sobota, 05 czerwca 2010
Wielki apetyt

czyli Anglia na Mundial

Jeszcze się nie zaczęły, a już piłkarskie mistrzostwa świata widoczne są wszędzie. I na nic powtarzanie do znudzenia, że piłka w wykonaniu reprezentacyjnym Anglików nie interesuje. Prawda jest trochę bardziej złożona, mocna liga rekompensuje w pewnym sensie słabą reprezentację. Ale w tym roku jest inaczej: Anglicy eliminacje przeszli jak burza, oczekiwania w związku z tym są ogromne. Słychać to w rozmowach, widać na ulicach - poniższe zdjęcia nie powstały dalej niż 200 m od mojego domu...

dscf0987

Tak wygląda samochód kibica. Takich aut będzie przybywać.

dscf0988

W każdym sklepie - obowiązkowo - stoisko z pamiątkami.

dscf0997

Wszystkie puby przyjmują odświętny wygląd i zapraszają na transmisje. Dla nich to złote żniwa.

dscf0956

Na obiad - sałatka Trzy Lwy. Zaraz, skąd to znamy... Polscy piłkarze są do zupy. W tym roku niestety tak.

dscf0992

Wszystkiego dobrego, Anglio!

18:22, kicior99 , sport
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Walka o popiół

czyli krykietowe święto

Jest niewiele momentów w roku, kiedy sportowa Anglia - czyli prawie cała - pochłonięta jest czymś poza piłką nożną. Tak co prawda będzie już coraz częściej, bo Brytyjczycy wydają się być na serio pochłonięci organizowaną za trzy lata olimpiadą, ale na razie najbardziej rozbudza wyobraźnię jedno wydarzenie: The Ashes. Po polsku - prochy, popioły. Niezorientowany nie domyśli się, że chodzi o krykieta.
Czymże są owe rozgrywki o tak niezwykłej nazwie? To doroczny, tradycyjny cykl tzw. test meczów w krykieta, rozgrywany miedzy Anglią i Australią. Test mecz to pewien najwyższy standard rozgrywek w tej dyscyplinie sportu, dany tylko najlepszym, a może toczyć się aż pięć dni! Całe Ashes składają się z pięciu takich meczów, a rozgrywki trwają zwykle ponad miesiąc ...

Dlaczego właśnie popioły? I co to ma wspólnego z krykietem? Aby wyjaśnić tę tajemnice, musimy się cofnąć do roku 1882, kiedy to Anglia na własnym terenie dostała ostro po tyłku od Australijczyków. Porażkę przeżywano boleśnie, a poczytna gazeta The Sporting Times wydrukowała nawet artykuł w formie nekrologu o treści: Nieustającej Pamięci angielski krykiet poległ na stadionie Oval 29 sierpnia 1882 roku, serdecznie opłakiwany przez przyjaciół i znajomych. RIP. Ciało zostanie skremowane i wysłane do Australii.

Nic dziwnego, że następny test mecz został określony przez prasę brytyjską jako "wyprawa po prochy". Podczas meczu w Melbourne kapitan Anglii otrzymał ad grupy kobiet pamiątkową urnę, w której znalazły się prochy spalonego kija do krykieta. Jak zwykle pojawiły się teorie spiskowe - Aborygeni uważali, że w trumnie znalazły się prochy zmarłego krykiecisty. Po śmierci kapitana drużuyny urna trafiła do muzeum sportu przy Marleybone Cricket Club. Od tamtego czasu owa urna - a w zasadzie jej replika - jest trofeum, o które walczy się co roku; na przemian raz w Anglii, raz w Australii.

Z kronikarskiego obowiązku dodam, że jak dotąd w historii turnieju prowadzi Auastralia (130 zwycięstw); Anglicy wygrali 95 razy. W tym roku Ashes są jeszcze w trakcie i jeszcze nie wiadomo, kto wygra, obecnie wynik jest mniej więcej remisowy - raz wygrała Anglia, raz Kangury, raz był remis. I choć coraz częściej pojawiają się głosy, że krykiet w tej formie jest nienowoczesny, nużący i nieprzystający do naszych czasów - jakoś nikt nie spieszy się z głęboką reformą. Wprowadzono co prawda krótkie mecze, tzw. formułę twenty20 (czyt. twenty-twenty), ale formy Ashes to nie zmieni. Ot, tradycja.

Paul_Colingwood_ashes_2009

Rozpoczęcie turnieju w Cardiff.

(fot; THUGCHILDz Francium12 Wikimedia Commons na lic. Cc-by-sa-3.0)

Walka o popiół
01:24, kicior99 , sport
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 listopada 2007
Oni umieją przegrywać

czyli Anglicy za burtą Mistrzostw Europy

Wczoraj wieczorem wpadłem do pubu jedynie z zamiarem wypicia pinty Guinnessa. Skorzystałem jednak z możliwości obejrzenia meczu roku - jak tu szumnie zapowiedziano - Anglików i Chorwatów. Nie dlatego abym jakoś specjalnie lubił piłkę, wyrosłem z tego dość dawno, zawsze byłem kibicem koszykówki i narciarstwa, ale uwielbiam obserwować ludzi w ich naturalnym środowisku. A dla Anglika naturalnym środowiskiem jest pub, zwłaszcza, kiedy pokazują w nim mecz piłki nożnej lub rugby.

Sytuacja była klarowna - Anglicy, aby mysleć o zagraniu w Austrii i Szwajcarii, musieli ten mecz co najmniej zremisować. Jak się zaczęło - wiemy. Po utracie drugiej bramki, mniej więcej w piętnastej minucie, w pubie zrobiło sie cicho. Optymistycznie z reguły nastawieni Anglicy nie wierzyli własnym oczom. Nie działa magia Wembley, drużyna gra ospale, pokracznie. Cień tej Anglii, którą pamiętamy jeszcze sprzed kilku lat. Drużyna bez celu, motywacji, zżarta i zdemoralizowana wielkimi pieniędzmi z Premiership nie jest w stanie wykrzesać z siebie wiele - i tak do czterdziestej piątej minuty.

Anglicy mają może futbol we krwi, ale wbrew pozorom wcale nie są tak fanatyczni jak południowcy. Już przed przerwą wielu kibiców stwierdziło - to koniec. Złośliwe oklaski, kiedy fatalnie broniącemu tego wieczora Carsonowi udało się złapać piłkę. W przerwie w telewizji produkowali się fachowcy, ale mało kto ich słuchał. Ludzi interesuje widowisko sportowe a nie gadające głowy, tak samo jak u nas.

Nieco rezonu kibice odzyskali po przerwie, kiedy drużyna zapewne dostała niezły opieprz od trenera MacLarena, który właśnie żegnał się z pracą. Ale obiektywnie trzeba powiedzieć, że karnego, bardzo zresztą wątpliwego, dla Anglii, wyśmiali - co nie przeszkadzało im cieszyć się z bramki. Ale - co ciekawe - nawet wyrównujący gol Croucha nie tchnął w nich wiele optymizmu. Może zamówili dwa piwa więcej...
Nie widziałem zwycięskiej bramki dla Chorwatów - byłem wtedy w toalecie. Słyszałem tylko głuche jęknięcie. I potem tę ciszę... Gdy wróciłem na miejsce, leciała właśnie powtórka. Co rzuciło mi się pierwsze w oczy, to absolutna pokora, nie było jakiegoś zbiorowego darcia szat, najwyżej kilka mocnych słów, że MacLaren to twat - i to wszystko. Zresztą szefostwo angielskiego związku piłkarskiego doszło do tych samych wniosków, bo wywalili go zaraz następnego dnia.

Jakże więc zdumiałem się, kiedy rano czytałem polskie fora dla emigrantów. Umówienie się ze znajomymi na wypad do pubu na mecz 5 min. Paczka papierosow a'20 (na nerwy) + kilka piw £30 Widzieć miny 200 Anglików kiedy przegrywają na nowiutkim Wembley z Chorwacją i przegrywają awans do Euro 2008 - bezcenne:)
I tak dalej, i w ten deseń. Zastanawiam się, jak długo jeszcze właśnie tak będziemy odreagowywali los emigranta? Jakie to małe, śmieszne, żałosne. Zapewniam, choć Anglicy znani są z wyjątkowej agresji na stadionach, poza nimi zamieniają się w grzecznych, fachowych kibiców. I nie mszczą sie tak za swe niepowodzenia. Co polecam niektórym (mieniącym się za inteligentnych) pod uwagę.

McLaren

Ten pan - Steve macLaren - stracił dziś pracę... Niezakwalifikowanie sie Anglii do ME przyniesie federacji ok. miliarda funtów strat.

hazety

Prawdziwa histeria wybuchła tylko w gazetach. (fot. daily Mail)

01:47, kicior99 , sport
Link Komentarze (9) »
wtorek, 23 października 2007
Smutny koniec zabawy jajem

czyli jak Anglicy przerżnęli tytuł

 Wczoraj rano wszystko było inne niż zwykle. Brian, sprzedawca w zaprzyjaźnionym sklepie płytowym, przywitał mnie z kwaśną miną. Zawsze gadatliwy, tym razem trudno było z niego wydusić słowo. Nie ma chłopak dnia – pomyślałem. Ale i inni spotykani w mieście angielscy znajomi byli jacyś markotni i nie w sosie. Ki diabeł? - pomyślałem. Jako że noc spędziłem z nosem przy ekranie a później komputerze, nie miałem pojęcia, że chodzi o katastrofę narodową. Zwłaszcza że mój nastrój po przegranej PiS był nieco inny. W nieświadomości poszedłem do domu a sprawa wyjaśniła się dopiero, gdy czytałem gazetę.

Anglia płacze, Anglia jest w swoistej żałobie. Reprezentacja kraju nie obroniła tytułu mistrza świata w rugby – w finałowym meczu przegrała z Republiką Południowej Afryki 6:15. W ojczyźnie tego sportu porażkę odebrano jak potwarz. Oczywiście winny szybko się znalazł – był nim australijski sędzia wideo (w rugby sędziowie mają możliwość wydania decyzji po obejrzeniu nagrania sytuacji), który nie uznał Anglikom rzekomo prawidłowego przyłożenia w decydującym momencie meczu. Kalosz i tyle.

Skrzydłowy Mark Cueto miał szansę być bohaterem narodowym Anglii. Była 42 minuta meczu i wynik 9:3 dla RPA. Cueto zbliżał się do linii końcowej, naciskany z tyłu przez Afrykanerów. Przed samą końcową linią został zaatakowany, toteż na zejście do przyłożenia miał ułamki sekund. Gdyby je wykonał, Anglia wyszłaby na prowadzenie 10:9. Niestety, sędziowie dopatrzyli się przekroczenia linii... Zdjęcia w gazecie nie pozostawiają wątpliwości – werdykt sędziego był błędny.

Tym, którym opis ten nic nie mówi, wyjaśnię, ze w rugby chodzi o to, aby (nie tak jak w piłce nożnej) umieścić piłkę (tak, to jajo...) za linie końcową przeciwnika. Należy to zrobić, przykładając ją reką, będąc całym ciałem w obrębie boiska. Inny sposób zdobywania punktów (ale tylko z rzutów wolnych, zwanych tu karnymi) polega na przekopaniu piłki ponad poprzeczką. Patrząc na polskich piłkarzy zastanawiam się czasami, dlaczego to nie my jesteśmy mistrzami świata w rugby – akurat tę umiejętność opanowali perfekcyjnie...

Ta sytuacja będzie się śniła angielskim kibicom po nocach, podobnie jak Polakom nieprawidłowo zdobyta bramka przez Gerda Muellera na MŚ w 1974 roku. Tak obojętnie koło tego przejść się nie da, zwłaszcza w ojczyźnie tego sportu. Powstało on w dziewiętnastym wieku w Anglii a ściślej – w miejscowości Rugby (między Coventry a Northampton). Zaczęło się to rzekomo tak, że podczas meczu piłkarskiego niejaki William Webb Ellis zamiast kopnąć piłkę, chwycił ją w ręce i pobiegł do bramki, tworząc nowy sport. Początkowo rozwijał się tylko we Anglii, z czasem zyskał uznanie na Antypodach i w Europie. Od przyszłych igrzysk jest to sport olimpijski, ale a okrojonej wersji. Bo trzeba powiedzieć, że istnieje kilka odmian zabawy tym jajem – dwie najważniejsze to Rugby Union (formuła, w której rozgrywa się mistrzostwa świata) i nieco bardziej brutalna Rugby League. W Polsce też gra się w rugby, a jakże, kiedyś namiętnie chodziłem na mecze Posnanii, co spowodowało, ze nie nudzę się w pubie, gdy wszyscy gapią się w ekran i mniej więcej wiem dlaczego kibice reagują tak a nie inaczej

Rugby do najłagodniejszych sportów nie należy. W Anglii mawia się „piłka nożna to dżentelmeński sport dla bandytów a rugby – bandycki sport dla dżentelmenów” - i jest w tym sporo racji. Ale przynajmniej sędziowie powinni być dżentelmenami...

cueto1

Kontrowersyjna sytuacja, króea Anglikom będzie się śnić przez lata niczym koszmar... (zdj. daily mail)

ruugg

Rugby fgrą dla delikatnych panienek ma pewno nie jest...

03:57, kicior99 , sport
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 lipca 2007
Olimpiada na pustyni?

Czyli czy Anglicy w ogóle interesują się sportem?

Może zaszokuję wszystkich, ale uważam że największy sukces sportowy na Wyspach Brytyjskich odniósł... pies. Gdy w roku 1966 w Wielkiej Brytanii rozgrywano mistrzostwa świata w piłce nożnej, zginęła Złota Nike. Przez przypadek znalazł ją buszujący w śmietniku kundel i tak oto uratował najcenniejsze trofeum sportowe na świecie...

Kiedy szóstego lipca dwa lata temu ogłoszono decyzję o przyznaniu Londynowi organizacji letnich igrzysk olimpijskich w 2012 roku, akurat byłem na przerwie. Na wiadomość zareagowałem spontanicznie: Jak można przyznawać organizację Igrzysk krajowi, który w ogóle się nie interesuje sportem? Powiedziałem to głośno, po angielsku i przy Anglikach, którzy na co dzień zawzięcie dyskutują o meczach piłki nożnej czy krykieta. I wyobraźcie sobie – zgodzili się ze mną...

Jak to? - zapytacie. A piłka nożna? Anglia była mistrzem świata a liga angielska wywołuje największe zainteresowanie na świecie. A rugby? A krykiet? A żużel? Zapewne podacie takie nazwiska jak Sebastian Coe czy Linford Christie, nie wspominając o Garrym Linekerze czy Kevinie Keaganie. Powszechne wyobrażenie o Wielkiej Brytanii jako kraju wybitnie usportowionego jest przemożne.

Widzę to nieco inaczej. Nasz sportowy przegląd zaczniemy – jakże by inaczej – od prasy. W wielonakładowych dziennikach lżejszego kalibru, jak The Sun, The Daily Mail, czy nawet The Independent sport koncentruje się na piłce możnej – i to wyłącznie w wykonaniu angielskim, może z wyjątkiem wielkich imprez międzynarodowych jak mistrzostwa świata. Na drugim miejscu jest bardzo popularny krykiet, na trzecim rugby i... to właściwie koniec. Nawet takie ważne imprezy jak mistrzostwa świata w koszykówce czy siatkówce a więc grach jak najbardziej międzynarodowych, nie są w ogóle opisywane w większości dzienników. O mistrzostwach świata w pływaniu pisze się w tonie alarmistycznym: co się stało z brytyjskimi pływakami? Wielka Brytania jest chyba jedynym państwem w Europie, który nie ma dziennika ogólnosportowego, w którym opisane byłyby najważniejsze wydarzenia bieżące ze świata, takiego jak nasz Przegląd Sportowy, francuska L'Equipe czy włoskie Corriere dello Sport. Jeśli ktoś chce poznać wyniki np. narodowej ligi koszykówki, to ma problem, a przecież grają tam „na emeryturze” takie gwiazdy kosza jak Scottie Pippen.

A czym żyją Anglicy oprócz piłki nożnej (o której będzie jeszcze wiele razy)? Oczywiście krykietem – sportem narodowym, znanym w różnych wersjach od szesnastego wieku. Nie będę tu tłumaczył skomplikowanych zasad gry, ograniczę się tylko do stwierdzenia że najbardziej przypomina baseball (choć i to jest nadużycie). Największa gwiazda tego sportu – Andrew Flintoff jest prawie tak samo popularny jak David Beckham. Oczywiście w Anglii i krajach – byłych koloniach angielskich (bo tylko tam właściwie się krykiet uprawia). Na igrzyskach Wspólnoty Brytyjskiej to najważniejsza i najbardziej prestiżowa gra zespołowa.

Drugą jest rugby, które powstało również w Anglii a ściślej – w miejscowości Rugby (między Coventry a Northampton). Legenda głosi, że podczas meczu piłkarskiego niejaki William Webb Ellis zamiast kopnąć piłkę... chwycił ją w ręce i pobiegł do bramki, tworząc nowy sport. Dziś skończyłoby sie pewnie na czerwonej kartce :) Pewnie nieraz widzieliście fragment meczu rugby w telewizji i może zbulwersowała was brutalność tej gry. Ale w Anglii mawia się „piłka nożna to dżentelmeński sport dla bandytów a rugby – bandycki sport dla dżentelmenów” - i coś w tym jest.

Nie jest popularny na wyspach sport masowy. Chłopcy co prawda kopią piłkę jak na całym świecie, czasem widzi się uprawiających krykiet, ale właściwie sport w Anglii nie cieszy się popularnością. Więcej biegaczy niż w parkach Londynu widziałem w Warszawie, nie ma zbyt wiele zawodów otwartych czy półotwartych. Może dlatego że Brytyjczycy sportu nie cenią? To kto będzie oglądał tę olimpiadę?

 

wembley
Najnowocześniejszy stadion Anglii - nowe Wembley. Tu również będą odbywac się zawody olimpisjkie. Po starym Wembley nie ma już śladu. (foto - fotoforum.gazeta.pl)

 


Eddie Edwards - taki angielski Małysz a rebours. Gdy wszyscy skakali 120 metrów - on robił 70. Taka jest pozycja brytyjskiego sportu...

 


Rhona Martin - złota medalistka olimpijska sprzed czterech lat. W curlingu Wielka Brytania (zwłaszcza Szkocja) jest potęgą. Jednak myliłby sie ten, kto by pomyślał że za tym idą wielkie pieniądze. W dwa lata po zdobyciu złotego krążka Rhona była praktycznie bez środków do zycia... (wszystkie zdjęcia sportowe - serwis times online)

 

 

 

00:12, kicior99 , sport
Link Komentarze (10) »

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: