środa, 03 sierpnia 2011
Globalna wioska

czyli skutki nieodpowiedzialnego pomysłu

Czasem mam nieodpowiedzialne pomysły, których skutki są wręcz szokujące. Tym razem zaczęło się od tego, że korzystając z wolnego czasu chciałem się poduczyć szwedzkiego. Jako że według mojej pani od biologii organ nieużywany zanika, czasem robię sobie takie powtórki, nadto szwedzki uwielbiam i chciałem również przyjemnie i beztrosko spędzić czas. Podręcznik i nagrania jakoś zdobyłem z neta, jednak zabrakło mi gramatyki i słownika. Udałem się zatem do wydawałoby się najodpowiedniejszego miejsca - do księgarni Waterstonesa, z reguły dobrze zaopatrzonej. W pierwszej, w Taunton, poza mało profesjonalnym ale za to wściekle drogim podręcznikiem z serii Teach Yourself, nic nie znalazłem. Pomyślałem, że lepiej będzie w mieście uniwersyteckim, zatem skorzystałem z przesiadki w Exeterze aby odwiedzić księgarnie. I znów totalna porażka - oprócz wymienionego już podręcznika znalazłem jedynie słownik Berlitza, mniejszy od paczki papierosów.
Półki z podręcznikami do języków obcych mniej więcej znam. Na samym czele dumnie znajduje się francuski, najczęściej nauczany w szkołach. Nie ma problemów także z niemieckim, włoskim i hiszpańskim, również wykładanym w tutejszych szkołach. Kłopoty zaczynają się dopiero, gdy chce się kupić coś dla zaawansowanych - z reguły lwia część to materiały dla początkujących, ale przynajmniej są porządne słowniki i gramatyki. A inne języki? Co ciekawe, nie jest trudno o materiały do języka polskiego, powiedziałbym nawet, że patrząc przez pryzmat angielskich księgarń jest to jeden z popularniejszych języków nienauczanych w szkołach. Można jeszcze od biedy znaleźć materiały do rosyjskiego lub portugalskiego.

Czemu zatem Anglicy wyrażają tak małe zainteresowanie szwedzkim czy niderlandzkim? Co prawda szwedzkim mówi niecałe 7 milionów osób, jednak jest dość powszechnie zrozumiały w całej Skandynawii - powierzchniowo 1/4 Europy. Zaczynałem zastanawiać się nad przyczynami tego dziwnego zjawiska. Nie jest nią bynajmniej niechęć Anglików do języków obcych, bo jednak w tej dziedzinie wydaje się i to sporo. Rozwiązanie chyba jest inne. Otóż, jeżdżąc po Europie, zauważyłem, że Szwecja i Holandia są krajami, w których znajomość języka angielskiego jest najpowszechniejsza. Jadąc do Szwecji szwedzki jest naprawdę mało przydatny, chyba, że podejmuje się skomplikowaną pracę zawodową. Na potrzeby życia codziennego starczy angielszczyzna. A w to Anglikom graj... Tak więc niektóre kraje są ukarane za ich nowoczesne podejście do nauczania języków obcych. Choć szwedzka muzyka jest w Anglii lubiana i ceniona, dotyczy to wyłącznie zespołów, które śpiewały lub śpiewają po angielsku - ABBA, Ace of Base, Roxette. Choć w Anglii bardzo popularna jest szwedzka literatura kryminalna - Wallandery, Nesbo czy Larsson - wystarczą tłumaczenia amerykańskie, nawet czasem nieprzystosowane do brytyjskiej ortografii.  Wygląda na to, że Szwedzi pogodzili się z tym i odpuszczają jakąkolwiek ofensywę językową. Pewnie się cieszą, że są pierwsi w wyścigu do globalnej wioski. Tylko takim malkontentom jak ja to się niezbyt podoba...

DSCF1924

Niektórym marzą się napisy w jednym języku na całym świecie...

00:03, kicior99 , języki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Skoovka i zasoovka

czyli Anglicy pozbywają się regułek

Zacznę mało sensacyjnie, i może trochę nietypowo. Otóż ortografię możemy z grubsza podzielić na fonetyczną - co przekłada się na zasadę "czyta się tak jak się pisze" oraz etymologiczną, czyli sposób, w jaki zapisany jest wyraz niekoniecznie odpowiada jego wymowie, a można z niego odczytać zmiany, które dokonały się na przestrzeni wieków. Dobrym przykładem na pierwszy typ jest język fiński - najczęściej piszemy jak czytamy, a kurs czytania po fińsku nie trwa więcej niż lekcyjną godzinę. Nic tylko się uczyć fińskiego... Język polski jest pod tym względem mieszany, z reguły pisze się jak się czyta (po opanowaniu kilku regułek, na przykład czytania dwuznaków); tylko niekiedy dylematy ortograficzne przypominają nam, że wcale nie jest tak prosto. Języki angielski i francuski odznaczają się zapisem etymologicznym, nieraz forma, w jakiej zapisany jest wyraz pokazuje, jak się czytało go wieki temu, na przykład francuski pont zanim doszedł do formy /pą/. czytał się /pons/. Z łaciny pons - most.

O ile jednak we francuskim sa jakieś reguły i zasady, angielski jest pod tym względem prawdziwą dżunglą. Jedna zasada - dziesięć wyjątków. Przyjęło się uważać, że "oo'' czytamy jak /u/. Czy rzeczywiście? Jeśli /u/, to może być krótkie, jak w wyrazie good lub długie, jak doom. W końcówkach -oor czytamy w ogóle ja długie /o/. Wyjątki to blood i flood, kiedy oo czytamy jak... a. A niedawno znalazłem śliczny wyraz brooch, gdzie "oo" czyta się jeszcze inaczej. Nie sprawdzisz wyrazu w słowniku - nie wiesz. Nauczyć małego dzieciaka czytać i pisać w tym języku jest niewspółmiernie trudniej niż po polsku i niemiecku. rzadko co da się objąć sztywnymi zasadami, w zasadzie uczy się czytania całych wyrazów plus masy regułek, przy których nasza skuwka i zasuwka to pryszcze...

W atmosferze takich jaj z w sumie całkiem, poważnej rzeczy, jaką jest ortografia, Anglicy poszli po rozum do głowy i... przestają nauczać w szkole reguł ortografii. Na pierwszy ogień poszła zasada "po e piszemy i, chyba że po "c". Dobry wybór, pochwalam, zwłaszcza że to wcale nie jest zasada pozbawiona wyjątków. Ciało doradcze w sprawie nauczania języka wysłało zarządzenie do 13 000 podstawówek. I się zaczęło. część szkół postanowiła zarządzenie zbojkotować - bo jeśli pozbawimy dzieciaki zasad to jak się będą uczyć? - pytają wykładowcy z London College. Burzy się też pani Judy Parkinson, która na temat tej zasady napisała książkę i zbiór zadań i ćwiczeń. W tym przypadku nie ma się co dziwić, zabierają jej chleb i będzie musiała znaleźć sobie inną regułkę o ile w międzyczasie nie zlikwidują wszystkich. Końca awantury nie widać...

A jaki stąd morał dla nas? Po pierwsze - nauka języka obcego przebiega inaczej niż rodzimego, i najczęściej zapamiętujemy wyraz z jego formą pisaną. Po drugie i chyba ważniejsze - przestańmy narzekać na stare dobre o z kreską... DSCF0040

Nikt przy zdrowych zmysłach nie napisze "pagurek"... Okolice Highbridge.

Fot. na licencji GFDL i Cc-by-sa-3.0

18:13, kicior99 , języki
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 sierpnia 2008
Mądrej głowie...

czyli w krainie powiedzonek

Zawsze byłem zdania, że to język wystawia najlepsze świadectwo ludziom. Obiegowe powiedzonka, o wiele bardziej efemeryczne niż uswięcone tradycją przysłowia, są doskonałym materiałem do obserwacji Anglików. Oto co wybrałem z rzeczy usłyszanych tylko dzisiaj (choć nie po raz pierwszy):

Na deszczowe dni
For rainy days - no pewnie, kto by tak mógł powiedzieć, jak nie Anglik. Po polsku - na czarną godzinę. Podejrzewam co prawda, że u nas jest mniej czarnych godzin niż na Wyspach dni deszczowych, ale pewnie się czepiam. Nawiasem - zapytałem kiedyś koleżankę, czy na deszczowe dni można zachować również olejek do opalania. jakoś dziwnie się na mnie spojrzała. Jak we fraszce Bogdana Brzezińskiego:

Rzekł pajączek do pajączki: popatrz, ja mam złote rączki!
Już uprzędłem dla was nową pajęczynę własnościową.
Będziesz pewnie bardzo rada, bo to cud, mucha nie siada!
Na to ona z gniewem wrzaśnie: A ma, durniu, siadać właśnie!


Nie zepsułeś - nie naprawiaj!

If you ain't broke - don't fix it! Pomijam już specyficzną gramatykę, wskazującą, że powiedzonko wywodzi się raczej z dołów społecznych. Kwintesencja angielskiego konserwatyzmu - po co naprawiać coś, co się nie zepsuło i w miarę dobrze funkcjonuje? Rzadko kto z moich kolegów (a nawet koleżanek) podąża za ostatnim krzykiem mody. Nie kupuje się rzeczy tylko dlatego, że są nowe. Ostatnio panikę wzbudziło zapowiedziane przez władze odejście od nadawania analogowej telewizji naziemnej. Najczęściej zadawane pytanie to: Co w tym złego? Komu to przeszkadza?

Ból w plecach
Pain in the neck. To wersja słownikowa, czy jak kto woli - soft, w mowie bardzo potocznej ten ból spływa w nieco inne miejsce ludzkiego ciała, w tym, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Powiedzenie, że coś jest bólem w plecach bliskie jest naszemu słowu "upierdliwy". Ból w plecach może powodować wszystko. Efekt wilgoci i reumatyzmu?

Wszystko tańczy i śpiewa
All singing and dancing. Coś mi świta ale z zupełnie innej parafii... Zdaje się że to jakiś prezydent chciał zaśpiewać i zatańczyć przed komisją w sprawie Rywina? Ale to nie w tym kraju. Prawdę mówiąc, zupełnie nie wiem jak to przetłumaczyć na polski, aby nie użyć tak modnego ostatnio słowa "zaj...sty". Użyłem, niech już będzie. Wypasiony, pełną gębą... Zawsze śmieszył ten zwrot, choć wskazuje on na wesołe usposobienie i nieco przekorny charakter. Czyżbym sie jakimś cudem przeniósł do Francji???

 

Po co wywalać jak jeszcze są dobre? Mimo zapowiedzi piętrusy wcale nie zniknęły z londyńskich ulic. Fot. Wiki Commons

 

Head over heels to po naszemu "na łeb na szyję" albo "po uszy" (zakochać się). Jak widać, można do różnych rzeczy wykorzystywać odmienne części ciała...
 
 
Że niby co????????????
02:14, kicior99 , języki
Link Komentarze (2) »
środa, 30 lipca 2008
Łup osinowym kołkiem!

czyli Światowi Polacy o języku kornijskim


Jak wspomniałem w jednym z ostatnich wpisów, dość mocno zaangażowałem się w Wikipedię. Do tego stopnia, że opracowałem sporo artykułów dotyczących Anglii, zwłaszczaa południowego zachodu, a także, tak dla sportu, powalczyłem o medal za tekst o języku fińskim - dodam, że z dośc sporym sukcesem. Zdążyłem również liznąć trochę życia społeczności wikipedystów. A co to ma do rzeczy? - zapytacie. Ano ma i to sporo. Wykazuje bowiem kilka faktów, o których najchętniej byśmy milczeli. Jednym z nich jest zupełne niezrozumienie dla spraw, które nie dotyczą Polski.

Kilka dni temu pojawił się głos za zlikwidowaniem hasła "Wikipedia kornijska" (pisana w języku kornijskim). Oto jak - wydawałoby się światki ludzie - komentowali wikipedię w odrestaurowanym języku walijskim:
* Zbalsamowane zwłoki
* akie coś to trzeba kołkiem osinowym; skuteczne to było w Małej Brytanii, to może i po kornijskiej stronie zadziała
* Głównie boty wzruszają tem truchłem
Żeby nie wyło wątpliwości, to głównie cytaty z wikipedyjnego guru, kogoś o nazwie Picus Viridis. I ja lubię Picusa i szanuję jego intelekt i wiedzę historyczną, nawet cięte pióro, ale tu zagalopował się i to na granicy dobrego smaku.

Język kornijski jest "z odzysku" - zgoda. Kiedyś pisałem o tym w blogu (jest w kategorii języki). Zniszczony w siedemnastym wieku, głównie zresztą za sprawą działań Anglików, odrodził się za sprawą entuzjazmu językoznawców i miłośników Kornwalii i Kornwalijczyków. Tylko po to, by jakiś Polak przypieprzył osinowym kołkiem to, czemu Anglicy (jak się okazało) nie dali jednak rady...

Jakoś nikt nie rzuca się z zębami na wikipedię pisaną po śląsku, a śląski według oficjalnego stanowiska językoznawców nie jest odrębnym językiem, a jedynie dialektem, z domieszkami innych języków słowiańskich (czeskiego, łużyckiego) i przemożnym wpływie niemieckiego. Wikipedię można tworzyć tylko w językach naturalnych lub sztucznych uznanych międzynarodowo. Trzeba dołożyć Kornwalii, bo diabli wiedzą co to za dziwo... Tymczasem jest to język coraz bardziej żywy, mający już własną literaturę. O czym oczywiście w Polsce nikt nie wie. Bo p;o co? Wa·żned że wiemy co to śląski i kaszubski (choć nie do końca). A ż wstyd mi to komentować...

 

Powitanie na ziemi kornijskiej. Fot - wikimedia commons, lic. GNU

08:53, kicior99 , języki
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Po co mówić wprost?

czyli dlaczego angielski zawsze będzie zawiły

Niedawno byłem świadkiem arcyciekawej dyskusji na blogu 17 województwo - czy cudzoziemiec, mówiący po angielsku ma prawo zwracać uwagę osobom mówiącym tym językiem od urodzenia, że go kaleczą? Ta sprawa ma tak wiele aspektów, że nie będe jej dyskutował w tym miejscu. Poszło miedzy innymi o artykuł polskiej socjolożki (och jak ja kocham tę feminizację języka....) w Guardianie, który wywołał lawinę komentarzy, głównie niepochlebnych, nierzadko szowinistycznych. Co ciekawe, wśród broniących angielszczyzny przed obcymi były osoby piszące z ogromnymi błędami ortograficznymi i gramatycznymi, co spowodowało, że zwątpiłem w szczerość obrony języka a odebrałem to jako zamach słowny na cudzoziemca (mimo że z tonem tekstu pani socjolog można polemizować).
Przy okazji wyszła na jaw ciekawa sprawa, która pewnie zainteresuje Polaków. Otóż kilka lat temu wydano walkę niezrozumiałej angielszczyźnie, najeżonej obco brzmiącymi słowami i zwrotami. Opracowano pewien standard nazwany "Plain English". Niejako przy okazji powstał zbiór wyrażeń niepotrzebnych i niepotrzebnie zachwaszczających język. Tego typu słowniki znajdziecie na internecie, adres jednego z nich podam poniżej.
Każdy język ma sporo wyrazeń i zwrotów, które własciwe są językowi pisanemu oraz pewnej nielicznej grupie użytkowników, z reguły mających wyższe wykształcenie. Takie lokalne "aczkolwiek", "aksjomaty", "synergie", "rudymenta", "priorytety", "beneficjenci" i tak dalej i tym podobne. Kampania na rzecz zrozumiałej angielszczyzny ma za zadanie wykosić te dziwactwa i spowodowć mówienie prostej jasne, bez zbędnego bełkotu.
Gdy człowiek czyta niektóre polskie teksty, czasem modli sie o taką właśnie akcję również u nas. Często pada zarzut, że nie umiemy czytać ze zrozumieniem, że nie rozumiemy słowa pisanego. Może jest to spowodowane, jak zauwazył jeden z komentatorów, tym, że w angielszczyźnie ciężar zrozumienia tekstu spoczywa na piszącym a w polszczyźnie - na czytającym? Nie wiem, choc to bardzo kusząca teoria, zwłaszcza dla czytelników, mniej dla autorów.
Ciekawi mnie inna rzecz. Otóż wiekszość z tych podanych wyrazów w słowniku jest cechą języków bardzo sformalizowanych - prawniczego, nauk ścisłych, zwłaszcza matematyki. Zwulgaryzowanie tych wyrazeń na pewno nie zawsze wpłynie pozytywnie na precyzję wypowiedzi.
I wreszcie - komu tak naprawdę przeszkadzają trudniejsze czy obco brzmiące wyrażenia? Nie chcę tu być podejrzewany o snobizm, ale węszę tu kampanię różnego rodzaju leniwców umysłowych, którym nie chce się wgryzać w znaczenie poszczególnuch wyrazów i ogólnego przesłania tekstu. Może zarzut bardzo mocny, ale coś jest na rzeczy.
Oczywiście wiem, że język jest bardzo wyznacznikiem klasowym w społeczenstwie brytyjskim. Po tym jak mówisz czy piszesz ocaniana jest pozycja społeczna - o woele bardzisj niż u nas. Są pewne zwroty, słowa, sposoby akcentowania, które sa charakterystyczne dla danej klasy i - uwaga - nigdy to nie jest język BBC!
Dlatego sądzę, że akcja "Plain English" spali na panewce, o ile to już sie nie stało. Artykuły w niektórych gazetach dalej niedostępne są czytelnikowi klasy niższej, nikt masowo i z pieśnią na ustach nie rezygnuje z pewnych wyrazów, jeśli tylko mogą pokazać, że tak mówiąc jest lepszy od innych.

A oto słowniczek ciekawszych wyrazów "do odstrzału":
zamiast mów
communicate talk
at the moment now
copmplete finish
defer delay
discuss talk about
documentation papers
excessive too many (much)
generate produce, make
immediately at once, now
inform tell

i tak dalej...

Obiecany link:

http://www.plainenglish.co.uk/alternative.pdf

wieżababel

Wieża Babel - symbol obfitiości języków i ich odmian i rodzajów.

08:06, kicior99 , języki
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 stycznia 2008
Bitch, która zdradza

czyli poznać Polaka po akcencie

Znajomy miał niedawno jakiś interes w BT - tutejszej tepsie, a ponieważ ta szacowna instytucja nie ma w ogóle biur obsługi klienta, zmuszony był sprawę załatwić przez telefon. Już po pierwszych dwóch zdaniach padło ze strony operatora pytanie czy dzwoniący jest Polakiem. Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, kolega został natychmiast przełączony do polskiego doradcy.
Ta krótka historyjka może być punktem wyjścia do wielu tematów, mnie zastanawia jej aspekt językowy - jak szybko można poznać Polaka po specyficznym akcencie? Czy urzędnicy BT są aż tak dalece wyspecjalizowani w tropieniu Polaków, czy akcent nas od razu zdradza? Czyżby wymowa angielska była rzeczywiście nie do opanowania przez Polaków? Muszę przyznać, że mnie nic podobnego sie nie zdarzyło. Owszem, mam cudzoziemski akcent ale brano już mnie za Niemca (najczęściej), Szweda, Belga, Hiszpana, Włocha... Naprawdę nikt nie powiedział, że jestem Polakiem - co dowodzi wyłącznie tego, że naszego słowiańskiego akcentu można się pozbyć. Pisząc "akcent" mam tu na myśli właściwie wymowę, a nie nacisk na poszczególne samogłoski w wyrazach...
Wymowa angielska ma opinię bardzo trudnej - i zgadzam się w tym o tyle, że jest bardziej odmienna niż trudna. Przede wszystkim nasze języki są różnej natury - co ma o tyle konsekwencje, że inaczej mamy wytrenowane narządy mowy. Polski jest silnie spółgłoskowy (społgłoski stanowią ok. 75 procent) i pod tym względem w Europie ustępujemy tylko Czechom. Angielski - wręcz przeciwnie: połowa wypowiadanych dźwięków to samogłoski! Siłą rzeczy musi być ich o wiele wiecej niż w polszczyźnie. Zgadza się. Dlatego już na wstępie zapomnijmy o a-e-i-o-u-y (nosówki ą i ę są w zaniku, więc możemy je pominąć). Gdyby policzyć dokładnie, można wyodrębnić dwanaście samogłosek, różniących się od siebie także długością (zjawisko u nas nieznane). Aby już zupełnie pogrążyć czytelnika dodam, że właściwie żadna nie odpowiada w pełni polskiej, może poza /u/, które i tak jest u Anglików dłuższe i nieco bardziej zaokraglone...
Polskie ucho trenowane jest od maleńkości do rozróżniania spólgłosek, wiec trudno nam czasem wyłapać różnicę miedzy poszczególnemi dźwiękami, a jeszcze trudniej ją wymówić. I tak powstają słynne wpadki: Polaka poznać po tym, że zamiast sheet (arkusz, prześcieradło) powie shit (tłumaczyć nie muszę), plażę (beach) zastępuje suka (bitch)...
Są i inne zjawiska nieistniejące w polszczyźnie, na przykład dźwięczne końcówki. Polak widząc wyraz "stóg" wypoowie go /stuk/ - tak samo jak ten od stukania. angielskim wymówienie dźwięcznej spółgłoski jest niezmiernie istotne. "Kit" (apteczka) to nie to samo co kid (dzieciak) przecież...
Stop, kończę nudzić, zdaje sobie sprawę, że większość z Was żywi do gramatyki jawną awersję. Jednak warto sobie uzmysłowić, czym tak naprawdę jest nauka akcentu. Nie wystarczy "śpiewać", czyli intonować odpowiednio zdań, co niektórzy sądzą i co wyczytałem niedawno na forum. Co nie znaczy, że tego się nie da opanować. Zacznijmy od zaprzyjaźnienia się z "robaczkami" czyli transkrypcja fonetyczną. Dobrze, to ja juz nic więcej nie napiszę :)

Tak wygląda obraz angielskich samogłosek na diagramie Jonesa (w postaci prostej i z odwróconym zaokrągleniem - reversed) . U nas jest tylko połowa tej obfitości.

 

Wesoła metoda nauki samogłosek.
czwartek, 03 stycznia 2008
What are you, kur..., doing?

czyli Anglicy po polsku kląć będą

Uwaga! Tekst zawiera wyrazy powszechnie uważane za. :) 
Niedawno natknąłem się na wypowiedź pewnego Polaka, Ubolewał on, że gdy spotyka cudzoziemców, którzy znali jakichś Polaków, najczęściej przyswojonym przez nich słowem jest to słynne na k. Stąd wysnuł długi monolog o upadku obycazajów i kultury w Lechistanie. Że musi z nami juz być bardzo źle, skoro eksportujemy takie właśnie słowa.
Częściowo muszę się zgodzić, "łacina" jest u nas zapewne częstsza niż u innych nacji i wystawia nam nienajlepsze świadectwo. Wejdźcie np. na You Tube i poczytajcie wpisy Polaków oraz innych narodów - nasze są o wiele bardziej wulgarne, agresywne i ekspresyjne, niż na przykład niemieckie czy angielskie. Jeśli ktoś powie, że polszczyzna daje nam nieskończenie więcej możliwości, niż mowa Szekspira, będzie miał rację, ale tylko częściowo. Owszem, w żadnym znanym mi języku nie ma takiego słowa, jak np. "zap...alać", czyli "robić coś szybko", a wiekszość niewinnych czasowników, jak np. ukraść, śpieszyć się, uderzyć, wywrócić się, wyrzucić nie ma swoich wulgarnych odpowiedników.Tylko u nas wszystko co złe sponsorowane jest przez k... nędzę. Zgoda, jesteśmy niedoścignieni, ale przecież język jest tworzony przez ludzi i odpowiada na ich zapotrzebowanie.
Nieprawda, że Anglicy nie klną. Każde polskie dziecko wie, co to znaczy fuck (cóż za niesłychane zdolności językowe tkwią w nas!), choć angielskie bluzgi w wykonaniu naszych domorosłych lingwistów pochodzą raczej z amerykańskich filmów i różne mazafaki czy sonuvabitch są w Anglii absolutnie nieużywane. 
Rzecz jasna, podane powyżej słówko na "f" (pochodzące od dźwięków podczas opisywanej czynności:) ) jest używane najczęściej i słyszy się je prawie wszędzie, choć chyba mniej eksploatuje się przy ludziach niż naszą rodzimą k... W markecie częściej spotykam tę drugą. Może dlatego, że publiczne uzywanie brzydkich wyrazów w Anglii jest o wiele cięższym wykroczeniem niż w Polsce. Prawie w każdej instytucji - u lekarza, na poczcie, na dworcu kolejowym, można spotkać się z tabliczką informującą, że używanie wulgaryzmów będzie uznane jako napaść na funkcjonariusza. W wielu miejscach pracy jest tzw. swearbox (zdjęcie obok) gdzie honorowo za każdy "kwiatek" wrzuca się umówioną kwotę, najczęściej 20 pensów. Pieniądze zebrane w ten sposób idą najczęściej na cele charytatywne. 

Może dlatego angielszczyzna nie jest tak bogata jak nasz język: najpierw surowe obyczaje wiktoriańskie, teraz metoda krótkiej smyczy... Z moich znajomych tylko Ken używa słowa fucking jako przecinka, reszta się hamuje lub używa omówień, np. effing (coś w stylu naszych "kurde, kuźwa, kurna"), sheet, shut zamiast słynnego shit, czy duck. To ostatnie słówko, oznaczające kaczkę, ma szansę zrobić karierę wśród Polaków, choć my wolimy jednak prapolskie kurczę blade. 
Angielszczyzna jest uboga pod tym względem, fakt, Podstawowych bluzgów jest niewiele i - ciekawostka - w większości są na cztery litery, czasem nawet o przekleństwach mówi się four letter words. Jednak jakby dobrze poszperał, znajdzie się np. odpowiednik polskiego "zaj...sty" (fuck-off z akcentem na "u") Trudniej niż u nas stworzyć jakąś bardziej barwną wiązankę, co nie oznacza, że to nie jest możliwe, trzeba jednak wytężyć umysł.

Ostatnio zaobserwowałem ciekawe zjawisko - fascynację polskim i bluzgami. Znam nawet kilku Anglików, którzy naszą k... dla zabawy używają zamiast rodzimych faków. Na razie dla zabawy. Zjawisko jest rozwojowe i Polska ma szansę rozszerzyć swój nader skąpy zbiór słów, które dała światowi zachodniemu. W momencie, gdy 1/3 wielu załóg to Polacy, o zapożyczenia naprawdę nietrudno. A że nasze bluzgi są łatwe w wymowie, dźwięczne i niezbyt długie, poza tym brzmią tajemniczo - istnieją wszelkie warunki, aby za kilkanaście lat Anglicy klęli po polsku. Niemożliwe? To przecież już było, w USA, zwłaszcza na południu, używa się przekleństw hiszpańskich, różnych baffanculo itp. A mówiłem zawsze, że ktoś kiedyś doceni polszczyznę.  I zrobi się jakoś bardziej swojsko...

Z kronikarskiego obowiązku - złota dwudziestka angielskich brzydkich wyrazów. Ciekawy obiekt do analizy, ze swej strony proponuję zauważyć jak nisko spadła stara poczciwa dupa... Tak u nich jak u nas.  Takie słynne słówka jak bloody czy crap plasują się pod koniec pierwszej trzydziestki. 

 

Od kogo nauczyłeś się takich złych słów? - Od ciebie, mamusiu... 

04:54, kicior99 , języki
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 19 listopada 2007
Cudowne działanie angielskiego wiatru?

czyli dlaczego ciężko nam się nauczyć języka

 

Co prawda kulminacyjna fala emigracji opadła, jednak dalej wyjeżdżamy i pewnie będziemy to czynić do końca świata (i jeden dzień dłużej - rzecz jasna). I jak dotąd w każdej spakowanej walizce znajdzie się słownik angielsko - polski i rozmówki. Dobre i to, na początek wystarczy...

Niedawno zauważyłem coś, co mnie zastanowiło. Otóż osoby, które są na Wyspach dłużnej niż rok, a nierzadko trzy lata, uczyniły szczątkowe postępy w angielszczyźnie! Owszem, to nie jest już to, co prezentowali na początku, ale jak na kilkunastomiesięczny pobyt w Anglii stanowczo za mało. "Zmieniłbym pracę, tylko moja angielszczyzna pozostawia sporo do życzenia" - zwierzył mi się niedawno jeden z kolegów. Nie chciałem być okrutny ale zgadza się, pozostawia. Ale już nie mogłem ugryźć się w język aby nie powiedzieć, że ów kolega zmarnował dwa lata pobytu na wyspie - oczywiście o ile chciał się rozwijać.

Jakie są powody, że nie odnosimy takich sukcesów językowych, na jakie liczymy? Po pierwsze angielskie powietrze. Nie, nie żartuję. Bardzo wiele osób zachowuje się tak, jakby języka mieli się uczyć z samego faktu że są w Anglii. Tymczasem angielskie wiatry, choć obfite, są wyjątkowo wredne - wiedzy do głowy nie nabijają.

Liczymy, że "liźniemy" języka z codziennych konwersacji, angielskiej telewizji, czyli, z grubsza biorąc "z klimatu". Wiele osób zapomina albo wręcz nie chce przyjąć do wiadomości, że najważniejsza jest własna praca. Bez tej o jakichkolwiek kołaczach można jedynie pomarzyć. A zacząć trzeba od rzeczy małych. Wierzcie lub nie, zapytałem niedawno ponad dwadzieścia osób, czy mają notes, w którym zapisują sobie nowo poznane wyrażenia i zwroty. Wiecie co mi odpowiedziano? A po cholerę? Przecież już to słyszałem, jakoś się zapamięta...

Dwa lata temu college w Bridgwater otworzył kilka bezpłatnych klas dla Polaków chcących nauczyć się języka. Sporo osób się zapisało, zaczęli z kopyta po czym... grupy się rozpadły. Zaczęło się od krytykowania nauczyciela, że źle uczy, że niewyraźnie wymawia, że to, że tamto. Zadałem sobie trud poznania Iona. Ponieważ nauczanie języków obcych zawsze mnie interesowało, stoczyliśmy długą dyskusję na interesujący nas temat. I wiecie co? W metodzie nauczania (komunikacyjnej, bardzo obecnie popularnej) nie znalazłem naprawdę nic złego, a sam Ion okazał się czarującym, super inteligentnym człowiekiem. Tylko jakoś nie mógł przekonać ludzi, aby odrabiali zadania domowe i przygotowywali się do lekcji... Znów liczymy na wiatr?

I jeszcze jedno. Poza metodą Callana, każda zakłada, że uczeń będzie uczył się gramatyki. Metoda Callana nie uwzględnia tego, gdyż oparta jest na ostrym drylu i powtarzaniu przez całą lekcję zdań, często bez zrozumienia. Metodę tę wynaleziono podczas wojny a była ona w zamyśle opracowana dla jeńców wojennych, ludzi bez przygotowania, którzy w krótkim czasie mieli opanować podstawy. Callan się wielokrotnie skompromitował, obecnie już raczej wiadomo, że bez gramatyki daleko się nie zajedzie. I oczywiście, wszyscy się jej uczą tylko nie Polacy. A po co nam gramatyka? Niech ans nauczą wymowy i słówek, damy radę...

Nie dacie. Dość dawno mądrzejsi od Was do tego doszli. Nikt już nie oponuje, że Słońce krąży dokoła Ziemi. Wypada też uwierzyć fachowcom - i zabrać się do pracy. Sam angielski klimat to jeszcze nie wszystko.

 

poniedziałek, 12 listopada 2007
Dyskretny urok wiatraka

czyli jak mówić po angielsku... ciałem

 

Pokłóciłem się z moim najlepszym przyjacielem. Jako że Dominik uważa się za osobę na wskroś nowoczesną, uwielbia rozmawiać przez telefon, komórkę itp. tak było i tym razem. Nawet nie zamieniliśmy słowa, dyskusja odbyła się za pomocą SMS – ów. Wystarczyło aby jedno z nas (nie ja przecież) nie zrozumiało intencji drugiej osoby i w efekcie mamy ciche dni.

Niepotrzebnie i naprawdę można było tego uniknąć – choćby rozmawiając przez telefon. Według naukowców, podczas zwykłej rozmowy słowa stanowią zaledwie siedem procent (tak!) tego co mamy do powiedzenia. Kolejne 38 procent to ton głosu i intonacja – w tym konkretnym przypadku wystarczyło, aby zapobiec kłótni... Ale łatwo zauważyć, że gdy dodamy 7 do 38 – nie wyjdzie nam nawet połowa... To co to w takim razie jest? Telepatia?

Skądże. Ta niepokojąca reszta przepada na tak zwany body language, czyli język ciała. Słyszy się czasem maksymę, ze milczenie mówi więcej niż słowa... Biorąc pod uwagę powyższą statystykę, coś w tym musi być. Komunikujemy się również za pomocą gestów, wyrazu twarzy i kontaktu wzrokowego. Unikanie cudzego wzroku mówi więcej niż słowa, które temu towarzyszą. Można powiedzieć „dziękuję” z takim wyrazem twarzy, że praktycznie znaczy to „sp...j”, prawda?

Podczas mojego pobytu na Wyspie wielokrotnie zadawałem sobie pytanie czy angielski język ciała bardzo różni się od polskiego. Na logikę – nie powinien. Dlaczego? Język ciała to pierwszy język, którym się posługujemy, ma więc swoje korzenie w potrzebach i zachowaniach niemal biologicznych, dopiero później dochodzą elementy kulturowe, wpajane przez dorosłych. „Nie gap się tak” Nie pokazuj palcem!” - kto z nas tego nie słyszał? Zapewniam Was, że mali Brytyjczycy również.

Jedna z pierwszych mało pochlebnych uwag o sobie, jaką usłyszałem, dotyczyła mojej gestykulacji. „Jak tak popatrzeć na ciebie, to jak mówisz, wyglądasz jak wiatrak” - powiedziała kiedyś Antonia. „Niektórzy twoi polscy koledzy również” - dodała, pewnie aby mnie uspokoić. Zastanowiło mnie to. Po kilkutygodniowej obserwacji rzeczywiście zauważyłem. że mówimy bardziej „rękoma” niż Wyspiarze. Przede wszystkim nasze gesty są bardziej zamaszyste. Gdy w towarzystwie chcemy coś powiedzieć, aby nie przerywać, unosimy rękę mniej więcej na wysokość ucha – to chyba efekt szkolnego drylu. Zauważyłem, że Anglik podniesie w tej samej sytuacji rękę najwyżej na wysokość piersi i wykona przy tym fest palcem wskazującym.

Podobnie jest ze wskazywaniem palcem. Nie wiem jak inni, ale ja przy tym muszę prawie dotknąć obiektu, tak coby nie było wątpliwości. Anglik nie wyciągnie zaś ręki na całą długość, przytrzyma ją zgiętą – nawet jak pokazuje przedmiot leżący w znacznym oddaleniu. Najlepiej widać to przy pytaniu o ulicę. Od Anglika uzyskamy więcej informacji słownych, od Polaka – wizualnych. „Pójdzie pan prosto, potem skręci pan w prawo” - nieraz słyszałem i równolegle obserwowałem ręce. Były opuszczone. Ja bym pewnie tak nie potrafił i wielu moich kolegów też nie...

Jeszcze jedna ciekawostka, którą zaobserwowałem – zachowanie w sytuacjach kłopotliwych, gniewie itp. Nie widziałem tu nikogo, kto gładziłby podbródek czy dotykał palcem twarzy. Powszechny gest to położenie dłoni w okolicy ucha czy wręcz na szyję.

No i nieszczęsne podawanie reki. Pracuję w angielskim biurze, do którego często przychodzą jednak Polacy. Każdy z nich wita się uściskiem dłoni, a ze najczęściej jestem wtedy zajęty, tym bardziej dostrzegam ten gest. Nie przypominam sobie bym podał rękę znajomemu Anglikowi. Nawet mój najlepszy angielski przyjaciel Roger, który wpadł wczoraj pocieszyć mnie w chorobie, ogranicza się tylko do skinienia głową, a zaręczam, jest naprawdę dobrze wychowany.

Może to dlatego że mali Anglicy mowy ciała uczeni są nawet w szkole – mają odrębny przedmiot „dramat”, na którym uczą się nie tylko Szekspira, ale i zachowywać w różnych sytuacjach. Ale i „wiatraki” mają swą urodę...

Collina

Jeśli ja mówię jak wiatrak, to co powiedzieć o sędzi Pierluigim Collinie? Ale on jest Włochem...

Papież

Najbardziej znany gest świata.

00:13, kicior99 , języki
Link Komentarze (5) »
środa, 07 listopada 2007
Jak zwał tak zwał...

czyli angielsko - francuska wojna nazewnicza

Jako dziecko bardzo lubiłem geografię, do tego stopnia, że nazwy wszystkich wysp, półwyspów, mórz, cieśnin zwłaszcza w Europie znałem na pamięć, choć na początku gorzej było z ich wymową. Z czasem przyswoiłem i to, i myślałem, że mało co będzie mnie w stanie zaskoczyć. Do czasu. Kiedyś na angielskim zostałem poproszony o opis położenia geograficznego Wielskiej Brytanii. Ano proszę. Wyspy Brytyjskie oddziela od Europy kanał La Manche... - Kanał Angielski – poprawił mnie mój anglista, wspaniały nauczyciel, Bartek Madejski (tak na marginesie – jeśli znam ten język dziś naprawdę dobrze, to głównie dzięki niemu). Możliwe że jest angielski, choć wydawało mi się, że dzielą się nim po połowie, zgodnie z regułą podziału wód terytorialnych – odparłem spokojnie. - Nie wygłupiaj się, on się nazywa Kanał Angielski – nauczyciel popatrzył na mnie dość chłodno.

Zależy, Kolejna kość niezgody między odwiecznymi rywalami. I każdy przekonuje, ze właśnie jego nazwa jest jedyna i prawdziwa. Francuzi powołują się na siedemnastowieczne słowniki, m. in. Bruzena de la Martiniere, choć przyznają, że pełna nazwa brzmi La Manche Britanique – przynajmniej tego można się dowiedzieć z francuskiej wikipedii. Samo słówko oznacza rękaw i jest odwołaniem do podłużnego kształtu kanału, choć dla odróżnienia Francuzi zmienili kanałowi rodzaj – rękaw jest męski, a kanał żeński. Słowniki podają również inne znaczenie słowa „manche”, która miałaby oznaczać pewną część męskiego ciała. Też podłużną, choć wydaje się, że nie tu dopatrywano się analogii...

Anglicy, co oczywiste, upierają się, że kanał zawsze nazywał się „angielski'. Mają mocne argumenty, łącznie z mapami Ptolomeusza, który w 2 wieku naszej ery nazwał kanał Oceanus Britannicus. Na dobre nazwa ukształtowała się w Europie w... siedemnastym wieku. Ktoś tu zatem kłamie bo Francuzi uważają tak samo.... Co gorsza, gdzieniegdzie odzywają się głosy, że słowo „manche” wcale nie pochodzi od rękawa a... jest zapożyczeniem z celtyckiego słowa „minch”, które zawsze oznaczało kanał. W tej całej angielsko – francuskiej przepychance jedno jest pewne – po stronie angielskiej mieszka o wiele więcej ludzi – około dwóch i pół miliona, przy półtora miliona ze strony francuskiej. No tak, ale Anglicy nie mają Lazurowego Wybrzeża.

A jak inni odnoszą się do tej swoistej wojny nazewniczej? Dla Niemców, Rosjan jest to Kanał Angielski. Polacy, chyba przez swą miłość do Francji, nazywają go w języku Voltaira. Hiszpanie zaś mówią na nim El Canal de la Mancha, co jest o tyle śmieszne, że ten wyraz oznacza po hiszpańsku... rdzę. Warto jeszcze zapamiętać bretońską nazwę Mor Breizh - Morze Brytyjskie.

Dziś ma to trochę mniejsze znaczenie praktyczne, bo po wykopaniu Eurodziury można przejechać z Anglii do Francji nie widząc kanału na oczy, niezależnie od tego, jak on się nazywa. Na szczęście innych rozbieżności w nazewnictwie nie ma wiele, poza tym, że Francuzi nazywają Dover Douvre a Londyn – Londres.

lamanche

Kanał z satelity. (fot. wikipedia)

Wjazd do Eurotunelu. I gdzie tu widać morze? (fot. a74-4 fotoforum)

zarze

Mocny polski akcent na Kanale la Manche. Teresa Zarzeczańska = Różanska, poznanianka, pierwsza kobieta, która przepłyneła kanał na odcinku Calais - Dover.

00:47, kicior99 , języki
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: