sobota, 19 czerwca 2010
Wakacje w Anglii

czyli garść porad dla tych co chcą szybko i tanio (cz. 1)

Dziś będzie inaczej. Ponieważ wielu z was zwraca się do mnie z prośbą o garść porad "na szybko" odnośnie wycieczki do Anglii, postaram się w telegraficznym skrócie przybliżyć kilka realiów, z którymi będziecie musieli się zetknąć jako turyści. Zaczniemy od podróżowania po Wyspie.

Pociągi
, choć zostały wynalezione w Anglii, nie wszędzie jeżdżą, zwłaszcza po wielkiej likwidacji linii. Oczywiście między wielkimi miastami istnieje dobra komunikacja kolejowa, im jednak mniejsze miasto, tym gorzej. Nadto przebieg linii jest dość dziwny, bywa, że odległość 60 km pokonuje się z dwoma przesiadkami - tak jest np. między Bridgwater i Yeovil. Na szczęście na większości linii pociągi kursują co najmniej co godzinę. Nie jest to jednak podróż tania. Kiedyś jedna z bulwarówek wyliczyła, że w Polsce podróżuje się 17 razy taniej... Koleje angielskie należą istotnie do najdroższych w Europie. Jednak koszty podróży można znacząco zmniejszyć, jeśli pamięta się o kilku zasadach.

Po pierwsze, nie pchać się w dzień powszedni wczesnym rankiem - bilety na takie pociągi zawsze są droższe, taniej zaczyna się po 8.30. W weekendy obowiązuje tańsza taryfa. Warto również kupić bilet od razu w obie strony - po pierwsze dlatego, że jest on nieznacznie tylko droższy od pojedynczego, po drugie - ma formę open, a powrotną podróż można odbyć w miesiąc od zakupu biletu.

Pierwsza klasa jest zazwyczaj wzbogacona o obsługę kelnerską, ale jest naprawdę droga. W sensie taryf nie istnieje coś takiego jak pociągi ekspresowe, pośpieszne i osobowe - z reguły cena biletu jest taka sama, a jedzie się tym co aktualnie kursuje, trzeba się tylko upewnić, że staje na właściwej stacji, gdyż inaczej można zapłacić karę. Wynosi ona co najmniej 20 funtów.

Rowery można wozić za darmo, jednak z pewnymi ograniczeniami. Nie wolno wysiadać na dużych dworcach z rowerem w godzinach porannego szczytu, nadto w niektórych sieciach, w tym CrossCountry obowiązuje rezerwacja. Można nie zostać wpuszczonym z rowerem jeśli jedzie się na dziko - i mnie coś takiego się już przydarzyło.

Bilety zniżkowe dzielą się na kilka rodzajów. Dla turystów najtańsze są kupowane z dużym wyprzedzeniem, co najmniej dwutygodniowym - wtedy można zapłacić do trzech razy taniej. Każdy pociąg ma pewną pulę takich miejsc, więc warto zatroszczyć się odpowiednio wcześniej. Ponadto - jeśli myślimy o dłuższym pobycie w jednym miejscu - warto kupić bilet turystyczny typu rover, ważny na określonym obszarze (najczęściej hrabstwo lub dwa) przez trzy dni w tygodniu lub siedem w ciągu dwóch tygodni, przy czym turysta sam określa dni podróży.

O angielskich autobusach można by w nieskończoność... Autobusy dalekobieżne (coach) należą najczęściej do sieci National Express, choć są też inne. Z reguły łączą wielkie miasta, rzecz jasna, najczęściej jadą do Londynu. Duży dworzec przesiadkowy znajduje się w pobliżu lotniska Heathrow. Niestety, autobusy uzależnione są od sytuacji na dużych drogach i autostradach, co sprawia, że często się spóźniają i są mało wiarygodne. Z reguły jednak tańsze od pociągu, zwłaszcza jeśli bilet kupi się wcześniej, w kasie bądź przez internet.

Autobusy lokalne to cała epopeja. Niestety, nie zawsze da się ich uniknąć. Z reguły każde miasto ma swoją sieć autobusów podmiejskich, zwykle należących do przedsiębiorstwa First lub Stagecoach. Jako, że są dofinansowywane przez gminy, ich trasy przebiegają w sposób, który z logiką nie ma nic wspólnego - każda wieś chce mieć komunikację z miastem. Dość powiedzieć, że trasę Glastonbury - Bridgwater (21 km) pokonuje się w siedemdziesiąt minut! Bilety wyłącznie u kierowcy. W niektórych sieciach (np. w Kornwalii) istnieje możliwość kupienia dziennego biletu turystycznego, zawsze tańszego niż pojedyncze przejazdy. Warto również zwrócić uwagę na specyficzny sposób wysiadania z autobusu. Tylne drzwi nie istnieją. Na jakieś 100 m przez przystankiem należy nacisnąć przycisk, a wstać i ruszyć do wyjścia dopiero, gdy autobus stanie. Dziwne to, ale przynajmniej nikt się nie wywala.

Autostop w Wielkiej Brytanii praktycznie nie istnieje. Oczywiście ta forma podróży jest znana, ale mało kto z niej korzysta. Jeśli już ktoś zdecyduje się na stopa, musi się liczyć z długim czekaniem. Punkty, gdzie najlepiej złapać auto są takie same jak w całej Europie.

Rower to wcale niegłupie wyjście, zwaszcza jeśli chce się zwiedzać coś innego niż tylko centra dużych miast - tam jednak lepiej spicuje się autobus, a np. jazda rowerem po centrum Plymouth to rozrywka dla masochistów. Można go wozić koleją, poza tym w Anglii istnieje dobry system turystycznych dróg rowerowych i niezła obsługa tej gałęzi turystyki: mapy, przewodniki, informacja itp. Z reguły nie płaci się ekstra za rower, a rowerowe parkingi są prawie wszędzie. Przy większych trasach rowerowych, jak np. Tarka Trail czy Camel Trail istnieją wypozyczalnie rowerów. (cdn)

dscf1222

Angielskie wybrzeże ma swoje uroki...

DSCF0001a

Na trasie rowerowej Bristol - Land's End

sobota, 29 sierpnia 2009
Ci niestraszni brytyjscy turyści

czyli jak naprawdę wypoczywa się na Wyspie

Tradycyjnie latem w gazetach, nie tylko zresztą tych żądnych sensacji, pojawiają się artykuły narzekające na brytyjskich turystów. Że zachowują się karygodnie, sikają do fontann i robią wiele innych rzeczy, których tu nie opiszę, bo ostatnio z ogromnym zaskoczeniem dowiedziałem się, że blog jest popularny wśród, hmmm, młodszej młodzieży. Pewnie krakowiacy dorzuciliby tu kilka pieprznych historyjek. To umówmy się, że ja mogę się zrewanżować podobnymi o Polakach w Albionie, gdzie nawet nazwy trunków będą zbliżone i... przystępujemy do dzieła.
Wypoczynek zagraniczny jest w Anglii letnim standardem. Najtańszą jego formą są wczasy, zwane tu package holiday, które w swej ofercie zawierają kompleksową obsługę turysty i są bardzo tanie; nad Morze Śródziemne można wyjechać już za trzysta funtów, zatem jedną trzecią najniższej pensji miesięcznej. Nic dziwnego, że tę formę spędzania urlopu upodobała sobie niższa klasa - robotnicy, robotnicy wykwalifikowani, często młodzi. Nastawieni na luz i beztroskę, a przy tym raczej niespecjalnie obyci ze światem, zachowują się jak potrafią, często nie jest to zbyt wiele.
Od kilku lat spędzam wszystkie urlopy na Wyspach Brytyjskich. Przyznam się, że początkowo bałem się tej sławetnej hordy barbarzyńców, pierwszy urlop, spędzany w Walii, to początkowo ciągły strach czy mi nic nie zginie, czy nie zniszczą namiotu itp. Po pewnym czasie, wypełnionym rozmowami i obserwacją, zrozumiałem, że mi tu nic nie grozi i - co ważniejsze - pojąłem również dlaczego. Otóż w kraju wypoczywa zupełnie inny typ turysty - klasda średnia, rodziny z dziećmi itp. Przede wszystkim dlatego, że urlop w Anglii nie jest wcale tani. Z dojazdem, wycieczkami, wyżywieniem, wychodzi minimum 300 funtów na osobę na tydzień, i to przy niepewnej pogodzie, a od dwóch lat nieustającym deszczu. Żeby tak odpoczywać, trzeba mieć pieniądze i, co jeszcze ważniejsze, konkretny cel. Anglia naprawdę nie jest idealna do uwalenia się na plaży w dzień i dyskotek w nocy. Wymaga o wiele większego wysiłku intelektualnego, znajomości historii i dość specyficznej wrażliwości na piękno. Efektem jest zupełnie inny gatunek turysty, świadomego i wykształconego. Spotykałem wielu ludzi. Byli wśród nich rodzice, pragnący pokazać dzieciom ich kraj, samotni romantycy z plecakiem, miłośnicy przyrody. Każdy z nich miał swój cel i z żelazną konsekwencją go realizował na miarę swoich możliwości.
Co najciekawsze, do tej pory nie miałem ani jednego zajścia z brytyjskimi turystami; ostatniej nocy jeden z chłopców biegnąc za piłką zahaczył przypadkowo o mój namiot. Znalazłszy piłkę wrócił i poprawił umocowanie. Nikt nie chlał po północy, na polach biwakowych i w hotelowych pokojach po dziesiątej panowała cisza. Nie zauważyłem smietnisk, porozrzucanych papierków ani nic z tych rzeczy. Może jednak warto zrewidować niektóre stereotypy?

dscf0368

Za kilka funtów można wypożyczyć rower i spędzić jeden dzień inaczej. Wycieczka na szlaku rowerowym Camel Trail w Wadebridge.

dscf0122

Oni też nie rozrabiają, bo przyjechali tu w zupełnie innym celu. Surfiści w Newquay.

dscf0134

Jak się znudzi plaża, można zagrać w mini-golfa na trawniku za naprawdę niewielkie pieniądze.

dscf0110

Ja bym po tym nie wszedł nawet metra do góry. Receptą na angielską turystykę jest zasada: Dla każdego coś miłego. Gdy warunki naturalne podrasuje się innymi atrakcjami, żaden urlop nie jest zmarnowany.

dscf0119

Królowa wypoczynku - plaża. Zwróćcie uwagę na idealny porządek.

dscf0173

Spokojnie i rodzinnie... Niedzielny poranek w Padstow.

dscf0354

Pole namiotowe w Windmill. Ci młodzi chłopcy wesoło i dość głośno rąbią stare palety na ognisko. Zabawa skończyła się punktualnie o dziesiątej, a rano zaskoczył mnie idealny porządek.

Fot. autora na podwójnej licencji GFDL i Cc-by-sa-3.0. Autor pozwala na wykorzystanie pod warunkiem podania źródła.

I jeszcze wyjątkowo złośliwa piosenka o brytyjskich wakacjach w stylu unisex - Blur.

 

czwartek, 05 lipca 2007
Jak wylądowaliśmy w londyńskich krzakach

czyli na Wyspie pod namiotem

Skoro już o turystyce się zgadało – zakończę te wakacyjne tematy, zwłaszcza że letni run na Wyspę już się zaczął, prawie pół Polski ma kogoś w Anglii (drugie pół – w Irlandii) i następuje zainteresowanie tematami wakacyjno – sypialnymi, bo nie wierzę że każdy ma warunki, aby u siebie gościć rodzinę. Zaczniemy od najtańszej formy noclegu...

Najtaniej wychodzi oczywiście namiot. Choć... Dwa lata temu pojechaliśmy z Michałem na kilka dni do Londynu i postanowiliśmy nocować w namiocie. Korzystałem z wydanego dwa lata wcześniej dobrego przewodnika z serii „Time Out”. Nie wiem, dlaczego uznałem podane informacje za wiarygodne i aktualne, pewnie dlatego że wychowany jestem na rzetelnych przewodnikach niemieckich. No i zaczęło się. Pierwszego wieczora pojechaliśmy na Hackney. Zamiast pola namiotowego zastaliśmy ogromna polane prawie w centrum miasta. Byliśmy tak zmęczeni że wycieczkę do drugiego pola namiotowego darowaliśmy sobie. Spaliśmy na dziko na obrzeżach tej polany. Rano obudził mnie obwąchujący i obszczekujący namiot prawdziwy londyński pies. Następnej nocy postanowiłem sprawdzić opisany w przewodniku camping na Acton. Jak tam nic nie będzie to cie zabiję! - wściekał się Michał. Z metra wysiadłem w miarę spokojny – do campingu prowadziły znaki. Tyle że na znakach się kończyło. Również pozostałości po campingu zlikwidowanym rok czy dwa alta wcześniej. Szczęśliwie Michał mnie nie zabił, spaliśmy w warunkach zbliżonych do poprzednich. Trzeciego campingu – Leo Valley – nie mieliśmy odwagi już sprawdzać... W przypływie desperacji zaproponowałem rozbicie namiotu pod Big Benem (jak ten na zdjęciu, który stoi tam podobno już siedem lat) ale Michał tylko postukał się znacząco w czoło. Nie wiem czemu, kiedyś biwakowaliśmy w centrum Passau...

Jednak nie znaczy to że w Anglii nie można spać pod namiotem. Owszem można, tylko warto przed wyjazdem zaopatrzyć się w aktualne dane. W atrakcyjne rejony turystyczne (np. północna Walia czy Szkocja) możemy jechać w ciemno, zawsze coś znajdziemy, choć tamtejsze campingi są małe, kameralne, i często w sezonie nie ma już na nich miejscach. Ceny – od 5 do 15 funtów, w niezłych warunkach sanitarnych. Gdzieniegdzie znajdziemy campingi darmowe, nawet nieźle utrzymane. Jeśli nie boimy się towarzystwa owiec, które czasem pasą się wśród namiotów – można zaryzykować. Owce to nie niedźwiedzie, wałówki nam chyba nie wyjedzą.

Najodważniejsi będą i tak biwakować na dziko. I tu trzeba uważać. Bezkarnie można rozbić namiot – i to absolutna nowość, nieznana np. W Polsce – na terenie parku narodowego. Ziemia należy do państwa (rzadkość w Wielkiej Brytanii) i nikt się nie czepia. Jednak straż ochrony parku poleca biwakowanie z dala od szlaków (nieoznakowanych) i uczęszczanych dróg. Niestety, to reż nie ochroni nas przed owcami. Biwakując na polu wypada – a nawet trzeba – poprosić o zezwolenie gospodarza. Za symboliczne pięć fontów można u niego pomieszkać, zapewni dostęp do wody i toalety. Nocując w taki sposób zwiedziliśmy całą północną Walię i – co najważniejsze – nie byliśmy jedyni.

Nie ma też w Wielkiej Brytanii schronisk górskich w sensie polskim. Szkoda bo zawsze kochałem schroniska za ich niepowtarzalną atmosferę. Są przybytki YHA (ichniego PTSM, ważna polska legitymacja) z atmosferą zbliżoną do naszych, dużą salą jadalną i masą wycieczek. Noclegu na podłodze nie praktykuje się. Warto wcześniej zarezerwować miejsca, ceny – od 10 funtów za osobę wzwyż. W Szkocji w górach można spotkać górskie budy zwane emergency shelters. Warunki w nich spartańskie, ale nocleg jak najbardziej darmowy.

wal

W parkach narodowych wolno rozbijac naioty - ale czy warto? Czasem trzeba.

BNevis2

Ben Nevis, najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii - wbrew pozorom da się zaliczyć bez noclegu pod chmurką.

środa, 04 lipca 2007
Kupujemy policyjny hełm
czyli o pamiątkach z Anglii

Stoją na półkach, najczęściej zakurzone i zapomniane, a swą funkcję pełnią tylko, kiedy je czyścimy. Inne, bardziej praktyczne, służą nam na co dzień, jak popielniczka czy otwieracz. Jeszcze inne cieszą nas czas jakiś, po czym się kończą, na przykład butelka wina. Ale największą frajdę sprawiają,kiedy je kupujemy. Pamiątki z wypraw i podróży.

Dla mnie kupno pamiątki jest obowiązkowym zwyczajem, który celebruję z radością i namaszczeniem podczas każdego wyjazdu. Zresztą zawsze to lubiłem, stąd moje polskie mieszkanie zawalały zawsze masy proporczyków (na odznaki miałem nawet specjalną matę), koszmarnych ryb znad Bałtyku czy górskich ciupag. Lata minęły i większość z tych pamiątek uważam za bezguście – ale pamiętam okoliczności nabycia prawie każdej z nich – co oznacza że nawet figurka rekina ze Świnoujścia (tak...) zdała egzamin.

Często pytają mnie, jaką pamiątkę kupić z Anglii. Wbrew pozorom sprawa jest bardzo prosta, a wybór zależy tylko od gustu, wieku i zasobności portfela osoby. Najłatwiej oczywiście w Londynie – od miniaturek Big Bena, gwardzistów królowej, piętrowych czerwonych autobusów (które niestety odchodzą w niebyt...) az po koszulki i kubki z emblematem metra. Osobom o niecodziennych gustach można polecić damskie majtki ze znakiem londyńskiego metra i słynnym napisem mind the gap w odpowiednim miejscu Ponieważ nie wszyscy znają angielski wytłumaczę że mind the gap oznacza „Uwaga na rozstęp (miedzy peronem i pociągiem)” i jest tekstem powtarzanym przez megafony niemal na każdej stacji londyńskiego metra.

Łatwo jest również w Szkocji czy Walii. Oba kraje bardzo dbają o tożsamość narodową i naprawdę nietrudno o cokolwiek, co zawiera narodowe elementy, choćby godło czy flagę. Sklepy z pamiątkami są w tych krajach z reguły duże i atrakcyjne. Można kupić ręcznik z flagą walijską czy śliczne dresy czy bluzy sportowe z napisem CYMRU (Walia) czy SCOTLAND. Pisząc te słowa używam podkładki pod mysz z walijską flagą. Bardzo modne są obrusiki lniane (mogące występować w roli ręczników kuchennych czy ściennych makatek) z zabytkami walijskimi czy szkockimi. Ze zwierząt królują owce no i oczywiście czerwone smoki walijskie. W Szkocji - co chyba naturalne - można kupić kilt lub pamiątkową kobzę – najłatwiej rozpoznawalne symbole tego kraju. Eleganckie panie dostaną biżuterię ze znakami narodowymi – najczęściej w bardzo dobrym guście.

Kolejna grupa pamiątek to tzw. ogólnobrytyjskie – i tu też nie ma narzekać. Co się najbardziej kojarzy z Anglią? Deszcz i herbata rzecz jasna. Parasolek i herbaty tu nigdy nie zabraknie – jak i kubków, filiżanek itp. z angielskimi symbolami. Oczywiście zawsze w modzie będzie hełm policyjny bobby'ego, piłka do rugby czy czapka gwardzisty Jej Królewskiej Mości. Świetnym prezentem będzie słoiczek pomarańczowej marmolady Hartley'a, który ma jedną wadę – szybko się kończy.

Wybierając pamiątki warto mieć na uwadze, ze te same rzeczy mogą mieć różną cenę. Michał uparł się kupić policyjny hełm przed Downing Street (siedziba rządu Wielkiej Brytanii) i zapłacił pięć funtów. Ze łzami w oczach oglądał później identyczny hełm w m małym sklepiku na Acton – za dwa... Miejmy na uwadze również że większość tych suwenirów wyprodukowano w Chinach i innych krajach azjatyckich, o rdzennie brytyjską pamiątkę tu nie tak łatwo. Cóż, globalizacja. Inna rzecz to trwałość tych bibelotów. Moja pamiątkowa popielniczka z symbolem londyńskiego metra skorodowała po niespełna miesiącu...

Dla mnie jednak największą wartość mają pamiątki znalezione, bądź pozyskane w sposób naturalny – rozmaite ciekawe kamienie, liście czy inne wytwory natury. Z ostatniej wyprawy do Northampton przywiozłem korę brzozy (w moim regionie nie rośnie) i... zapalniczkę zapomnianą przez moje Słoneczko...

bobby

Za taki hełm Michał zapłacił pięć funtów a nie dwa.

tea

Pamiątkowy zestaw angielskich herbat. (zdjęca - witryny internetowych hurtowni pamiątkarskich)

wtorek, 03 lipca 2007
Od Yorku do New Yorku

czyli dokąd jeżdżą Anglicy (i nie tylko)

Kiedyś przed londyńskim Tower spotkałem polską wycieczkę. Był to szkolny wypad do Londynu aby uczcić zakończenie podstawówki. Szybko nawiązałem kontakt z dzieciakami i ich śliczną opiekunką. Jak im się podoba w Londynie? Bardzo. Co wiedzą o miejscu, które zwiedzają, o jego znaczeniu dla kultury europejskiej? Niewiele. A co widziały w Polsce? Eeee, Polska, a co w niej ciekawego? Czy wiedzą że Wawel jest ciekawszy od Tower? Nie, bo nikt nie był... A kto zn nich był w Warszawie? Trzy osoby.

Ale wakacje były na pewno atrakcyjne. Tyle że – moim zdaniem – krzywdzące dla tych dzieci. W Anglii nie organizuje się takich masowych spędów do atrakcyjnych miejsc na świecie. Jeśli dziecko jedzie z wycieczką za granicę, to najczęściej do Francji, uczyć się francuskiego i obserwować. Każde ma dziennik podróży, w którym wypełnia odpowiednie rubryki, zamieszcza opisy, zdjęcia, zasłyszane historie, wpisuje poznane słówka. Inaczej – i mądrzej.

Anglicy nie lubią specjalnie podróżować. Może zniechęcili ich do tego w dzieciństwie? Nie wiem. Różne statystyki podają, że ponad połowa mieszkańców UK nie była nigdy za granicą - w czterdzieści procent jestem w stanie uwierzyć. Jeśli już jadą, to do zdecydowanie cieplejszych krajów. Oto najczęstsze cele wakacyjnych podróży Anglików (dane za 2003 rok):

Jak widać przodują kraje ciepłe, bliskie i oczywiście USA, wobec których Anglicy cały czas odczuwają kompleksy – dopóki tam nie pojadą. Znajomy, który wcześniej zagraniczne jedzenie znał tylko z chińskich knajpek, po powrocie ze Stanów stwierdził, że nie ma to jak good old England... Księgarnie pelne są różnorakich przewodników po całym świecie. Znalazłem wczoraj książkę – curiosum No holiday – 100 najgorszych miejsc do spędzania wakacji. Oczywiście zaraz sprawdziłem czy jest tam Polska – autorzy nie polecają Oświęcimia ze względu na nadmierną komercjalizację i upolitycznienie miejsca. Ale z pobieżnej lektury wynikało, ze najważniejsze dla Anglika są spokój dobre warunki sanitarne, dopiero później atrakcyjność miejsca.

Oczywiście podróżują też po Wielskiej Brytanii – ale nie w takich ilościach, jak by się można było spodziewać. Będąc w miejscach naprawdę atrakcyjnych turystycznie (Snowdonia, Stonehenge, Greenwich, Dover) rzadko widziałem rodziny z plecakiem, raczej przeważała zagranica. Raz, owszem, spotkałem takich, przy zejściu ze Snowdonu. Londyńczycy. Przodem szedł tatuś, jakiś kilometr za nimi słaniała się reszta rodziny – mama i nastoletnie dzieciaki, przeklinające ojca w zywe kamienie za głupie wakacyjne pomysły.

Stąd też mało schronisk górskich i schronisk młodzieżowych – choć też są. Anglicy najczęściej wyjeżdżają nad morze, którego oczywiście mają do wyboru do koloru – od zimnego Morza Północnego po oceaniczne wybrzeża Kornwalii. W modzie są duże ośrodki – Blackpool, Brighton, choć sporo ciągnie do małych ślicznych miasteczek kornwalijskich. Przejazd w lipcowy sobotni ranek autostradą M5 w strone Kornwalii to koszmar! Najczęściej wypoczywają w wynajętych domkach, karawanach (choć nie tak często jak Holendrzy) czy na kwaterach zwanych tu bed and breakfast. Od pewnego czasu popularną formą jest coś, co w Polsce uważa się za typowo komunistyczną formę wakacji – wczasy, po ichniemu zwane package holidays. Oczywiście w lepszych warunkach niż w osławionych ośrodkach FWP.

clif2

Słynne białe klify Dover, widoczne przy dobrej pogodzie z drugiej strony kanału la Mancjhe - w Dover. Jeszcze do niedawna - przed wybudowaniem Eurodziury, ten widok witał większośc przybywających morzem do Anglii.

kucyki

Jazda na osiołku to dla małych Anglików podstawowa rozrywka na plaży. (foto www.pbase.com, własne)

niedziela, 10 czerwca 2007
Brytyjskie DO i DON'T

czyli co warto a czego nie warto w UK - oczwiście wybór nader subiektywny, można się kłócić :)

DO

przejedź się London Eye

zjedz śniadanie angielskie

pocałuj ukochaną osobę o zachodzie słońca na przystani

Wejdź na Snowdon

Zrób sobie zdjęcie z bobbym

Przejedź się rowerem po Kornwalii

spróbuj Cornish pasty

odwiedź car boot sale - angielski pchli targ

Spróbuj cały dzień porozumiewać się wyłącznie po francusku :)

cornish pasty

Moja miłość do cornish pasty (pieroga kornwalijskiego) jest powszechnie znana. W pracy wszyscy pilnują abym tego nie jadł :) Kiedyś napisze o nim wiecej. (fot. public domain)

DON'T

Nie oglądaj Stonehenge, nie warto

Nie podróżuj autobusami dalekobieżnymi (korki!!!)

Nie wsiadaj do londyńskiego metra w godzinach szczytu

nie wieszaj psów na brytyjskiej kuchni :)

Nie używaj roweru w centrum Londynu

Nie czytaj The Sun czy też The Daily Sport

Nie myśl że mincemeat to mięso :)

 

shen

Stonehenge. Chyba niczym sie tak bardzo nie rozczarowałem, choć teraz juz patrze na to nieco inaczej i byc może kiedyś tam wrócę... (fot. public domain)

 


Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: