wtorek, 08 czerwca 2010
Dziesięciolatek przed sądem

czyli zbyt ślepe prawo


Wielka Brytania to kraj prawa. Jest ono stosowane bezwzględnie, a angielskie sądy z szacownym Old Bailey na czele nie wahają się wysłać przestępcy do ciupy w przypadkach, w których w innych krajach Europy, z Polską włącznie, stosuje się tak zwane zawiasy lub prace społeczne. I dobrze, moim zdaniem, i jest to jeden z powodów, dla których lubię ten kraj. Jest jednak jeden szczególny przypadek, kiedy serce mi się kraje i nóż w kieszeni otwiera - kiedy przed sądem dla dorosłych staje dziecko.  "Dorosłe" metody śledztwa i dochodzenia sprawiedliwości krzywią jeszcze bardziej i tak już zwichrzoną psychikę.

Tak, w Anglii wiek odpowiedzialności karnej to dziesięć lat. To i tak postęp, bo do roku 1963 było to siedem lat! Tyle zresztą jest do dziś w Szwajcarii, Szkocja jest bardziej "postępowa", no u nich sądy dla dorosłych sądzą obywateli w poważnym wieku ośmiu lat.

Nie jest to martwa litera. Kilkanaście lat temu dwóch jedenastolatków (na zdjęciu z lewej) uprowadziło i zamordowało czteroletniego Jamesa Bulgera. Przestępców osądzono, dostali karę więzienia do osiągnięcia pełnoletniości. I o sprawie zapomniano by niechybnie, gdyby nie to, że jeden z nich, Jon Venables złamał warunki, na jakich jest na wolności i znów trafił do Więzienia Jej Królewskiej Mości (tak oficjalnie nazywa się pudło w Anglii).

Niedawno Old Bailey sądził dwóch chłopców w wieku 10 i 11 lat, którzy rzekomo dopuścili się gwałtu na swej koleżance. Sprawa była grubymi nićmi szyta, w sądzie dziewczę przyznało, że część zeznań to były konfabulacje, wymyślone na potrzeby matki, aby wytłumaczyć spóźnienie do domu. Nie przekonało to jednak sprawiedliwości z perukami na głowach, chłopaków uznano winnych próby gwałtu, co wzbudziło dziką wściekłość co sensowniejszych gazet. Tylko bulwarówki pławiły się w tych pomyjach, jedynie umiejętnie podsycając nienawiść...

W takich warunkach wróciła dyskusja o sensie sądzenia dzieci przez sądy dla dorosłych. Oczywiście, partia konserwatywna była za pozostawieniem tego wieku. Co ciekawsze - tak sądził również minister sprawiedliwości (jeszcze z Partii Pracy). A child at that age should tell bad behaviour from the serious wrongdoing (dziecko w  tym wieku powinno odróżnić złe zachowanie od poważnego czynienia zła) - tę jego wypowiedź telewizja nadawała do znudzenia tak długo, aż nauczyłem się jej na pamięć.

Oczywiście po sądach nie ciąga się złodziei lizaków i gumy do żucia, a sądzi się tylko naprawdę poważne przypadki. Jednak jest ich sporo; w roku 2009 przed ukarano 6 000 dzieci w wieku 10 - 11 lat. Jednak powoli powstaje społeczny opór przeciw sądzeniu dzieci w tak młodym wieku, rodzący się głównie wśród psychologów i aktywistów. Powołano komisję, Independent Commission on Youth Crime, która ma przyjrzeć się technikom stosowanym w sądach i ich wpływowi na dzieci, a wyniki jej pracy powinniśmy poznać niebawem - jeszcze latem zostaną opublikowane.

Scena z procesu o gwałt oczyma rysownika. Grafika: The Guardian

Old_bailey

Old Bailey - londyński sąd. Tu sądzono dziesięciolatków za gwałt. Fot en.wikipedia.org

dscf0902

Im starszy budynek sądu, tym większy respekt wzbudza. Sąd w Glastonbury.

wtorek, 06 października 2009
Ostatni list

czyli najważniejsza decyzja premiera

Czy zastanawialiście się, co będzie się działo w momencie, gdy dojdzie do jakiegoś straszliwego kataklizmu, zniszczenia połowy kraju, zwłaszcza w wyniku wybuchu wojny atomowej. Krótko - gdy kraj będzie doprowadzony do takiego stanu, w którym będzie groziła pełna anarchia. Obrazowo - rząd zabity, parlament wysadzony w powietrze, Downing Street jest lejem po wybuchu bomby. Może to obecni obraz rodem z amerykańskich upiornych filmów, ale przecież takie niebezpieczeństwo stale istnieje i lekceważyć go żadną miarą nie można.

Nie wiem, jak to jest rozwiązane w Polsce choć podejrzewam, że stosowne procedury istnieją, I być może są zbliżone do brytyjskich. Jak to się robi na Wyspach? Otóż decyzje kto ma rządzić krajem i jak postępować dalej w wyniku katastrofy nuklearnej zapadają zawsze po nominacji nowego premiera. Nowa głowa rządu zaczyna od wyznaczenia na urząd premiera drugą osobę, nieznaną publicznie z imienia i nazwiska. Następnie sporządza ręcznie cztery kopie listu, zwanego "letter of the last resort", co można przełożyć, jako listy ostatniej instancji. Taki list zawiera instrukcje co należy robić, kto ma rządzić krajem, kto ma sprawować władzę, gdy premier i jego tajny następca stracą życie, a także szereg innych wskazówek.

Co dzieje się z tymi listami? Z uwagi na charakter klęski, trudno byłoby umieścić je w jakimkolwiek sejfie na ziemi. Dlatego też wszystkie cztery kopie trzymane są... na morzu. Wkrótce po napisaniu, każdy list jest przekazywany do jednego z czterech statków - niszczycieli nuklearnych, które posiada Wielka Brytania, klasy HMS Vanguard, tych samych, które wyposażone są w głowice nuklearne Trident (na zdjęciu z lewej). Tam, adresowane do kapitana okrętu i uprzednio odpowiednio zabezpieczone, spoczywają sobie w podłodze sterowni okrętu.

Co ciekawe - listy te pisane są pierwszego dnia władzy nowego premiera, który jest często gęsto zupełnie do tego nieprzygotowany. Lord Guthrie, który jest odpowiedzialny za tę procedurę, stwierdził, że gdy Tony Blair został poinformowany, co należy zrobić, stwierdził, że jest do tego nieprzygotowany i na długą chwilę zaniemówił... Czyżby więc ta w sumie najważniejsza decyzja premiera miała być podjęta w strachu przed samym sobą?

Margaret Thatcher poznaje tajniki łodzi podwodnej. Na tym zdjęciu zmaga się z peryskopem. (fot. The Daily Mail)

poniedziałek, 29 października 2007
O tym się nie gada, to się robi

czyli Wyspa nie bardzo polityczna

Czy coś się stało ostatnio u was? Rozmawiacie inaczej niż zwykle... - zapytała mnie niedawno Sue, koleżanka z pracy. Z początku nie wiedziałem o co jej chodzi. Kiedy na odmienne zachowanie zwrócił uwagę Roger, mający naturę Powolniaka z „Co ludzie powiedzą”? zacząłem się zastanawiać bardziej dogłębnie. - O co ci właściwie chodzi? Mówicie podniesionymi głosami, więcej niż zwykle, co wejdę do biura, słyszę jakieś zażarte dyskusje... już byłem w domu. A, to... kampania wyborcza. Nie dziw się...

Roger jednak się zdziwił – i nie tylko on. Ile można rozmawiać o polityce? Przecież to najnudniejsze zajęcie pod słońcem... Naprawdę nie macie ciekawszych tematów? Tego typu uwagi słyszałem niejednokrotnie. Ale gdy odmówiłem Rogerowi pójścia na jego koncert (śpiewa country w pubie i robi to naprawdę nieźle) bo po prostu jadę głosować, wcale się nie zdziwił. Ba, jako mój szef dałby mi nawet wolne z powodu wyborów. I zdaje się że kilku Polakom nawet dał jednodniowy urlop..

Nie ma w tym jednak żadnej rozbieżności. Pamiętam kampanię i wybory do Izby Gmin dwa lata temu. O tym, że kampania w ogóle się odbywa, dowiedziałem się z plakatów wyborczych, później z prasy. Jednak nie z rozmów z moimi brytyjskimi kolegami! W pracy rozmawia się o wszystkim, tylko nie o polityce. Z nielicznymi wyjątkami nie wiem nawet, kto ma jakie przekonania polityczne – wiem tylko że Ken głosuje na konserwatystów, a Matt – na labourzystów.

Przepraszam, wiem jeszcze jedno. Moja koleżanka z pracy, z sąsiedniego biurka, zaczęła kiedyś chwalić BNP – Brytyjską Partię Narodową, mówiąc, że gdy oni dojdą do władzy, położą kres emigracji i nareszcie Anglia będzie wolna.

Cóż miałem zrobić, złożyłem zażalenie na indoktrynację polityczną. Angielskie prawo wychodzi bowiem z założenia, że miejsce pracy ma być całkowicie wolne od polityki. Nie wolno wieszać plakatów wyborczych (wyjątek – informacje o wyborach, co też Polacy skrzętnie wykorzystali), prowadzić agitacji ustnej, właściwie prawodawca i pracodawcy byliby szczęśliwi, gdyby w ogóle odpolitycznić miejsca pracy.

Czym innym jest sam fakt głosowania. Na wybory iść trzeba, a hasło nie głosowałeś – nie narzekaj! jest aktualne i popularne również na Wyspie. I chyba bardziej skuteczne, bo frekwencja wyborcza sięga tu siedemdziesięciu procent. A o frekwencję się tu dba i to bardzo. Każdy, kto mieszka w danym miejscu, niezależnie od obywatelstwa i narodowości, ma prawo uczestniczyć w wyborach lokalnych – do rady powiatowej (district council) i wojewódzkiej. Biorąc pod uwagę, że dysponują one o wiele większymi budżetami, a większość spraw obywatelskich rozstrzyga się właśnie na tym poziomie, Anglicy wychodzą z założenia, że każdy ma prawo decydować, co dzieje się z jego podatkami. I usilnie namawiają do udziału. Jeden z pierwszych listów urzędowych, jakie dostałem w Anglii, informował mnie o możliwości głosowania (za dwa lata!!!) i namawiał do zapisania się na listę wyborców. Tu, gdzie mieszkam, co miesiąc przychodzi list adresowany do „mieszkańca tego domu” i informujący go o prawach wyborczych.

To dobra metoda na zwiększenie frekwencji i polecam ją polskim władzom. Nie tylko frekwencji a świadomości obywatelskiej. Bo o polityce nie trzeba rozmawiać, lepiej ją tworzyć.

ballots

Wybory w Anglii. Liczenie głosów.

 

czwartek, 11 października 2007
Udowodnij mi to palcem

czyli o danych osobowych w Anglii

Dziś w nocy w mojej pracy wybuchła mała sensacja – zamontowano nam nowy zegar do odznaczania czasu obecności w pracy. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, bo przecież w każdej firmie istnieje coś takiego, gdyby nie to, że maszyna... zdejmuje odciski palców. Przychodzisz do pracy, kładziesz paluch na czytnik a urzędnik w komputerze widzi, że już jesteś do dyspozycji. Niby proste i praktyczne ale... Wybuchła wrzawa. Czy oni mają prawo pobierać nam odciski palców? Czy w pracy człowiek ma się czuć jak na komisariacie policji? Na ile dane, jakie zgromadzi o mnie firma zostaną wykorzystane w zbożnych celach?

Nie jest to nic nowego, obecnie w kraju toczą się dwie ogromne batalie na ten sam temat. Pierwsza – to sprawa wprowadzenia dowodów osobistych. Dotychczas Brytyjczycy jakoś się bez nich obywali, w większości przypadków wystarczy dokument ze zdjęciem – prawo jazdy, legitymacja, paszport, cokolwiek. Nie ma też meldunków, a adres udowadnia się pokazując służbową korespondencję, która nań napływa – najlepiej jakieś rachunki, np. za telefon. Nie jest to proste (bo często za energię i gaz płaci się z góry i na okaziciela, wykupując limit) ale możliwe do przeprowadzenia. Dowody zawsze uważane były za wtrącanie się państwa w nieswoje sprawy. Im mniej państwo wie o swoich obywatelach tym lepiej - słyszałem wielokrotnie. - A jak coś do mnie mają to niech mnie znajdą i udowodnią. Wprowadzenie dowodów to trudna operacja, a władze chcą do tego wykorzystać najnowszą technologię, może nawet kod DNA. Dowód osobisty ma kosztować 85 funtów, które ma zapłacić państwo. Końcową datę operacji ustalono bodaj na rok 2012 ale ostatnio sprawa ucichła.

Druga sprawa to policyjna baza DNA. W Wielkiej Brytanii większość osób zamieszanych w jakąkolwiek sprawę karną ma pobierany kod DNA. Jeśli jest w sprawie niewinny, nie znaczy to, że z policyjnych archiwów znika jego kod – jest on tam na wieczną rzeczy pamiątkę. W ten sposób zgromadzono kilkumilionową bazę danych, prawdopodobnie największą w Europie. Charakterystyczne, że państwo nie chce się jej pozbyć, bo z czegoś takiego niełatwo zrezygnować, nawet jeśli nie jest to do końca czyste moralnie. Poza tym zagrożenie przestępczością, a zwłaszcza terroryzmem powoduje, że ludzie coraz częściej są gotowi na częściową rezygnację ze swych praw obywatelskich na rzecz bezpieczeństwa. Jeden z najnowszych pomysłów odnośnie wykorzystania tej bazy to wciągnięcie w nią wszystkich obywateli – będzie przynajmniej sprawiedliwie. Osobiście wielu Anglikom się to nie podoba, ale chyba są na przegranej pozycji...

Odciski palców są ostatnio pobierane nawet od uczniów w szkole! Nawet jeśli rodzice sobie tego nie życzą, nie mają nic do powiedzenia. Oficjalnie robi się to dla zwiększenia bezpieczeństwa dzieci. Jednak coraz częstsze, zwłaszcza w Anglii, przypadki kradzieży osobowości powodują że zamiast być spokojnym o nasze dziecko, mamy jeszcze jeden powód by się o nie obawiać... Cóż bowiem się stanie jeśli takie dane trafią w ręce kidnapera czy pedofila? Zaskakujące że w tej lawinie argumentów ani razu nie przeczytałem o zwykłej godności osobistej...

Mnie osobiście tak wielka ingerencja w osobiste życie bardzo przeszkadza – uważam, że, zgodnie zresztą z obowiązującym prawem jestem niewinny, a jeśli ktoś chce mnie o coś oskarżyć, niech sam mnie znajdzie i udowodni mi winę. Nie muszę podlegać upokarzającej procedurze badań daktyloskopijnych, by udowodnić, że przyszedłem do pracy na czas. Wystarczy przecież być przyzwoitym. O tempora, o mores...


id

Tak ma wyglądać angielski dowód osobisty...

Passport-Reduction-Front

i pierwsze dowcipy na ten temat.

fing

Naprawdę nic w tym złego? (fot. daily Mail)

piątek, 28 września 2007
Skąd się wzięła flaga brytyjska?

czyli ukłon w strone odrabiaczy lekcji

Zauważyłem ciekawą rzecz – na ten blog zagląda coraz więcej dzieci i młodzieży, szukając tu pomocy w odrabianiu lekcji. Ponieważ czasem mam wyrzuty sumienia, że nie zawsze znajdują czego chcą (często pojawia się np. zapytanie o niejadalne ryby czy sposób wypełniania dziennika praktyk), dziś ukłon w ich stronę i odpowiedź na jedno z najczęstszych pytań. Zajmę się zresztą wyjaśnieniem rzeczy, która mnie zawsze interesowała choćby jako kibica sportowego. Skąd taka różnorodność? Dlaczego Szkoci grają zawsze w ciemnoniebieskich strojach, co zmusiło FIFA do wprowadzenia kolorowych koszulek dla sędziów piłkarskich?

Mowa o fladze brytyjskiej, zwanej niekiedy Union Jack. Wiele osób uważa ją za najatrakcyjniejszą flagę Europy, a jej motyw bardzo często wykorzystywany jest w zdobnictwie, znajdowany nieraz w zaskakujących miejscach. Chyba drugi taki fenomen po fladze amerykańskiej. A przecież poszczególne kraje wchodzące w skład Wielkiej Brytanii mają swoje własne symbole. Zacznijmy od nich.

Flaga Anglii, zwana „Krzyżem św. Jerzego” - czerwony krzyż na białym tle. Znana jest już od średniowiecza a oficjalnego statusu nabrała w szesnastym wieku. Mówi się że pierwotnie miała chronić Londyn przed inwazją Genueńczyków, którzy napadli Londyn w roku 1190. Już w średniowieczu papieskim edyktem ustanowiono, że angielscy rycerze będą nosić na piersiach czerwony krzyż na białym tle, Francuzi – biały na czerwonym a Niemcy – żółty krzyż na niebieskim tle. Czasem – zwłaszcza przez kibiców sportowych – używana zamiennie z flagą brytyjską. Doszło nawet do tego, że kiedy Anglia zdobyła mistrzostwo świata w piłce nożnej, większość kibiców uczciło sukces... flagą brytyjską. Na wszelki wypadek rada Londynu zakazała używania obu w miejscu pracy...

Flaga Walii, czyli czerwony smok na biało – zielonym tle, zwana po walijsku Y Ddraig Goch. Aczkolwiek oficjalnego uznania doczekała się stosunkowo niedawno, bo w roku 1959, motyw smoka znany jest w Walii od stuleci. Skąd wziął się smok? Rzekomo przywlekli go Rzymianie podczas okupacji Wyspy. Według znanej legendy, czerwony smok mieł się spotkać z białym i stoczyć krwawą bitwę, by wyjść z niej zwycięsko. Co do kolorów też nie ma jasności, zwłaszcza zielonego. Jedni mówią, że to symbol dynastii Tudorów, inni – że symbolizuje pora, narodowe warzywo Walii (pisałem już o tym). Jako jedyna nie wchodzi w skład flagi brytyjskiej, gdyż w momencie jej tworzenia walia była państwem podbitym.

Flaga Szkocji – bialy krzyż (saltire) na ciemnoniebieskim tle, zwana krzyżem św. Andrzeja. W użyciu od dziewiątego wieku naszej ery, co daje jej miejsce na samym czubie tabeli. Oczywiście i z nią związana jest legenda – król Angus, otoczony przez nieprzyjacielskie wojska, został odwiedziny przez św. Andrzeja, męczennika na krzyżu, który przekonywał go o zwycięstwie. Następnego dnia na niebie ukazał się biały krzyż.

Flaga Irlandii Północnej obecnie nie istnieje, choć kiedyś był nią biały krzyż na czerwonym tle.

Z tych trzech flag stworzono jedną, znaną jako flaga brytyjska, a stało się to w roku 1606 – i już na wstępie nie wiadomo było jak ja nazywać. Często mówiono o niej „Union Jack” od imienia króla Jakuba 6, króla Skocji, który przyczynił się do jej powstania. Za jego czasów doszło do personalnej unii miedzy Anglią a Szkocją, co doprowadziło do potrzeby opracowania nowego symbolu państwowego. Flaga nie wyglądała identycznie jak dziś, była pozbawiona bocznych niebieskich pasów, a środek zdobiła irlandzka lira. W ciągu wieków flaga zmieniła się kilka razy, a ostatnią poprawkę naniesiono w roku 2003, kiedy to rozjaśniono nieznacznie flagę Szkocji.

I na koniec pytanie zadane przez czytelnika Daily Telegraph – czy można powiesić flagę brytyjską do góry nogami? Okazuje się że... tak, bo nie jest w pełni symetryczna. Jeśli obejrzycie ją uważnie, domyślicie się dlaczego...

PS. Kochani odrabiacze! Wiem, ile w podręcznikach jest o Wielkiej Brytanii i jak to jest napisane :( Jeśli macie jakieś ciekawe pytania, zadajcie je na maila kicior99@gazeta.pl.

 

jak powstała flaga

Tak powstała fjaga brytyjska.

pioerwsza

Pierwsza historycznie flaga brytyjska.

flag_british_1

Wygląd współczesny. Wszystkie ilustracje - wikipedia na zasadach licencji GNU.

niedziela, 01 lipca 2007
Po zamachu w Glasgow

czyli wyjątkowo w niedzielę.

 

Teraz rozumiem co straciłem wyprowadzając się z Polski. Rzecz najcenniejszą – spokój. Choć co prawda mieszkam w miejscowości, która raczej nie będzie obiektem terrorystycznych ataków, mam prawo się bać. Bywam w końcu w dużych miastach – Birmingham, Bristol, Exeter czy Cardiff. Tam prawdopodobieństwo ataku jest większe.

W brytyjskich mediach jak zwykle szum informacyjny i trudno się dowiedzieć czegoś naprawdę konkretnego – kto za tym stoi, kto to zrobił. W ani jednej relacji nie słyszałem i nie czytałem jeszcze jakiej narodowości bądź wyznania byli zamachowcy. Policja zazwyczaj unika publikowania takich danych, dopóki do czegoś to jej będzie potrzebne.

Podziwiam spokój z jakim Anglicy przyjęli te wiadomość. Gdy ogłaszano ją pierwszy raz, byłem w tym czasie w pubie. W telewizji leciało właśnie sprawozdanie nadzwyczajne (breaking news) i jakoś nie widziałem aby na kimkolwiek zrobiło to wrażenie. Mało kto zareagował na obraz z ekranu. Ludzie rozmawiali, pili piwo, palili ostatnie, historyczne papierosy (od dziś zakaz palenia). Jak na obrazie Bruegla „Upadek Ikara”.

Odwiedziłem Londyn kilka dni po słynnym 7/7. Pamiętam mój strach przed wejściem do metra, moje gorączkowe rozglądanie się i szukania młodych śniadych ludzi z plecakiem. Nasze (tzn moje i Michała) plecaki też wywoływały zaniepokojone spojrzenia choć na terrorystów raczej nie wyglądaliśmy. Michał uparł się, aby sobie zrobić zdjęcie przy lwach na Trafalgar Square. Zostawiliśmy plecaki na kilkadziesiąt sekund przy murku – od razu zainteresowała się nimi policja. Mniej – londyńczycy. Tu się ufa stróżom porządku i wierzy że mają oczy i uszy częściowo za nas samych.

Brzydzę się terroryzmem, jak zresztą każdym użyciem siły. Uważam że wszystko można osiągnąć drogą rozmów i negocjacji. Jaka szkoda że nie wszyscy do tego dorośli. Ponieważ popieram polityczną poprawność nie napiszę kto...

Moment wybuchu na lotnisku w Glasgow. Zdjęcie: BBC


Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: