sobota, 16 października 2010
Nie dla przemytników

czyli na czym słucha się w Anglii

O moich miłościach mógłbym wiele. Jedną z największych, trwających od mniej więcej trzeciego roku życia do teraz jest radio. Nie kocham TV ale bez dobrego radioodbiornika, ciekawego programu radiowego i gorących informacji po prostu nie umiem żyć. Mogłem nie dojadać, ale radio u mnie zawsze musiało odbierać wszystko i wszędzie. Radioodbiorników "przerobiłem" ponad setkę, a jeśli chodzi o telewizor - obecnie mam pierwszy w życiu taki naprawdę swój. I rzadko go włączam. Przy takim zboczeniu trudno, bym nie zrobił rozeznania, na czym słucha się u Brytów.

O sprzęcie radiowym z Anglii nie wiadomo w Europie zbyt wiele. Europa zawsze żyła pod wrażeniem Philipsa i Grundiga, Anglicy zaś hołubili własny przemysł. Jedną z najstarszych firm elektronicznych był Roberts. Firma powstała w roku 1932 jako własność Harry'ego Robertsa i wytwarzała... osiem radioodbiorników tygodniowo. Nie jest to może liczba wstrząsająca, ale był to sprzęt na bardzo wysokim poziomie, sprzedawany m. in. w słynnym domu towarowym Harrods, który byle czego ludziom nie wciska. Tanio u nich również nie jest. Standardy produkcji były u nich na tyle wysokie, że otrzymali trzy królewskie certyfikaty jakości, co gwarantowało m. in. zbyt na dworze królewskim. Co ciekawe, radia Roberts były jedynymi, jakie dopuszczano w brytyjskich więzieniach - głównie z uwagi na możliwość szybkiego znalezienia przemytu. Łatwo się otwierały...

Firmy nie ominęła jednak fala komasacji przemysłu; została w r. 1994 przejęta przez firmę Glen Dimplex. Odbiorniki, zawsze dobrej jakości, produkuje jednak pod swoją nazwą, również pod tą nazwą wprowadza na rynek brytyjski świetne wyroby chińskie Degena i Sangeana, które, ze względu na kraj pochodzenia i złą sławę produkcji z tamtego regionu, miałyby raczej marną karierę.

Drugim radiem - legendą jest Bush. Firma istniała od r. 1932 i produkowało sprzęt trochę niższej klasy niż Roberts - głównie popularnej. Do tej pory można kupić odbiorniki stylizowane na Busha z lat 60. (patrz po lewej), ale już z nowoczesnymi wnętrznościami i możliwościami, np. odbioru radiofonii cyfrowej. Pisząc o radiach w UK nie sposób nie wymienić młodego tygrysa tutejszego rynku czyli firmy PURE, powstałej zaledwie w roku 2002 w podlondyńskim hrabstwie Hertfordshire. Firma produkuje radia cyfrowe w standardzie DAB i internetowe - i sukcesywnie podbija rynek. Jest rozpoznawalna dzięki ultranowoczesnej stylistyce. Można się kłócić, czy to jest ładne - ja osobiście uważam, że szkaradne. Radio ma wyglądać jak radio a nie jak Bóg wie co. I jeszcze żeby miało skalę...

PURE Sensia, coś dla miłośników hi-tech i gadżetów zarazem. Odbiera radio internetowe, DAB i UKF. Sorry, nawet jakby samo chodziło po ścianie, to nie kupię. (źródło:http://www.geeky-gadgets.com)

dscf1707

Od lewej: Roberts Stream 202, na którym słucham radia internetowego i DAB, mały Roberts R871, do niedawna moje radio do dalekich nasłuchów (uszanowanie Anglikom, ale chiński Degen jest lepszy). W tle - zrealizowane marzenie życia, takie trwające 30 lat, czyli TRAMP WE100, eksportowa wersja Julii Stereo, polskiego radia wszechczasów.

 

piątek, 25 kwietnia 2008
Tajemnica pewnej brei

czyli polski obiad po angielsku

Nie znam się na ekonomii, Nigdy mnie w tę stronę nie ciągnęło, do tego stopnia, że nie umiem do końca gospodarować własnym budżetem. Pod koniec miesiąca zostaję albo z masą kasy albo z upomnieniami z banku, że przeginam nieco z overdraftami... Mimo piątki z matematyki ma maturze liczenie pieniędzy jest dla mnie czynnością bardziej abstrakcyjną niż całkowanie przez części. Dlatego poniższe wywody mogą być odebrane jako masa bzdur wywołujących wyłącznie zażenowanie. Przepraszam z góry. Na pierogach jednak się znam.
Kilka dni temu, wchodząc do "mojego" supermarketu ASDA, zostałem zaatakowany wielkim ogłoszeniem, że od teraz można kupić polskie mrożonki. Ścisnęło mnie za serce i czym prędzej pognałem na półki chłodnicze. Ponieważ jestem maniakalnym pierogożercą, oczywiście wypatrzyłem zaraz pierogi z mięsem i z serem (innych niestety nie było). Napis na opakowaniu nie pozostawiał złudzeń - pierogies with meat. Co prawda nie wiem co to pierogies, ale fotografia nie pozostawiała wątpliwości. Przyszedłem do domu i natychmiast ugotowałem je zgodnie z przepisem na opakowaniu: do wrzącej osolonej wody (ja dodaję jeszcze oleju aby się nie zlepiały), od wypłynięcia na wolnym ogniu jeszcze piętnaście minut. Dodam jeszcze, że mieszkam mniej więcej na poziomie morza, więc temperatura wrzenia wody wynosi sto stopni, a przyśpieszenie ziemskie g = 9.81 m/sek. kw. Zatem jak najbardziej normalne warunki.
To, co otrzymałem, nie przypominało pierogów nawet dla najbardziej liberalnego w swych poglądach człowieka, którego lepiej żywić niż ubierać. W ogóle nic nie przypominało. Wyszła kleista brązowa breja z pływającymi kawałkami ciasta. No skłamałbym, kilka pierogów ostało się w całości. Taką rozkosz zafundowałem sobie za 2 funty 20 pensów za pół kilo. I co dalej z tym zrobić? Reklamacji nie da się złożyć, bo po pierwsze Anglicy na pierogach się nie znają - jak udowodnię, że miało tak naprawdę wyjść co innego niż to co jest w garnku? Po drugie zaś, jak to zawlec do sklepu? Musiałbym jechać z garnkiem na rowerze... Postanowiłem się nie wygłupiać. W zamian rozpytałem na gadu gadu kolegów z Polski, po ile w sklepach są mrożone pierogi. Wyszło coś około pięciu złotych. Czyli ktoś wcisnął mi dwa razy droższy kit, który nadawał się jedynie do wyrzucenia...
W angielskich supermarketach pojawiły się półki z polskim żarciem - chwała im za to. Nie jesteśmy już skazani na cyniczną politykę tak zwanych "polskich sklepów", które żerując na tęsknotach emigrantów tłukły na nich perfidnie wysoka kasę (i wmawiały, ze koszty transportu, ze to, że tamto...). I tak na przykład półkilowe opakowanie gotowanego i wędzonego boczku kosztowało prawie 6 funtów! (ok 26 zł). Większe ździerstwa opisują jedynie podręczniki historii. Od kiedy w dużych marketach pokazały się polskie produkty, właściciele geszeftów opamiętali się nieco. Można? Można. Niekoniecznie trzeba od razu zarabiac jak Rockefeller. Nie do końca jednak...
Nie wiem, kto kształtuje politykę importu polskich produktów w takim np. TESCO czy ASDA. Obawiam się, że nikt, kto zna polskie wyroby i polskie przyzwyczajenia. I tak na przykład w sieci ASDA dominują słynne słoiki - z gulaszem, flakami, fasolką po bretońsku. Dobrze że przynajmniej znanych firm. Ale rzadko uświadczysz np. musztardę sarepską - delikates znany chyba jedynie w Polsce. Takiego smaku nie spotkałem na całym świecie. Z mrożonkami zaczyna być podobnie, a na dodatek sprowadza się produkty jakichś mało znanych firm, zamiast na przykład sięgnąć do renomowanego HORTEX-u... Podejrzewam, że jak tak dalej pójdzie, znów będziemy skazani na paskarskie ceny w polskich sklepach... Już pomijam, że w Londynie na drzwiach jednego z nich widziałem plakat "U nas wędliny jak za Gierka". To znaczy jakie? Śmierdząca zwyczajna wystana w kilkugodzinnej kolejce?
Mimo wszystko życzę aby tym wszystkim ASD-om, TESCO i innym się udało. Niech zatrudnią polskich doradców z prawdziwego zdarzenia, nie skorumpowanych i nieczułych na wpływy manufaktury jakiegoś wujka, która niewątpliwie wytwarzała mój wczorajszy niedoszły obiad...

ASDA zawsze ma coś ciekawego do zaproponiowania... (fot.a74-4)

Polski sklep poznać po barwach. (fot. a74-4)

wtorek, 18 grudnia 2007
Wejście karpia

czyli przedświąteczny wypad do supermarketu

Jeśli nie wiesz, jakie święto wypada w najbliższym czasie, wystarczy pójść do najbliższego supermarketu - tam szybko przejdziesz odpowiednią akcję uświadamiającą. Brytyjski handel zawsze żyje czymś aktualnym, w zasadzie nie znosi martwych sezonów. A kwintesencją są oczywiście świeta Bożego Narodzenia. 
Zaczyna się od choinki przed sklepem. jeszcze do niedawna widywałem je jeszcze w listopadzie, ale chyba ktoś poszedł po rozum do głowy, bo w tym roku stanęła na początku grudnia. Od czasu do czasu można przed marketem spotkać chór Armii Zbawienia śpiewający (wyśmienicie) tradycyjne świąteczne pieśni. A wewnątrz? Na półkach pierwszą jaskółką są pojawiające się  co roku wielkie metalowe fioletowe bomboniery "Quality Street", które później znajdują się praktycznie w każdej firmie. I u nas stoi ta wielka fioletowa puszka (nie wiem, kto ją kupił), z której można podżerać. 
Przed chwilą wpadłem do mojego marketu na krótkie zakupy. Zawsze robię je w jednym miejscu, bo nie cierpię łażenia bez sensu i szukania towaru. Dzisiaj wyszedłem po prawie godzinie z chlebem, szynką, masłem i... pianą na ustach. Święta wywracają każdy porządek, a najszybciej ten na sklepowych półkach. Świąteczny towar atakuje z każdego regału, oczywiście należycie wyeksponowany i rzecz jasna w tym miejscu gdzie dotychczas było co innego. 
Czy angielski przedświąteczny market mocno różni się od polskiego? W pewnym sensie tak, choć w obu przypadkach najwiecej towarów kupowanych właśnie z okazji Gwiazdki. I tak na półkach z mięsem rządzi szynka i indyk. Dla mnie brytyjska Gwiazdka właśnie z szynką się kojarzy - nie wiem dlaczego, ale zawsze smakuje mi inaczej niż w ciągu całego roku, no i z niezrozumioałych względów jest tańsza: kilo kosztuje ok. 7 funtów, tymczasem poza świętami ok. 10. Innym swiątecznym towarem jest pasztet, często z dziczyzny i prawie zawsze belgijski. Świąteczny sandwich z pasztetem jest bardzo popularny, na co dzień je się go o wiele mniej niż u nas. 
Niech nikt się nie zdziwi, gdy na stoisku rybnym znajdzie karpia - rybę zupełnie nieznaną i obcą wyspiarskim tradycjom. To specjalny ukłon w naszą stronę. Handel brytyjski zresztą w końcu zauważył obecność Polaków i po ponad dwóch latach wyciągnął dość słuszny wniosek, że da się na nas zrobić pieniądze. Pogratulować. Obecnie możemy opuścić taką np. ASDĘ z identyczną zawartością siatki jak w Polsce - kiełbasą śląską, kiszoną kapustą i wedlowskim ptasim mleczkiem.
Oczywiście żadnemu Anglikowi nie jest potrzebna kiszona kapusta na święta, choć i tu kupuje sie ściśle określone warzywa: zatem brukiew i pasternak do niedzielnej pieczeni z indyka (to taki angielski karp) no i brukselkę, która jest tu uważana za warzywo typowo świąteczne. Jak z tego zrobić obiad  - napiszę niebawem. Całość świątecznych zakupów dopełnia świąteczny smakołyk - Christmas pudding. Odpowiada on mniej więcej naszej kutii, a jeśli chcecie wiedzieć, z czego sie go robi i jak smakuje - wpadnijcie tu w tym tygodniu.
Każdy szanujący sioe market dba o to, aby zakupy odbyly sie w odpowiedniej atmosferze - zatem stosowne dekoracje i rzecz jasna świąteczne piosenki, w tym moja ulubiona Slade'ów. O ile z reguły czynna jest połowa kas, przed swietami nikt tego nie zaryzykuje - obowiązuje pełna mobilizacja. W kasach obowiązkowo kasjerki w czapkach świetego Mikołaja lub co najmniej z rogami renifera na głowie. A że witający klienta sześćdziesięcioletni dziadek wyglada w tych rogach pociesznie? Cóż, jak święta to święta. 

 debenham

Świątecznie wygladający ekskluzywny dom towarowy Debenham w Londynie (guedalia.com) 

wtorek, 02 października 2007
Dobry jak z TESCO

czyli o angielskim gigancie handlowym

 Kto z nas nie marzy o karierze od pucybuta do milionera... Kiedyś, bardzo dawno temu, zamarzyło się to Jackowi Cohenowi, synowi biednego polskiego emigranta. Po pierwszej wojnie światowej otrzymał trzydzieści funtów zapomogi demobilizacyjnej i za te pieniądze zaczął sprzedawać produkty spożywcze na małym rynku w londyńskiej dzielnicy Hackney. Ponieważ nawet na tamte czasy była to marna kwota, sprzedawał głównie produkty uszkodzone, odkupione od handlarzy za bezcen.

Historia jak wiele podobnych, i może przeszlibyśmy nad nią do porządku dziennego, gdybyśmy się wiedzieli jak biznes zapoczątkowany przez pana Cohena nazywa się dzisiaj. Nazwa, którą znają wszyscy – i w Anglii i w Polsce, a mianowicie TESCO. Najpopularniejsza brytyjska sieć supermarketów i sklepów spożywczych, która zagarnęła prawie ćwierć (24 procent) wszystkich klientów. Można TESCO nie lubić, można na nich psioczyć i narzekać, ale trzeba przyznać że jest gigantem, najlepiej umiejącym się wstrzelić w potrzeby rynku. Jako jedna z pierwszych sieci zaczęła sprzedawać produkty w bardzo okrojonej, biednej nawet wersji, ale za to za grosze, czym zdobyła sobie nie w pełni zasłużoną reputację najtańszej sieci w Anglii.

TESCO to nie tylko wielkie markety, często czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę. To także sieć sklepów spożywczych w centrach miast (TESCO METRO), minisklepików Express, sprzedających głównie kanapki i produkty „na szybko” a także sklepy osiedlowe (dziś powiedzielibyśmy społecznościowe) One Stop. To również działalność ubezpieczeniowa, cateringowa, dostawca usług internetowych... Firma – instytucja. To właśnie tutaj zaczyna się życie Anglika. Wielu uważa nawet, że czego nie znajdzie w TESCO, nie znajdzie nigdzie – podobnie jak z Googlami.

Mimo że co czwarty funt na produkty spożywcze wydany jest w TESCO, nie znaczy to że jest to sieć idealna i dla każdego. Ma wielu zaciętych przeciwników. Przede wszystkim zarzuca się jej sprzedawanie najzwyklejszych bubli, zwłaszcza w kategorii „TESCO value” czyli produktów najtańszych, przeznaczonych dla najmniej wymagającego użytkownika. Powiedzieć o czymkolwiek „TESCO value” to wydać tej rzeczy jak najgorszą opinię. Musi prawda - najwięcej bubli zalegających mój pokój pochodzi właśnie stamtąd (mam nadzieję że mój przyjaciel Dominik, fan TESCO, tego nie czyta...) Poza tym w bardzo wyraźnie podzielonej klasowo Anglii wiele osób uważa robienie zakupów w tej właśnie sieci za dyshonor i społeczną degrengoladę. Klasa średnia i wyższa robi zakupy w snobistycznej sieci Marks and Spencer oraz równie drogiej Waitrose. A jeśli już zaglądają do TESCO to z dala od miejsca zamieszkania, bo co ludzie powiedzą,... Hiacynta Bukiet w pełnej krasie.

TESCO do tego stopnia zmonopolizowało brytyjski rynek, że pozostałe sieci supermarketów przędą dość cienko i raczej długo nie grozi im pozycja lidera. Druga na liście ASDA (udział w rynku 16 procent) stała się konkurencyjna dopiero po przejęciu jej przez znanego amerykańskiego giganta handlowego WALL MART. Zbankrutował niedawno Safeway, z ogromnych kłopotów cudem wywinął się Somerfield, nawet sieć Sainsbury's musiała zmienić zupełnie strategie marketingową by móc w ogóle myśleć o pierwszej trójce.

Walka jest bezwzględna. Co roku ASDA podaje że jest najtańszą siecią, a TESCO ich oskarża że finguje konkursy. Na półkach TESCO – gdy tylko można się pochwalić – podawana jest cena z innych marketów, najczęściej z ASDY i najczęściej wyższa, Ci drudzy wystawiają kosz z produktami i tekstem: w TESCO zapłaciłeś 75 funtów – u nas za to samo tylko 73. Dom wariatów...

tesco

Gigant...

asda

i jego najgroźniejsza konkurencja

czwartek, 23 sierpnia 2007
Żyj teraz - zapłać później

czyli coś o bankach

 

Niedawno przeżywałem swoje małe prywatne święto – dostałem kartę kredytową, pierwszą po kilku latach pobytu na Wyspie. Wbrew pozorom, międzynarodowym umowom itp., cudzoziemiec, a zwłaszcza Polak ma trochę kłopotów w angielskim systemie bankowym. Na początku mojego pobytu żaden bank nie chciał mi założyć konta – piętrzone przeszkody były nie do pokonania. Nie miałem kontraktu, rachunków, którymi udowodniłbym miejsce zamieszkania (za prąd i gaz płaciłem z góry takim specjalnym kluczem) itp. W końcu nad Polakami zlitował się angielski giant HSBC zakładając in tzw. konta podstawowe – pieniądze można było wybierać tylko w bankomatach, kartą nie można było płacić w sklepie, zerowe oprocentowanie itp. Ot, taka forma dwudziestopierwszowiecznego niewolnictwa bankowego. Po półtora roku, gdy HSBC zorientował się, że zmieniam bank, nagle zaczął mnie kusić profitami. Zapytałem tylko a gdzie byliście półtora roku temu? - i rozstałem się z nimi bez machania białą chusteczką na pożegnanie.

Ale nowy bank – NAT WEST - też na początku traktował mnie na początku jak groźne zwierzę. Dostałem najprymitywniejszą kartę, nieuznawaną przez wiele firm (np. koleje brytyjskie...). Dopiero po roku czystego konta debetów docenili moją skromną osobę, zmienili mi kartę na uznawaną na świecie Maestro, przyznali kartę kredytową itp... To i tak lepiej niż inny angielski gigant Barklays, który z początku uznawał Polaków z całym dobrodziejstwem inwentarza, po mniej więcej roku zaczął piętrzyć trudności: blokował Polakom linie kredytowe (nawet te nieużywane), zabierał karty kredytowe bez wytłumaczenia itp. Nie chcę tu bronic naszych, pewnie mają sporo za uszami, ale trudno się nie dopatrzeć dyskryminacji.

W Anglii posiadanie karty kredytowej jest standardem. W zasadzie cała wyspa żyje na kredyt. Taki styl życia nosi nazwę „live now – pay later” (żyj teraz, zapłać później”. Dochodzi do tego, że po eksplozji kredytowej w poprzednich latach, rynek pożyczek się w zasadzie skurczył, a zaczynają nieźle prosperować firmy dające kredyt na spłatę kredytów... Ta pętla zaciska się coraz mocniej na szyi Brytyjczyków – szacuje się że do końca dekady w te pętlę wpadnie 8 milionów mieszkańców. Na razie całkowity koszt kredytów zaciągniętych przez Brytyjczyków wynosi 1,3 biliona funtów (wliczając w to kredyty mieszkaniowe, tzw. mortgages) - dokładnie 1 344 721 000 000 funtów (dane za dzisiejszym The Independent) i jest to kwota rekordowa w historii Albionu... Coraz więcej Anglików jest niewypłacalnych a ich długi mogłoby spłacać kilka osób do końca życia...

Mnie chyba taki dług nie grozi – po pierwsze – kto mi tyle pożyczy, po drugie – na co mi tyle kasy? Na razie zaciągam tylko te kredyty, które mogę spłacić – czego wszystkim życzę.

bankofengland

Bank Of England. taka fortuna mi na razie nie grozi ale kto wie... :)

środa, 20 czerwca 2007
Tania Anglia

Czyli kupując Wyspę po funcie...

 

Anglia zawsze była drogim krajem. Informacja że według ostatnich danych Londyn jest na drugim miejscu na świecie pod względem kosztów utrzymania, tylko potwierdzi ten stereotyp. Tymczasem w Anglii można żyć tanio, co nie znaczy że źle.

Każdy emigrant wie, że najtaniej zakupy robi się w LIDL – u. Ma to swoje plusy i minusy. Niskie ceny i dostępność wielu produktów, których na próżno szukać gdzie indziej powoduje, że trafia tam więcej cudzoziemców niż gdzie indziej. Z tym wiąże się kilka nieprzyjemnych rzeczy. Kiedyś robiłem zakupy w LIDL-u z kolegą – Polakiem. Gdy pracownik obsługi usłyszał język polski – zaczął nas dyskretnie obserwować. Tak już mam że bezbłędnie wyczuwam czyjś wzrok na sobie. Gdy tylko zapłaciliśmy, podeszło do nas dwóch panów i na oczach innych klientów zrobiło nam rewizję plecaków. Od tego czasu omijam szerokim łukiem tę sieć, nawet gdyby dawali tam za darmo...

Ale tanio kupuje się nie tylko w niemieckich marketach. Wiekszość dużych sieci handlowych ma wyodrębnioną grupę podstawowych produktów za niską cenę, około trzydzieści procent niżej niż standardowy towar z tej grupy. Wszystkie towary mają tę samą szatę graficzną opakowania i są łatwo rozpoznawalne. W sieci ASDA nazywa się to smartprice, w TESCO – value itp. Oczywiście trudno tam poszukiwać przebłysków – wszystko robione jest według najprostszych receptur, ale za to bardzo duży jest asortyment. ASDA sprzedaje nawet wódkę smartprice. Jedyna rzecz z tej grupy, jakiej nikomu nie polecam to chleb za 19 p. Ale już herbatniki i inne ciastka nie ustępują wiele markowym. Tyle że sami Anglicy śmieją się czasem z tych produktów. Powiedzieć o czymś że jest „TESCO value” nie jest bynajmniej komplementem...

Tylko że ze smartprice też należy korzystać z umiarem. Znam nieszczęśnika, który doprowadził oszczędność na zakupach do perfekcji – żywił się za ok. 1.20 funta dziennie (ja żyję za ok. 7...). Obecnie leczy w Polsce wrzody na żołądku.

Jak grzyby po deszczu powstają sieci sprzedające towary za funta czy 99p. Głównie przemysłowe, choć trafia się spożywka. Kupować można, choć co do artykułów przemysłowych – dominuje robota chińska, pakistańska i w ogóle azjatycka różnego sortu. Można trafić na prawdziwe cacko (na przykład już trzy lata służy mi kubek z Poundlandu czy uniwersalny śrubokręt) , ale większość, niestety to tandeta. Najlepsze są produkty wycofane z innych sieci, np. TESCO.

Zaś prawdziwym rajem są sobotnio - niedzielne targi staroci, zwane car boot sales. Odbywają się w każdy pogodny weekend, z reguły w tych samych miejscach. Nazwa pochodzi od bezpośredniej sprzedaży wprost z bagażnika samochodu. Sprzedają ludzie, którzy chcą uwolnić swe domy od nadmiaru staroci, kolekcjonerzy, rzadko zawodowcy. Stąd bywają tam prawdziwe perełki. Można tam trafić prawie nowe produkty, które nie spełniły oczekiwań ich właścicieli, na przykład mnie udało sie kupić za 5 funtów radio cyfrowe warte 50 – stan prawie idealny. Moja wieża SONY (dałem za nią piątaka) ma co prawda już sześć lat i nie znajdzie się takiej w handlu, ale za to spisuje się doskonale. A już prawdziwym rajem są „karbuty” dla kolekcjonerów. Wiem coś na ten temat jako kolekcjoner płyt analogowych...

Wreszcie obfitość antykwariatów, komisów czy tzw. charity shops. Są to sklepy instytucji charytatywnych (RSPCA, Oxfam, Heart Foundation itp.), sprzedające rzeczy złożone w darze instytucji. Szczególnie godne polecenia są dla kolekcjonerów i miłośnikom książek, choć można za bezcen kupić na przykład całkiem porządny ciuch.

I kto jeszcze twierdzi że to bardzo drogi kraj?

 

cbs

Car boot sale - czyli sprzedaż prosto z bagażnika. Zwykle na zielonej trawce w atmosferze pikniku, wspaniały sposób na spędzenie sobotniego pogodnego dopołudnia.

99

Sklep z sieci 99p (w Northampton). Mozna tu natrafić na niezłą okazję - i masę Polaków przy okazji.


Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: