czwartek, 01 października 2009
Nie robią wiochy...

czyli wedrówki po angielskich wsiach

Mój pierwszy kontakt z wsią angielską przypominał nieco film wojenny, albo jeszcze gorzej, koszmar po eksplozji bomby neutronowej. Szedłem przez pustą, dosłownie wymarłą wioskę, usiłując znaleźć kogokolwiek, kto wskazałby mi drogę. Nie słyszałem nawet charakterystycznego szczekania wiejskich kundli. Zero życia. Cudem zmaterializował się jakiś chłopiec, który ochoczo wskazał mi drogę, choć zaczepiłem go bardzo niechętnie, gdyż w Wielkiej Brytanii takie zachowanie może być zrozumiane nader opacznie.

Przez tę wioskę przejeżdżałem jeszcze wiele razy i nader rzadko spotykałem jakąś duszę. Nie tylko zresztą tam, ogólnie wioski południowej Anglii przypominają krajobraz po wybuchu bomby neutronowej - jest wszystko, brakuje tylko życia. Zresztą, nie jest to specyfika do końca brytyjska, tak jest w całej Europie północno-zachodniej.

W zeszłą sobotę postanowiłem obejrzeć sobie dolinę rzeki Tamar i pogranicze kornwalijsko - devońskie. Gdy dotarłem do Calstock, z początku coś mi nie grało. Niby tak jak wszędzie, kościół, pub, mały sklepik Spara, budka telefoniczna i skrzynka na listy. Ale nie, coś jest inaczej. I, gdy w wąskiej uliczce przecisnąłem się z trudem obok jakiej pani z pieskiem, potrafiłem już nazwać to co tak bardzo mnie niepokoiło. Otóż ta wioska żyła. Ludzie chodzili, rozmawiali ze sobą, wyprowadzali psy. I co absolutnie unikalne w Anglii, gdzie żelazną zasadą jest my home is my castle, wielu z nich żyło przy otwartych drzwiach; można było popatrzeć, jak mieszkają - a żyją i mieszkają ubogo, jeśli nie biednie, za to bardzo schludnie. Podobny obrazek zobaczyłem w innej wiosce, tym razem po kornwalijskiej stronie, w Gunnislake.

Mimo wielu starań nie dane mi było dociec, dlaczego właśnie te dwie wsie różnią się tak znacznie od pozostałych. Może jest ich więcej - ale jednak angielska rzeczywistość wiejska to wsie - widma, ze szczątkowymi oznakami egzystencji. Anglia jest krajem, w którym ok. 94 procent ludności mieszka w miastach lub zespołach miejskich. Rewolucja techniczna zapoczątkowała deruralizację, a później było tylko gorzej. Ba, konkurencyjny import w latach dziewięćdziesiątych załatwił definitywnie rolnictwo, do tego stopnia, że na wielu polach po prostu nic się nie dzieje, albo są zamienione w łąki, na których pasą się owce i inne krokodyle.Tereny wiejskie Anglii są po prostu nudne; ziemie skomasowano, sprzedano właścicielom ziemskim, którzy prowadzą gospodarkę ekstensywną i pola wyglądają jak w Polsce w epoce PGR-ów, czyli niekończące się łany jęczmienia czy rzepaku. Ludzie zaś wyemigrowali do miast, a domy posprzedawali zblazowanym londyńczykom, którzy przyjeżdżają do nich na dwa tygodnie w ciągu całego roku… Mało też jest osób utrzymujących się wyłącznie z rolnictwa; dominuje model (jak ja nie cierpię tego słowa) chłoporobotnika.

Muszę powiedzieć, że jako osoba wychowana na wsi, patrzę na to wszystko z żalem. Gdy podobne obrazki oglądałem w Niemczech a potem we Francji, sądziłem, że to przypadek. Anglia upewniła mnie jednak - wieś jest w odwrocie. I jeszcze jedno - zawsze uważałem, i do tej pory uważam, że ludzie na wsi są jednak lepsi…

dscf0609

Calstock. W tej dziwnej wsi wielu ludzi zyło nawet przed domem...

dscf0605

Centrum Calstock. Wąsko i kolorowo.

piątek, 04 września 2009
Bordello inglese

czyli o porządkach na Wyspie

Uwielbiam wysłuchiwać opinii o Anglii tych, którzy są tu pierwszy raz, a im krócej tym lepiej. Takie szybkie, na gorąco przekazane wrażenia są często o wiele bardziej cenne niż spostrzeżenia tych, którzy się tu już mocno zasiedzieli. Za trzy dni obchodzę swoje pięciolecie w Wielkiej Brytanii i wiele rzeczy traktuję już automatycznie, na zasadzie "tak jest i tak ma być" a i dziwi mnie praktycznie bardzo niewiele. Toteż zdziwiło mnie nieco mnie zdanie Agnieszki, mojej koleżanki z podstawówki, którą dzięki pewnemu portalowi spotkałem po dwudziestu latach na jej krótkim wypadzie na Wyspę. "W ogóle nie zauważa się tu błota. Cały dzień łaziłam po Londynie w deszczu i mam zupełnie czyste kozaki". Cóż, nie pamięta wół...
Z perspektywy człowieka, który już tu trochę mieszka, w tym zdaniu zaskoczyło mnie głównie to, że w Londynie padało. Cała reszta to święta prawda i niemal aksjomat: można chodzić cały dzień w deszczu i być jedynie mokrym - i dalej czystym. Jest jeszcze ciekawiej. Kiedyś dowiedziałem się, że na wolnym miejscu niedaleko mojej firmy powstanie hurtownia mleka. Wiadomość przyjąłem z niepokojem nie tylko dlatego, że nie cierpię krowiego soczku, a nade wszystko jego zapachu; wyobraziłem sobie ten bajzel związany z wykopami, ślady błota na jezdni, co w deszczowym klimacie wkrótce stanie się przekleństwem. O informacji wkrótce zapomniałem. Przypomniałem sobie dopiero, gdy zobaczyłem zdjęcia z otwarcia na pierwszej stronie lokalnej gazety. Tak na marginesie, słowo mud, oznaczające błoto, usłyszałem w Anglii stosunkowo późno i dotyczyło ono... konsystencji i siły pitej przeze mnie kawy.
Innym razem zostałem w niedzielny poranek przebudzony przez uderzenia młota pneumatycznego w chodnik. Z pianą na pysku wypadłem przed dom, wyobrażając sobie gigantyczny bałagan, jakieś porozwalane rury czy też inny armageddon. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem, że dostanie się zaworu gazowego tkwiącego gdzieś pod ziemią zabiera służbom jakieś dwa, góra trzy metry kwadratowe, gustownie odgrodzone barierkami od reszty ulicy.
Zastanawiałem się nad przyczyną tego niezwykłego porządku w dziedzinie budownictwa. Dopytywałem się o kary, które grożą niechlujnym budowlańcom. Owszem, są takie, choć nikt, organizując miejsce budowy, o nich nie myśli. Prędzej o BHP, bo jeśli coś się stanie z winy budowniczych, to firmę mogą rozłożyć odszkodowania. No i oczywiście strach przed behapowcami, bo tu inspektor BHP może zamknąć budowę. Nie przyszła mi do głowy tylko jedna rzecz: a może oni naprawdę porządek mają we krwi?

remont2

Wymiana rur na głównej ulicy w Highbridge. Roboty odbywały się etapami, by nie zablokować jezdni i minimalnie tylko zredukować płynność ruchu. (fot. autora)

Jedyny raz w tym roku, kiedy na ulicach panował dziki bałagan, i to też zaledwie przez trzy godziny. Atak zimy w południowej Anglii (fot. guardian.com)

czwartek, 25 czerwca 2009
Angielskie porządki

czyl drobiazgi inne niż wszędzie

Popatrzcie przez chwilkę na to zdjęcie po lewej. Zauważyliście coś ciekawego? Nie? To nie będę Was męczył: książki wydane w Anglii mają na grzbietach napisy idące w dół, w innych krajach - do góry. Niby nic takiego, drobiazg niewarty uwagi, ale z takich drobiazgów składa się przecież życie. Takich drobiażdżków w Anglii jest sporo, pomniejszych rzeczy, które oni robią niego inaczej niż wszyscy.
Kiedyś przyszedłem na przystanek autobusowy i zamiast tradycyjnego rozkładu znalazłem dziwną tabliczkę (patrz pierwsze zdjęcie na dole). tabliczka ta odsyła do bezpłatnego serwisu komórkowego - należy pod podany numer wystukać nazwę przystanka - owe sotdmjdj i w ekspresowym czasie zostaną przysłane na nasz numer godziny odejścia trzech kolejnych autobusów. Od razu wynalazłem same wady tego systemu: że jak wandal zniszczy rozkład to poradzi sobie z tabliczką, że przecież niekoniecznie musi mi chodzić o autobusy odjeżdżające teraz i zaraz, że nie muszę przy sobie mieć komórki, że... Po pewnym czasie przekonałem się, że ten serwis ma kilka mocnych plusów. Kto czytał rozkład jazdy (a nie ma takiego kto nie) zna zmorę dwóch młotków i całego alfabetu dołączonego do godziny odjazdu. Po przebrnięciu przez całą legendę najczęściej nie wiemy czy autobus odjedzie czy nie. A tu całą robotę za człowieka odwala komputer i te trzy autobusy przyjadą choćby nawet miały nie dojechać do celu...
Inna śmieszna rzecz. Otóż wyobraźcie sobie, że podpisują UKF-y na skali radiowej! Nie, to nie żart. Tam gdzie jeszcze panoszący się pseudonowoczesny DAB nie wygryzł tradycyjnych radioodbiorników, na skali znaleźć możemy położenie stacji krajowych. I, jak w poprzednim wypadku, działa bez najmniejszego zarzutu. Dzieląc pasmo UKF dawno temu zrobiono to tak, by na skali panował porządek. I tak radio 2 nadaje na początku, od 88 do 91, później radio 3....  Powyżej 100 nadają rozgłośnie prywatne. Takich drobiażdżków jest masa, niektóre pomagają, niektóre przeszkadzają, a wszystkie wprowadzają nieco odmienności w życiu...

DSCF0001

Tylko z pozoru jest tto przypadkowa kombinacja liter i cyfr... Rozkład jazdy XXI wieku.

DSCF0005

Podpisane UKF-y.

Zdjęcia na podwójnej licencji GNU FDL i C-by-sa-3.0

czwartek, 06 listopada 2008
Anglia się śmieje

czyli na przekór wszystkiemu

Rzadko się ostatnio pojawiam, wiem o tym. Nie mam po prostu nastroju, zresztą każdy ma w życiu takie chwile - w Anglii też, nazywa się to ''one of these days''. Padło i na mnie. Cóż, przeżyję. Dlatego na przekór wszystkim i wszystkiemu dziś będzie na wesoło.
Na ilustracji z lewej (źródło: BBC) ciekawy znak drogowy. W wersji angielskiej ostrzega kierowców ciężarówek i zapewne wszyscy myślą, że  w wersji walijskiej również. Nic z tych rzeczy. Walijski tekst brzmi:  "Nie ma mnie teraz w biurze. Proszę przesłać wszelkie zlecenia do tłumaczenia". Mam nadzieję, że znak zmienili, bo inaczej obawiam się o los tego murka za znakiem. Szczęście że nie prowadzę, choć pewnie i tak nie dotarłoby do mnie co pisze po walijsku, bo i tak rozumiem co trzecie słowo...
Jeszcze ciekawszy przykład brytyjskiego poczucia humoru napotkałem przygotowując materiał do Wikipedii na temat Kornwalii. Otóż, przed spisem powszechnym w roku 2001 ktoś wymyślił, żeby na pytanie o religię odpowiadać "rycerz Jedi. Wiadomość puszczono esemesami i e-mailami po kraju i czekano co będzie. W Wielskiej Brytanii bowiem istnieje coś takiego jak status religii oficjalnej a wyznający ją mają np. prawo do urlopu z powodu praktyk religijnych. Statusem takim objęte są wszystkie główne wyznania (chrześcijaństwo, islam, buddyzm itp.) - zastanawiano się, co będzie, gdy rycerze Jedi zrobią odpowiednio duży wynik. Zadziwiająco zrobili - ta "wiara" zajęła czwarte miejsce w Anglii! Nie została jednak awansowana do statusu religii oficjalnej, na co niektórzy liczyli. Stała się za to jedną z najbardziej znanych parodii religii i długo święciła tryumf w krajach anglojęzycznych.

Brytyjski humor: pub "Spokojna kobieta" (http://www.gremler.de, fair use)

Dawka absurdalnego humoru na przekór wszystkiemu.
czwartek, 01 maja 2008
What is this?

czyli wprawiam Anglików w zdumienie

Nie wiedziałem, ze zmieniając system operacyjny wywołam aż taką burzę... Za wyrazy poparcia dziękuję, sceptykom powiem, że to nie pierwszy raz, kiedy mam linuxa. Kiedyś obiecałem sobie, że może w przyszłości, kiedy będę miał dużo czasu, przejdę na "pingwinka". Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Okno przez okno.
Najciekawsze były reakcje Anglików... W zasadzie nie zdziwił się tylko Neil, komputerowy wyjadacz. Już dawno eksperymentował z innymi systemami. Używa go tez Paul, zażarty antyglobalista, któremu Microsoft staje kością w gardle - ale jemu to zamontowali i w ogóle się na tym nie zna. Natomiast reszta... "To znaczy że nie będziesz w ogóle mieć systemu operacyjnego?" - zdziwił się Roger. - Ależ skądże, będę tyle że darmowy i o wiele lepszy - odparłem. "Nie rozumiem jak darmowe może być lepsze. Przecież gdyby tak było, nikt nie używałby windowsa..." Na moje stwierdzenie, że w przyszłości tak będzie, zareagował w typowo angielski sposób: rzeczywiście? - w intonacji znanej fonetykom jako low - fall, nie pozostawiającej jakiegokolwiek pola do dyskusji...
"Po co sięgać po coś nowego, skoro starte zostało sprawdzone i spisuje się nieźle?" - zapytał Ken. Moje słowa, że wcale nie spisuje się nieźle, wręcz przeciwnie, przyjął ze zdziwieniem. "A ja jakoś nie narzekam..." Na pytanie, ile razy w tym tygodniu robił restart systemu, odparł "no zdarzało się, ale widać tak ma być. Nic nie jest doskonałego na tym świecie..." Gdy powiedziałem, że na Linuxa przesiadła się cała francuska policja, skwitował: ehhh, żabojady zawsze były inne... Pozostali znajomi nawet nie słyszeli o Linuksie, sądzili, że system operacyjny istnieje tylko jeden... Co jednak ciekawe, wszyscy szanowali mój wybór i nikt nawet nie śmiał mnie nawracać na jedynie słuszny system.
Na tak błahym przykładzie można poznać typowo angielski styl myślenia. Kiedy wyjeżdżałem do UK, o wyspiarskim konserwatyzmie czytałem jedynie w książkach. Teraz już wiem, jak to wygląda w rzeczywistości.

A jak zachowywałyby się oba systemy operacyjne, gdyby były marchewką?

Windows
- Cena marchewki różniłaby się w zależności czy kupisz ją samą, czy od razu z tarką, garnkiem i talerzami
- Wszyscy producenci potraw korzystają z marchewki tylko z jednego pola
- Marchewka byłaby obrana ale wyjątkowo niestarannie
- Nieraz marchewka miałaby problemy aby wskoczyć do garnka
- Nieodpowiednia marchewka uszkadzałaby garnek i talerze, tępiła noże i tarki
- Niektóre niezłe gatunki marchewki (już po dopracowaniu) byłyby zastąpione przez inne, gorsze

Linux
- Każdy ma prawo do darmowej marchewki, w dowolnych ilościach i o każdej porze dnia i nocy, w niezliczonych ilościach gatunków
- Marchewka nie psułaby naczyń kuchennych
- obieranie marchewki przeznaczone byłoby tylko dla specjalistów, którzy, zapytani, jak to robią, udzielaliby wyjątkowo mętnych wypowiedzi
- Marchewki byłyby wszystkich kolorów, jednak specjaliści dalej uważaliby że w środku jest zawsze taka sama
- Marchewka byłaby do zjedzenia dopiero przy użyciu niezbędnych przypraw, które samemu trzeba sobie wyhodować
- wyhodowanie odpowiednich przypraw nie zawsze gwarantuje jadalności marchewki
- co bardziej skomplikowane przyprawy należałoby złozyć od początku, z atomów

pulpit1

Mój pulpit po wprowadzeniu Linuxa. Chyba tak bardzo nie przeraża? (tapeta - Minik)

Windows1.0

Windows 1.0. Cokolwiek by powiedzieć o Microsofcie - postępy są... (screenshot - Wikipedia)

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
A ja to młotkiem!

czyli w pajęczynie elektroniki

Zaczęło się od tego, że listonosz przyniósł mi małą, niepozorną paczkę. A właśnie że nie, zaczęło się wszystko o wiele, wiele wcześniej, tylko ja jakoś nie byłem w stanie tego zauważyć... No ale dobrze, przyniósł ten pakunek, ja otworzyłem z ciekawością. Paczka zawierała niechybnie urządzenie. Niepozorne, podobne nieco do kalkulatora. Naciskając na chybił trafił kilka guzików przekonałem się, że nie wysadzę na przykład stacji kolejowej, najbliższe wydanie dziennika radiowego upewniło mnie że inne obiekty strategiczne są w idealnym stanie. Cóż to więc za cholera? Dopiero po jakimś czasie zdecydowałem się przeczytać instrukcję. Otóż urządzenie to ma służyć jako czytnik karty bankowej i generator kodu, gdybym z jakichś powodów chciał płacić przez internet. Jeszcze jest nieprzydatne, ale za jakiś czas...
Panowie z banku Nat West nie przewidzieli widać, że do tego czasu gdzieś owo urządzenie zgubię, pomylę z kalkulatorem albo pilotem czy też wsadzę gdzieś tak aby broń Boże nie zginęło po czym zapomnę o niem na wieki wieków. Jest to o tyle możliwe, ze takich różnistych dynksów jest coraz więcej... Gdy przyjechałem do Anglii, uzbrojony byłem jedynie w radio tranzystorowe, które długo było moją jedyną rozrywką. Nie narzekałem, gdyż BBC a także komercyjne stacje pozwalają się nieźle zabawić. A później się zaczęło. Najpierw telewizja, do tego obowiązkowo free view box, czyli dekoder naziemnej telewizji cyfrowej, dekoder satelitarny, radio DAB, odtwarzacz DVD, telefon komórkowy, adapter, wieża stereo, słuchawki, głośniki... Ilość niezbędnej elektroniki zaczęła się wokół mnie mnożyć jak króliki na wiosnę. Do większości z tych urządzeń potrzebny był pilot, zasilacz, kable, przedwzmacniacze i sam święty Elektroniusz wie co jeszcze.
Kupując komputer myślałem że większości tego plastikowo – krzemowego złomu pozbędę się na amen, wszak komputer powinien mi zastąpić prawie wszystko. Jaki byłem głupi i naiwny. Dopiero teraz sprawy nabrały odpowiedniego przyspieszenia a dom zaczynał powoli zamieniać się w składnicę elektroniczną. Kable rozmnażały się jak węże na pustyni, dzień, w którym nie potknąłbym się o jakiś przewód zaczął powoli być moim największym marzeniem. Podejrzewam, ze można by było je rozciągnąć od Orkad aż po Penzance...
Już myślałem że mam wszystko co potrzeba, gdy nieopatrznie włączyłem radio BBC5Live (tak nawiasem, liczba urządzeń na których mogę odbierać programy radiowe jest już dwucyfrowa i obejmuje nawet latarkę). Dowiedziałem się, że koniecznie muszę wyposażyć swoje domostwo w niszczarkę. Jeśli nie, to mnie okradną, zamordują - żeby wymienić tylko najłagodniejsze konsekwencje braku niszczarki. Cóż miałem zrobić, kupiłem i to ustrojstwo... Już myślałem ze popadam w jakąś paranoję elektroniczną, gdy przy okazji wizyty u kilku Anglików okazało się, że cierpią na to samo. Dom zalewa cała masa urządzeń, które mają dziwną właściwość – generują konieczność posiadania następnych...
Zdaje się że następne urządzenie, które kupię, to również niszczarka, tym razem klasyczna, z drewnianym styliskiem i metalowym końcem. Młotek po prostu. Nim rozwalę kolejny zasilacz, pilot i cholera wie co jeszcze. Zaczynam bowiem popadać w jakąś elektroniczną paranoję... już chyba czas powiedzieć sobie „dość”.

kable

Plątanina kabli w moim pokoju

Uwaga. Od dziś blog przygotowywany jest w systemie operacyjnym LINUX, więc na początku mogą wystąpić problemy techniczne (kolejne.........)

czwartek, 10 stycznia 2008
Kombinatorzy "Made in England"

czyli Anglik potrafi

W latach bodaj siedemdziesiątych ukuto słynny slogan "Polak potrafi". Później wielokrotnie go ośmieszano, wskazując, że nasze zdolności koncentrują sie raczej na omijaniu prawa, kombinowaniu jak koń pod górkę i - mówiąc expressis verbis - najrozmaitszych formach nieuczciwości. Złośliwi mawiają, że przynajmniej pod tym względem jesteśmy potega światową.
Niezupełnie. To nie znaczy, że kogokolwiek usprawiedliwiam ani nic z tych rzeczy. Zjawisko lawirowania, ściemniania i omijania prawa leży w ludzkiej naturze, ta jest zaś niezależna od posiadanego w kieszeni paszportu. Brytyjczycy też kombinują - co prawda nie na tak przemysłową skalę jak my, ale Wyspa Czystości to zaiste nie jest.
Kilka dni temu znalazłem w mojej firmowej skrzynce ciekawy e-mail. Proszono mnie, abym uważnie się przyglądał prawom jazdy wystawionym w jakimkolwiek innym kraju niż Wielka Brytania. Tu - gwoli wyjaśnienia - powiem, że brytyjskie prawo jazdy jest dwuczęściowe i oprócz plastikowej karty składa sie z dużego zielonego arkusza formatu A 4 (zwanego tu licence counterpart - patrz zdjęcie po lewej), na którym odnotowywane są punkty karne. Nie wszyscy to mają - w prawach jazdy wydawanych na wyspach Man, Jersey czy Guernsey wygląda to trochę inaczej. Jest też spora grupa kierowców zagranicznych, używających swych narodowych praw.
Punkty karne to podstawowe kryterium przyjmowania kierowcy do pracy. Nie może na wiele liczyć ten, który ma wpis DD (drink and drive - jazdę pod wpływem alkoholu) - może być pewien, że nie dostanie pracy przez najbliższych dziesięć lat. Nieco mniej groźne, ale też nierobiące najlepszego wrażenia są wpisy o nadmiernej szybkości bądź liczba punktów niebezpiecznie zbliżająca się do dwunastki. No ale Anglik - z niewielką pomocą przyjaciół, głównie z Polski - potrafi...
Niedawno powstała bardzo specyficzna wirtyna internetowa, umożliwiająca za stosowną opłatą wymienienie prawa jazdy na inne, głównie zagraniczne, na przykład polskie, węgierskie czy słowackie. Posiadacz trefnego prawka, nie ruszając tyłka sprzed własnego komputera, może w kilka tygodni stać się posiadaczem prawa odciążającego go od dotychczasowych grzechów i win, pod warunkiem, że wcześniej zgłosi "zaginienie" swojego dokumentu w odpowiedniej komórce DVLA w Swansea. Z tak "odświeżoną" licencją idzie do pierwszej z brzegu agencji zatrudniajacej kierowców i... hulaj dusza!
Nie jest to działanie niezgodne z prawem, a sprytne wykorzystanie unijnych przepisów. Typowa "loop" czyli luka prawna, która nie przewiduje automatycznego transferu punktów karnych. Ledwie witryna powstała, a już świeci sukcesy, nieporównywalne co prawda do "naszej klasy" ale w przyszłości - kto wie? Firmy logistyczne bronią sie przed takimi "ozdrowieńcami" ale czekam na pierwsze procesy ludzi, ktorym odmówiono prawa wykonywania zawodu. Jestem pewien, że wczesniej czy później takie będą.
Anglik potrafi? No pewnie!

stareprawo

Tak do niedawna wyglądało brytyjskie prawo jazdy. Wielu kierowców ma je po dziś dzień.

asdalorry

Ilu kierowców ma takie "kombinowane" prawa jazdy?

piątek, 14 grudnia 2007
Lepiej późno niż wcale

czyli Wyspa punktualności

Czy pamiętacie dzień, kiedy po raz pierwszy znacząco spóźniliście się na ważne zebranie, do pracy czy na randkę? Dla mnie to jedno z najgorszych uczuć, jakie kiedykolwiek może mnie spotkać - wiem, że dałem ciała. Jeszcze po drodze obmyślam jakieś zawiłe teorie usprawiedliwiające, po czym... wchodzę i mówię prawdę. No może nieznacznie podkreślam czynniki wybielające ale mniej więcej trzymam się faktów.
Wczoraj obudziłem się bardzo późno. Jako że najpierw zawsze docierają do mnie bodźce słuchowe, usłyszałem z włączonej tvn24 "... i na tym kończymy wieczorny program..." Zaraz, jakim prawem oni kończą wieczorny program? Panie Rymanowski, bądź pan człowiek, przecież ja o szóstej miałem być w pracy??? I oczywiście zaraz słuchawka w łapach i telefon do Toniego. Pierwsze pytanie: "Nic ci nie jest?" a zaraz potem: "To przyjeżdżaj, tylko nie wygłupiaj się z szybkością. Lepiej pięć minut później ale na pewno..."
Po drodze do pracy uświadomiłem sobie, że istnieje coś takiego jak angielska reakcja na spóźnienie, nieco odmienna od polskiej. Zapewniam że to prawda, bo najczęściej jestem z tej drugiej strony - budzącego i witającego spóźnionych.
Polska nigdy nie była punktualnym krajem - i dosłownie i w przenośni. Zapóźnienia cywilizacyjne idą w parze z brakiem punktualności w życiu codziennym. Półgodzinne spóźnienie się na spotkanie to standard (Dominik, wcale nie usprawiedliwam Cię) i naprawdę mamy szczęście, jeżeli osoba spaźniająca się poinformuje nas o tym i swych najbliższych zamiarach. Na drugim biegunie jest reakcja na niepunktualność - wydzierający się szefowie, czynienie wstrętów w pracy, szykany wreszcie szybkie zwolnienie z roboty. Zresztą ostatnio w Polsce nie ma spóźnień, zastąpiły je enigmatyczne i spowodowane zawsze przez siłę wyższą obsuwy.

Jak to się robi w Anglii? Jeśli ktoś pomyśli, że napiszę w tym miejscu, że Anglia jest dokładna jak szwajcarski zegarek albo co najmniej Big Ben, przeliczył się. Anglicy również lubią sie spóźniać. O wiele chętniej przy tym korzystają z telefonu, nawet jeśli są już w drodze na spotkanie i właśnie tkwią w korku. Zepsuty autobus, zapchane ulice - wszystko to są - i owszem - czynniki usprawiedliwiające, ale przecież ktoś na nas czeka i wypada przynajmniej go przeprosić, że marnuje swój czas.
Nieco inaczej jest w pracy. Otóż - pracownik ma prawo się spóźnić i naprawdę jeszcze nie słyszałem, żeby komuś z tego powodu coś sie stało - o ile oczywiście to nie jest zbyt częste. Nikt nie sili się na mętne teoryjki rodem z tanich powieści science fiction, po prostu nie są potrzebne, spóźnienie ma najczęściej banalne wytłumaczenie. I charakterystyczne - pracodawca czy szef najczęściej nie zrobi nam przy tym awantury. Po krótkich słowach z uśmiechem zakończy temat i dalej będzie się zachowywał, jakby się nic nie wydarzyło. Zdaje sobie bowiem sprawę, że spóźniony pracownik już jest wkurzony, po co więc zaogniać atmosferę i obniżać jego efektywność?
Jedyną konsekwencją jest potrącenie z pensji - od pierwszej minuty rozpoczynajacej następną jednostkę obliczeniową. Mówiąc po ludzku, jeśli naliczają nam pensję co kwadrans (popularny w Anglii system) to za jedną minutę spóźnienia pracujemy kwadrans za darmo. Nie wszystkim to się podoba a znam Polaków, którzy chcieli z tego powodu urządzić strajk. Zapomnieli, jak ich w takich okazjach traktowano w Polsce? A najlepiej być punktualnym, niezależnie od kraju.

big ben

Jak można spóźnić się w kraju, gdzie jest najsłynniejszy zegar świata??? (fot. BBC)

darkside

Coś dla spóźnialskich - utwór Time (czas) ze słynnej płyty Pink Floyd.

poniedziałek, 26 listopada 2007
Podaj swój kod a powiem ci kim jesteś

czyli o pewnym angielskim wynalazku

Pierwsze dni, a nawet tygodnie po przyjeździe do obcego kraju przypominają nieco studia farmaceutyczne - masa kucia na pamięć ogromnej liczby szczegółów i to najczęściej w obcym języku. Zatem adresy, najpotrzebniejsze telefony... W Wielkiej Brytanii dochodzi jeszcze jeden szczegół - kod pocztowy.
Nie znać własnego kodu pocztowego to tak, jakby zapomnieć swojego imienia czy nazwiska. Wbrew nazwie dotyczy nie tylko poczty, ale całosci życia. Pamietam, jak nie załatwiłem pierwszych spraw, bo nie znałem własnego kodu...
Kto spodziewa się w tym miejscu kilku cyfr, często obejmujących całe miasto, dawno nie był w większym błędzie. Brytyjski kod to mieszanina liter i cyfr (mądrze się to nazywa, że kod jest alfanumeryczny) i identyfikuje jego posiadacza co do domu. Większe budynki mają nierzadko dwa kody... Przeprowadźmy mały eksperyment: wejdźmy na jakąkolwiek mapę Anglii online (adresy z prawej strony na blogu) i wstukajmy pierwszy z brzegu kod, na przykład TA6 5HX. Otrzymamy dokładne wskazanie budynku, który kod wskazuje, a dla amatorów ładnych widoków możemy obejrzeć sobie jak to miejsce wygląda na mapie satelitarnej. Właśnie dlatego, że angielski kod jest taki drobiazgowy, wymagany jest wszędzie, bo to według niego prowadzi się rejestrację danych. Po grzyba tworzyć nowy system, skoro ten istniejący jest perfekcyjny...
Kod angielski składa się zasadniczo z dwóch części - ogólnej i szczegółowej. Pierwsza wskazuje hrabstwo, w którym mieszkamy i miasto. Na przykład BS to Bristol, TA to Somerset, EX - Devon - wszystko od nazw stolic (Taunton, Exeter). Następna cyfra w kombinacji z literami identyfikuje nam miasto i jego okolicę, np. TA6 to Bridgwater. Cała reszta służy do dokładnej identyfikacji adresu. Wyjątkiem jest Londyn, który ma nieco inny system kodowania: litery oznaczają kierunki świata. WC to centrum - zachód, N - północ... i tak dalej.
Może to dlatego, że kod w Londynie wprowadzono już bardzo dawno, bo w roku 1858 przez sir Rowlanda Hilla. Dopiero jednak rozwój cybernetyki, poczty i w ogóle nowoczesnego życia w epoce industrialnej przyniósł potrzebę systematyzacji kodów pocztowych - zrobiono to w latach 60. a od początku lat 70. kod wszedł do wiekszości dziedzin życia.
Czy jest to system idealny? Niektórzy sądzą, że zbliżony do ideału, a w dobie GPS - wręcz wynalazkiem na miarę XXI wieku. Możliwe, niemniej jednak są ofiary kodu pocztowego, a jest nią między innymi autor tego bloga. Kilka miesięcy temu jeden z kolegów opuszczał nasz dom i zgłosił to we wszystkich możliwych instytucjach, w tym BT (telekomunikacji). Po jaką cholerę, przecież nie miał telefonu??? Nadgorliwcy z BT wyłączyli więc telefon jedynemu jego posiadaczowi spod tego kodu czyli... mnie. Odkręcanie sprawy trwało tydzień, opisałem je w innym miejscu, a tutejsza tepsa ;) wisi mi jeszcze 150 funtów i jakoś nie kwapi się z wypłatą.
W snobistycznym społeczeństwie angielskim nawet kod może być wyróżnikiem "dobrego zamieszkania". Są kody dobre i złe - oczywiście zawsze wypada mieć na przykład WC2. Im dalej od centrum tym podobno gorzej... nie znam się na tym, moje TA6 mi w sumie wystarczy, a i tak przeżyłem niesłychany awans, bo z TA5 uważanego za "wsiowy" przeszedłem na "miejski" TA6. Że głupie? Zapytajcie się kogoś z Marek czy Janek, gdzie mieszkają. W Warszawie rzecz jasna... No i na koniec coś dla hazardzistów - istnieje w Wielkiej Brytanii specjalna loteria kodowa. Ale to już nie na moje nerwy.

bridgie

Bridgwater zidentyfikowane co do domu - źródło multimap.com

środa, 21 listopada 2007
Najlepsze kasztany są na placu Pigalle

czyli o magii haseł

Właściwie jeszcze godzinę temu miałem pisać o czymś zupełnie innym ale co się odwlecze to nie uciecze. Jeśli ktoś w tym momencie pomyśli, że w tak zwanym międzyczasie musiał mnie trafić straszliwy szlag, to się nie myli i ma u mnie piwo. Czekam jutro o 20 w The New Foresters.

Zaczęło się od tego, że zapragnąłem sobie kupić dostęp do tvn24 przez komputer. Przeliczyłem, wyszły jakieś śmiesznie małe pieniądze, więc zabrałem się z zapałem do dzieła. Już na wstępie okazało się, że jestem zarejestrowany do serwisu, pozostał mały drobiazg do przeskoczenia - hasło. Nie pamiętałem, więc przysłali mailem. Później jeszcze kilkukrotnie pytano mnie się o jakieś hasła. Bank, karta kredytowa... A skąd mam to, do ciężkiej cholery, pamiętać? Naprawdę nie wiem jakim cudem za trzecim razem udało mi się zakończyć transakcję i teraz w charakterze wielkiej nagrody oglądam sobie mętne tłumaczenia wiceministra zdrowia.

Jakieś dwa tygodnie temu było jeszcze gorzej. To wtedy, kiedy pogubiłem karty (BTW znalazły się) i musiałem dokonać procedury zablokowania przez telefon. Telefon odebrała - jakżeby inaczej - panienka z silnym azjatyckim akcentem, niech żyje outsourcing. Niezorientowanym powiem, że wiele angielskich firm ma swoje centra informacyjne w Indiach, bo tam tańsza siła robocza no i po angielsku mówią jako tako. Panienka zapytała mnie o hasło. Ponieważ nigdy ich nie pamiętam, rzuciłem standardowe, to, którego używam najczęściej. Pudło. Proszę spróbować jeszcze raz. W Anglii bardzo często do celów identyfikacyjnych każą podawać panieńskie nazwisko matki zatem zaryzykowałem. Też pudło. Na szczęście panienka z akcentem hindi zauważyła, że hasło jest zabezpieczone pytaniem kontrolnym. Jakie jest imię twojej pierwszej miłości? - zapytała słodko gejsza. - Zdzisława - odparłem. - Co??? Nie zgadza się - odpowiedziała. Nie wytrzymałem. Przecież, do ciężkiej cholery, wiem, w kim się kochałem. Czyżby mieli jakieś inne informacje? Dopiero po kilku minutach przyszło jej do głowy poprosić mnie abym przeliterował imię. Naprawdę rzutem na taśmę obroniłem własne pieniądze przed sobą...

Hasłomania nie jest typowo brytyjskim problemem, choć tutaj jest o wiele bardziej rozbudowana. Cóż, uboczne skutki pokolenia informatycznego. Zamiast chronić nas przed nadmiarem danych wtłacza się do głowy całą masę nowych i to im bardziej abstrakcyjnych tym lepiej. Kiedyś miałem jedno hasło do wszystkiego i okazało się, że to źle bo mogą mnie okraść, a nawet zabić na śmierć. Poza tym zaczęły się dziwne wymagania - jakieś znaki różne od liter, liczby, długość... Tylko w pracy, aby mieć dostęp do najpotrzebniejszych danych, muszę mieć pięć haseł i to zmienianych w cyklu miesięcznym lub kwartalnym. Ale i na to znalazłem patent. Pierwszym było "cholera". Później wstawiłem wykrzyknik. Obecnie co miesiąc dochodzi kolejny. I spokój, niech się cieszą...

Aha, jeszcze jedno. mam nowego maila. ponieważ to co dziś wyczyniała gazetowa poczta dodatkowo spowodowało mój stan bliski eksplozji, mój przyjaciel założył mi konto na g-mailu. Zapomniał tylko podać hasła. Ciekawe jak się tam dostanę... Chyba go obudzę o trzeciej w nocy, będzie miał za swoje.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście chorzy, budzicie się w nocy z suchymi ustami, biegniecie do kranu, a tam pojawia się:enter password... Tfu, obym nie wykrakał.

mi5

Siedziba brytyjskiego wywiadu MI5 w Londynie. Ci panowie bardzo lubią bawić się w hasła...

 
1 , 2

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: