałem. Zmarły młody chłopak musiał być naprawdę lubiany, by zasłużyć sobie na tak spontaniczny gest kolegów… Na pogrzeb, zwłaszcza osoby młodej, wypada również przyjść w koszulce lub z szalikiem drużyny, której zmarły kibicował. Odnoszę wrażenie, że mniej ważny jest smutek, a bardziej rzeczywiste uczucia, którymi darzyliśmy tych, których już nie ma z nami. Niedawno zmarła moja koleżanka z pracy. Angielskim zwyczajem w pracy wystawiona była puszka na datki pieniężne. Ponieważ z tą koleżanką żyliśmy, powiedzmy, rożnie i na dodatek wszyscy to wiedzieli, któryś z Anglików powiedział: nie musisz się dokładać. Jakie było jego zdumienie, gdy publicznie wrzuciłem tam trochę forsy. Wcale nie dlatego, że wypadało, czy przez szacunek - ja ją w sumie lubiłem. I tak ten gest został odebrany. A tekst ten piszę na komputerze, na którym Ona bardzo lubiła pracować...

dscf0495_1
Pamięć o człowieku...


dscf0503
Tabliczka na pamiątkowej ławce

sobota, 19 września 2009
Jestem rycerzem Jedi

czyli kłamstwa po angielsku
Według najnowszych badań, opublikowanych przez prasę angielską, na sześć kłamstw , których dopuścili się mężczyźni przypadają trzy wypowiedziane przez kobiety. Pomijając zwykłe w takich przypadkach przymrużenie oka, statystycznie bardziej opłaca się wierzyć Angielkom niż Anglikom… Poza tym cały czas obowiązuje formuła, do której często odwoływał się Oscar Wilde: istnieją trzy rodzaje kłamstw: zwykłe, bezczelne i statystyka.

Kłamstwo na Wyspie to ciekawy temat, wymykający się nieco stereotypom i  ślepym klasyfikacjom, stosowanym zwłaszcza przez cudzoziemców. Po pierwsze, muszę tu dotkną specyfiki języka angielskiego, który potrafi pewne rzeczy przemycić w sposób bardzo zawoalowany. Taki zwrot “I am afraid” oznaczający obawę, jest w gruncie rzeczy łagodną formą powiedzenia “nie”. Ale przecież siła rażenia już nie taka sama. To zjawisko nazywa się mądrze relatywizacją i jest używane na co dzień w przemysłowych ilościach. Gdy w mojej firmie redukowali etaty, oficjalne pisma mówiły o “propozycji zmian w zatrudnieniu”. Powszechny odbiór takiego komunikatu jest oczywisty: istnieje nadzieja, e nie zredukują. Tyle, że na dobrą sprawę nie wiadomo, kto komu składał tę propozycję, bo zmiana przeszła w takiej formie jak rzekomo zaproponowana…

O Szwedach krąży takie obiegowe powiedzenie: to naród uczciwy tak długo, jak nie wchodzi w grę urząd skarbowy. Biorąc pod uwagę szwedzkie podatki - jest to w pełni zrozumiałe. Oczywiście w Wielkiej Brytanii też istnieją metody okłamywania urzędników podatkowych. Kiedyś jedna z moich znajomych poradziła mi założenie jakiejś firmy - słupa na Wyspie Man, będącej rajem podatkowym i przepuszczania przez nią dochodów. Nie mam tyle forsy, by robić to w taki sposób. Również wystraszyła mnie nieco kampania reklamowa nakazująca kapowanie w takich sprawach do stosownych instytucji. Wierzcie mi, to ma sens i Brytyjczycy kablować umieją naprawdę nieźle. Poza tym uważam, że zawsze warto być uczciwym.
Jest jedno brytyjskie kłamstwo, które zrobiło międzynarodową karierę. Otóż w r. 2001 przy okazji spisu powszechnego powstał pomysł, aby okłamywać rachmistrzów podając jako wyznawaną religię "rycerz Jedi". Wierzcie czy nie - aż 0.7 procent Brytyjczyków przyznało się do tej nieistniejącej religii, co dało jej status czwartej wiary w kraju! Co więcej, szał ogarnął wszystkie kraje anglojęzyczne...

Jest wreszcie angielskie wyrażenie white lie czyli dosłownie białe kłamstwo. Toi drobne minięcie się z prawdą dla osiągnięcia szczytnego celu albo też niezranienia przeciwnika.  Cóż, wszystko ma swoje dobre strony.

John Profumo. Jego kłamstwa dotyczące ukrywanego romansu były punktem zwrotnym w brytyjskiej polityce lat 60. i stały się sławne na całym świecie. (fot. guardian.co.uk)

O małych kłamstwach po angielsku. Fleetwood Mac.

wtorek, 15 września 2009
Złamane życia

czyli Wielka Brytania się wstydzi

Irlandzka afera w kościele katolickim, opisana tak przejmująco w Gazecie Wyborczej, nie wydaje się odosobniona, przynajmniej w tym regionie geograficznym i w podobnych czasach, czyli w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w. Od pewnego czasu w literaturze popularnej i autobiografiach rozwinął się nurt opisujący trudne dzieciństwo w domach dziecka i u przybranych "rodziców". Tych książek jest coraz więcej, w dużych księgarniach, np. sieci Waterstones, istnieje nawet dedykowany regał, zwany "Broken lives" - złamane życia. Autorzy tacy jak Terry Denby, Stuart Horwarth czy Les Cummings osiągnęli nawet specyficzną popularność, a opisywane przez nich historie są tyleż wstrząsające co prawdziwe.

Schemat jest mniej więcej ten sam: dziecko w wieku ok. 10 lat traci rodziców - bądź też naturalnie, bądź też lądują oni w więzieniu i siłą rzeczy przy braku zainteresowania rodziny trafia do domu dziecka - w Wielkiej Brytanii państwowego. Rozpoczyna się pierwszy etap koszmaru: odzieranie z osobowości, indywidualności, człowieczeństwa. Rodzeństwa zostają bezwzględnie rozdzielone, przy czym na początku mają jeszcze ze sobą jakiś kontakt, później on zanika. Gdy dziecko osiąga wiek dwunastu, trzynastu lat, zostaje przydzielone do rodziny zastępczej. Kryteria, jakie musi spełniać taka rodzina są niejasne, prawdopodobnie dziecko jest po prostu kupione w sposób, jaki kiedyś handlowano niewolnikami. Taki los spotkał Lesa Cummingsa, który po latach napisał autobiografię "Forgotten" - zapomniany.

Les trafił do rodziny, która stworzyła mu warunki na pokaz dla inspektora oświaty, regularnie wizytującego domy podopiecznych. Niby lege artis ale... nigdy nie daje dojść dziecku do głosu, przyjmuje prawdę podaną mu przez opiekunów. Gdy za opiekunem zamykają się drzwi, dzieciak wraca do swej nory pod schodami... Jest wszystkim: służącym, obiektem do wyładowania frustracji dla całej rodziny, wreszcie obiektem seksualnym, najczęściej dla pana domu. Taki stan trwa mniej więcej do siedemnastego roku życia, kiedy dziecko może samodzielnie funkcjonować; najczęściej ucieka z "kochającego" domu i wraca tylko raz: kiedy jest na tyle silne, że może spuścić porządne lanie swym oprawcom; bywają nawet zabójstwa.

Obecnie trwa dochodzenie swych praw w magistratach miast, sądach i zbliżonych instytucjach. jest ciężko, opisy są nierzadko tak niewiarygodne, że nie mieszczą się w głowie, część sprawców nie żyje, miasta (np. Bournemouth) uważa, że nie ma za co przepraszać. Satysfakcja, nawet ta przez łzy, przychodzi rzadko i jest okupiona dodatkowymi upokorzeniami. Anglia jeszcze chyba nie umie zrozumieć.

Szkoła na wyspie Jersey, w której prawdopodobnie popełniono morderstwa dzieci. Jedna z ponurych afer pedofilskich, która na światło dzienne wyszła w zeszłym roku. (fot. thedailymail)

wtorek, 08 września 2009
Wyspa na morzu wódki

czyli o przenikaniu się kultur w czterech obrazkach

Obrazek pierwszy, historyczny
Mam przyjaciela Anglika. Ken ma na imię, barwna postać, starszy kierowca o dużym doświadczeniu i ciekawym życiorysie. Opowiedział mi kiedyś pewną historię z przeszłości. Dziadek Kena podczas drugiej wojny światowej zajmował się również nielegalnym handlem. Najciekawiej ten handel przebiegał z polskimi emigrantami. Otóż dziadek sprzedawał Polakom śliwki ze swego sadu w zamian za złapane przez Polaków dzikie króliki, wtedy jedno z głównych źródeł mięsa. Śliwki nie były potrzebne Polakom do zaspokojenia głodu; po jakimś czasie Polacy zjawiali się ponownie, tym razem sprzedając dziadkowi pierwszorzędną śliwowicę, na oryginalnej nowosądeckiej recepturze...

Obrazek drugi
Dwa lata temu musiałem coś załatwić u adwokata. Nie znam dobrze brytyjskiego prawa, adwokat działał z urzędu więc trochę obawiałem się o wynik jego pracy. Niesłusznie, bo załatwił sprawę perfekcyjnie, wyszedłem ze sprawy na dużym plusie. Pozostała kwestia dowodu wdzięczności. Z reguły niczego nie wręczam lekarzom, prawnikom itp., uważając po prostu, że również we współpracy ze mną wykonują swoje obowiązki. Tym razem wdzięczność była autentyczna i rzeczywiście chciałem ją okazać. Zapytałem Anglików - nie zrozumieli do końca pytania. Wręczać coś? Przecież nie pracował za darmo. Jeśli już musisz - zrewanżuj się jakimś drobiazgiem. To samo pytanie zadane Polakom spotkało się nie tylko ze zrozumieniem, ale i natychmiastową odpowiedzią: - Pół litra oczywiście. I rzecz jasna polskiej wódki. Wtedy pomysł wydawał mi się na miejscu i istotnie nabyłem pół litra...

Obrazek trzeci
Odchodził z pracy jeden z szefów, Anglik. Starszy facet, złoty człowiek,  przesympatyczny, bardzo szanowany i ceniony również przez Polaków, których lubi i którym bardzo wiele pomógł. Tym razem z prezentem nie miałem problemu, byłem ciekaw, jak sobie poradzą Polacy, którzy lubią i jego, i okazywać wdzięczność. Ostatniego dnia pobytu szefa w firmie na jego stole zauważyłem baterię dobrze, aż za dobrze znanych sobie butelek. I sam już nie wiedziałem, czy jako Polak mam się wstydzić czy być dumny...

Obrazek czwarty
Angielskie wesele, pan młody Anglik, panna młoda Walijka. Wśród zaproszonych również Polacy. Początkowo picie delikatne, angielskie, głównie piwo i cocktaile. Po jakimś czasie na stół wjeżdżają dziwnie znajome flaszki. Atmosfera, zrazu spięta, robi się nagle swojska. Podnosi się temperatura, rozmowy stają się coraz głośniejsze, jedna nawet zdecydowanie za ostra. Anglicy, nie znając się na polskiej wódce, szczerze ją chwalą.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Daleki jestem od tezy, że Polacy rozpijają Anglię, jaką można spotkać na licznych forach. Faktem jednak jest, że według ostatniego raportu, opublikowanego przez prasę, na Wyspie pije się coraz więcej i to coraz mocniejszych trunków. Ta zmiana jest widoczna nawet w stosunkowo niewielkim okresie. Gdy przybyłem na Wyspę, w pubach serwowano głównie piwo, cydr i słabe drinki. Tak zwane shots, czyli pięćdziesiątki z zakąską, były zupełnie nieznane, a już na pewno nie zetknąłem się z tym osobiście. Teraz jest inaczej, przy czym Anglicy wolą jednak popitkę od zagryzki. Przypisywanie wszystkiego Polakom jest nonsensem ale... Ciekawe, że gdzie zjawiają się Polacy, automatycznie materializuje się silny alkohol. Coraz częściej pojawia się mało dotąd znany obrazek, czyli bateria butelek. Przypadek?

abe

Typowy wygląd angielskiego pubu. (fot. webshots.com)

There's a tavern - tradycyjna piosenka lubiąca procenty :) Zwróćcie uwagę na atmosferę w pubie. To se ne vrati...

czwartek, 13 sierpnia 2009
Kraj mamuś i tatusiów

czyli seks na wielkiej wyspie


W dyskusji pod jednym z wpisów zarzucono mi, że jestem zorientowany zbyt proangielsko, że widać u mnie gorliwość neofity, że... Never mind. Mam swoje lata, jak to się mówi, z niejednego pieca chleb jadłem i stać mnie na własne zdanie, choć nie wiem, jak by to kogoś bolało. Ba, nauczyłem się myśleć o sobie bez wyrzutów, że jestem aspołeczny i sądzę, że patrzę na świat w nieco innych proporcjach niż kiedyś, zdrowszych, właściwszych.
Nie, wcale nie podchodzę do kultury anglosaskiej, zwłaszcza tej współczesnej bezkrytycznie. Jedną z rzeczy, która bardzo mi się nie podoba to stosunek do seksu, zwłaszcza seksu ludzi młodych i bardzo młodych. Oficjalnie wiek przyzwolenia na rozpoczęcie życia płciowego w Anglii, tzw. age of consent, to szesnaście lat. Z badań jednak wynika, że średni wiek rozpoczęcia współżycia również wynosi ok. szesnastu lat, więc łatwo się domyślić, że wszystko rozpoczyna się o wiele wcześniej. Owszem. Prawo interweniuje bardzo rzadko, chyba że chodzi o wykorzystanie nieletniego przez osobę dorosłą; jeśli rzecz toczy się między równolatkami, to obowiązuje zmowa milczenia. Ba, tu i ówdzie pojawiają się głosy, by tę granicę obniżyć, nawet do czternastu lat, przy zachowaniu warunku, że drugi partner nie ma więcej niż szesnaście lat. Poza głosami partii konserwatywnej, nie widzę jakoś większych sprzeciwów.
Niedawno Anglią wstrząsnęła tzw, sprawa Alfiego. Alfie (na zdjęciu po lewej) ma trzynaście lat i prawdopodobnie został najmłodszym ojcem w Anglii. Piszę "prawdopodobnie" bo przyznających się do ewentualnego ojcostwa jest zdaje się trzech innych, w podobnym wieku. Matka, tym razem nie domniemana, ma piętnaście lat. Gdy popatrzymy na zdjęcie Alfiego, to niejeden z nas wyrazi wątpliwość, czy to nie jest przypadkiem jakaś kaczka dziennikarska. Zwłaszcza, że wkrótce udzielał wywiadu dla jednej z największych szmat w Anglii. "Nie wiem, ile kosztują śpioszki, sądzę, że bardzo wiele. Nie wiem czy sobie poradzę z wychowaniem dziecka, dostaję mało kieszonkowego. Czasem dyszkę od ojca." - to złote myśli ojca dziecka. Rzekomo największym problemem przyszłej babci było "co ludzie powiedzą". W sprawie wypowiedział się nawet premier Brown, mówiąc, że rząd robi wiele by zapobiec ciążom małoletnich. Z rządowych kół odezwały się głosy, że problem nie w tym, że te ciąże są, ale by bardziej przygotować młodych ludzi, zwłaszcza chłopców, do świadomego rodzicielstwa, głównie pod hasłem "bycie tatą może być fajne".
Cóż, może w tym jest jakiś pragmatyzm. Może to lepsze od postawy młodych dziadków, którzy zaraz po porodzie dziecka zastanawiali się od kogo wydrzeć kasę i ile tego ma być. Z drugiej strony rozumiem mojego kolegę, który długo rozważał sprowadzenie swojego wtedy dwunastoletniego syna do Anglii, głównie właśnie z powodów obyczajowych. W końcu zdecydował go sprowadzić a dzieciak obecnie ma piętnaście lat i jeszcze ojcem nie został. Ja się czasem po cichu cieszę, że jednak nie mam dzieci...
A co z Alfim? Na razie cisza. Jeśli nie będzie próby pobicia tego rekordu, zapewne doczekamy się książki - wspomnień najmłodszego ojca w kraju. O ile potwierdzi się jego ojcostwo, bo sprawa w toku. Życie nie lubi próżni.

Nadmierne spożycie alkoholu i współżycie seksualne młodzieży przed szesnastym rokiem życia w różnych krajach Europy, USA i Kanadzie. Wielka Brytania bije wszelkie rekordy. (graf. www.whychurch.org.uk/)

Zdjęcie Alfiego - mirror.co.uk

wtorek, 16 czerwca 2009
Jak nie-Anglicy

czyli o pewnym dzienniku a właściwie jego początku

W zasadzie miałem już nic nie pisać ale... Siedziałem sobie właśnie i podziwiałem najnowsze wydanie Larousse'a (a co, grunt to nie dać się zwariować w anglojęzycznym świecie), gdy dotarła do mnie treść informacji przekazanej przez BBC Somerset. Już samo otwarcie było zaskakujące, bo choć Anglia jest krajem niezliczonych zbiórek pieniędzy i to takich, że sam Jurek Owsiak by pozazdrościł, nie goszczą one jednak w dziennikach radiowych a już na pewno nie "idą z jedynki", utknięte gdzieś wstydliwie między krykiet a prognozę pogody. A jednak...

jeszcze bardziej przyłożyłem ucho, gdy usłyszałem, że kwesta dotyczy pewnej Polki, zamieszkałej w Bath. Znajduje się ona w poważnym stanie na oddziale miejscowego szpitala, chora na raka, w zasadzie czekająca już tylko na jedno. Jednak przed śmiercią zapragnęła zobaczyć po raz ostatni swojego dwunastoletniego syna. Jako że obecny jej stan zdrowia nie pozwala na skorzystanie z publicznego transportu, w grę wchodzi jedynie samolot - ambulans ze wszystkimi urządzeniami potrzebnymi w razie pogorszenia stanu. Mały nie może również przylecieć do Anglii, gdyż nie miałby się kto nim zająć, a Anglicy są do tego stopnia przeczuleni, że nie pozwoliliby, aby chłopiec mieszkał u przypadkowych osób. W grę wchodzi więc tylko transport do kraju kobiety w stanie terminalnym.

Masa pytań cisnęła mi się do głowy po wysłuchaniu tej informacji. Pytań niepoprawnych politycznie tak, że nie będę nikogo nimi drażnił. Wyrażę tylko zdziwienie, że pragmatyczni do szpiku kości Anglicy zareagowali w sposób, jakiego bym się raczej nie spodziewał, wysyłając być może kobietę po śmierć i to jeszcze za własne pieniądze. To tak polskie i jednocześnie tak mało angielskie. W obliczu śmierci ich pragmatyzm wziął po prostu w łeb. A sprawa staje się coraz głośniejsza...

 

DSCF0039

Zdjęcie mimo wszystko optymistyczne - konczy sie najbardziej pogodna wiosna od kilku lat.

poniedziałek, 05 maja 2008
Tajemnica laptopa

czyli jeszcze Anglia nie zwariowała...

Czasem zastanawiam się, jakie czynniki kulturowe kształtują coś, co nazywamy stylem myślenia i działania, takiego ogólnonarodowego modus operandi. Historia? Popkultura? I jak zachowanie w pewnej sytuacji różniłoby się w zależności od kraju? Zanim cokolwiek napiszę, mały test:
Znajomy pożyczył Wam laptop. Przez przypadek odkrywacie na nim zdjęcia budzące waszą wątpliwość. Jak się zachowujecie?
a) idziecie z nim na policję
b) zwracacie właścicielowi uwagę, że w laptopie są niestosowne materiały
c) robicie z tego sensację w środowisku
d) nie robicie nic, bo w końcu to nie wasza sprawa
Podobna sytuacja rozgrywała się niedawno w moim środowisku. Osoba, która ów laptop pożyczyła, Anglik, wybrała kombinację a + c. O ile pójście na policję mnie raczej nie dziwi – pewnie sam bym tak postąpił, gdyby coś wzbudziło moje poważne wątpliwości, o tyle nie rozumiem zupełnie zrobienie wokół sprawy taniej sensacji, zwłaszcza że wszystko rozgrywało się wówczas na etapie podejrzeń. Ale...
To ja tak myślę, wychowany w innym kraju, w środowisku, które raczej nigdy nie karmiło się tania sensacją. No i było w tamtych czasach zupełnie inne nastawienie społeczne. Gazety podawały wiadomości głównie polityczne, prawdziwe bądź nie – mniejsza z tym, człowiek żył własnymi problemami, niezbędnych emocji dostarczały mu wyniki piłkarskie, prognoza pogody i sąsiedzkie plotki.
W Anglii rynek sensacji jest zupełnie inny niż w Polsce. O wiele większy, bardziej agresywny, żądny krwi. Takie nastawienie wywołuje prasa popularna i brukowa. Na rynku jest kilka tytułów prześcigających się co rano w dostarczaniu codziennej porcji świeżej krwi – Daily Mail, Daily Mirror, Sun – żeby wymienić tylko te największe, wychodzące w wielomilionowych nakładach. I na nic tu porównania do Faktu czy Superekspressu – nie te nakłady, nie to przebicie społeczne. Codzienna porcja sensacji z gazety zostawia zazwyczaj niedosyt – i wtedy zaczyna się polowanie na sensację wokół siebie. Sytuacja jak ta opisana we wstępie to wręcz prezent dla nienasyconego czytelnika takiego „Daily Mail”. No i się zaczęło...
Ponieważ byłem blisko całej sytuacji, zauważyłem jeszcze co innego – otóż najbardziej całą sytuacją żyły osoby bezpośrednio zainteresowane; wiele osób przyjęła wiadomość z niedowierzaniem i nie puściła jej w dalszy obieg... Oznacza to, że jednak istnieją pewne mechanizmy hamujące, które społeczeństwu brytyjskiemu udało się wyrobić. Osoba ta nie doznała większej krzywdy w środowisku.
Sprawa skończyła się zaskakująco – angielska policja nie znalazła w podejrzanym laptopie nic niezgodnego z prawem. Życie wróciło do normy, a właściciel laptopa wytoczył Anglikowi szereg postępowań. Najciekawsze, że ma spore poparcie w środowisku, które uważa, że słusznie broni swego dobrego imienia... Obserwując tę całą sytuację dochodzę do wniosku, ze Anglia jeszcze nie zwariowała tak, jakby życzyli sobie redaktorzy naczelni pism brukowych, publikujący najpikantniejsze szczegóły wielu historii zanim doczekają się prawomocnych wyroków (z personaliami włącznie). Tu umiar zachowali prawie wszyscy – pracodawcy, policja (nie podając sprawy do prasy przed rozstrzygnięciem), koledzy. może dlatego nie boje się agresji bulwarówek – na razie z reguły zwycięża zdrowy rozsądek...

 

Piosenka z samych tytułów? czemu nie?
Codzienna porcja krwi...
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: