czwartek, 06 sierpnia 2009
Angielski karp a sprawa polska

czyli dlaczego mam już dość tego bloga

Odszedł karp. Nie, nie zdechł, ani nie umarł a właśnie odszedł. W zasadzie była to karpica, ważyła 29 kg i była największą (złowioną) rybą w Anglii. Ta wiadomość obiegła świat, pisze o niej dzisiejsza Wyborcza i portal gazeta.pl - nie będę się więc powtarzał. Oczywiście w pracy był to jeden z tematów dnia, jako że pracuję w łowiącym towarzystwie, prawie na równi z rychłym rozpoczęciem rozgrywek piłkarskich i meczem krykieta z Australią "The Ashes". O młodo śniętej rybie piszą wszystkie gazety i w zasadzie powoli wszyscy mają tego rybska dość...
Z ciekawości zajrzałem na gazetowe forum, zobaczyć co o tym angielskim wakacyjnym ogórku myślą Polacy. Oto jedna z wypowiedzi:

Ci to mają porypane we łbach, karp im zdechł a oni żałobę narodową robią, ale co tu się w sumie dziwić, jeżdżą lewą stroną, prowadzi pasażer, ciągle mają obowiązujące przepisy dotyczące ścigania czarownic, wodę ciepłą mają w innym kranie niż zimna itp itd, zacofany, zabobonny i mało inteligentny narodzik, lekko rzecz ujmując, więc niechaj się zapłaczą nad tym karpiem...

Zacytowałem tylko jedną wypowiedź, ale jest ona symptomatyczna - takich i podobnych zdań na polskim necie jest sporo. Wiecie co myślę w tej chwili? Szlag mnie trafia. I to wcale nie dlatego, że od dwóch lat (z przerwą) staram się przybliżyć Polakom angielską kulturę, tak egzotyczną i niezrozumiałą, nawet wśród mieszkających tu emigrantów. Nie dlatego, że przemierzyłem setki kilometrów, między innymi po to aby zrozumieć, a potem wytłumaczyć innym, mając po drodze kupę frajdy z odkrywania czegoś nieznanego, smakowania, tak, jak się po raz pierwszy smakuje nieznaną, egzotyczną potrawę. Wcale nie. Trafia mnie dlatego, że dziesiątki, ba, setki takich wysiłków idą na marne. I widać to nie tylko w postach, ale w zachowaniu ogromnej grupy Polaków, nie tylko w Anglii, ale w zasadzie w każdym kraju, do którego pojadą. Przekonanie o wyjątkowości, najlepszości - a wszyscy inni poszli w buraki. Brak najmniejszego wysiłku intelektualnego, by zrozumieć, że ktoś może być inny, że kogoś może nie interesować wieczna pyskówka w Sejmie, a na przykład śmierć ryby - legendy. Ehhh... chyba zakończę tego bloga, bo przekonanych nie przekonam, a reszty tym bardziej...

Benson (1)

Benson w pełnej krasie (fot. http://www.gofishing.co.uk)

I piosenka jak najbardziej a propos.

sobota, 24 maja 2008
Znów wpadłem w nałóg...

czyli zaczynam oświecać :)

To też zaczęło się niewinnie... jak zresztą wszystko. Poznałem kogoś na forum, przeszliśmy na tak zwany komunikator, gadka-szmatka... i padło stwierdzenie, które - jak się później okazało, wywróciło kilka moich najbliższych tygodni, a może o wiele więcej..."Przecież o tym twoim Bridgwater nie ma ani słowa na Wikipedii!". Sprawdziłem, faktycznie, nikt nawet nie zadał sobie trudu założenia hasła. "To dlaczego tego nie zrobisz?" - padło następne pytanie. Niegłupie w istocie. Korzystam (ostrożnie!) z tego źródła wiedzy bardzo często, biorę stamtąd masę, to może by tak raz dać coś z siebie? Zwłaszcza że mechanizm znam, udzielam się od czasu do czasu w siostrzanym projekcie, "Nonsensopedii".

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Napisałem coś o Bridgwater, nawet nieźle wyszło, wysłałem i... Jak to się kiedyś mawiało, chapnęła mnie nie lada zdziwka. Połowa linków, które zamieściłem, okazała się nieaktywnych! Mówiąc po ludzku, nikt nie zadał sobie trudu, aby skrobnąć kilka słów o masie rzeczy, które dla mnie, mieszkańca Anglii są oczywiste, a na pewno interesują również ludzi mieszkających w Polsce! Swego hasła nie miały nawet tak duże czy znane miasta jak Weymouth czy Newquay! Chcąc niechcąc przejrzałem następne hasła - bywało że włos jeżył mi się na głowie...

Po pierwsze dlatego, że nasza Wikipedia, choć uznana za jedną z większych w świecie, jest niesamowicie polonocentrczna. Jej twórcy koncentrują się na naszym polskim piekiełku, można znaleźć najmniejszą duperelę dotyczącą pięknego Kraju Przywiślańskiego, z nazwiskami sołtysów włącznie, natomiast reszta, prawdę mówiąc, leży odłogiem. Ponieważ wikipedia popularnością przerasta wszystkie encyklopedie książkowe, czyni to z niej źródło nader niewiarygodne, a co gorsza, ukazujące nasze polskie kompleksy. Zadałem sobie trud pobuszowania po innych wikipediach. Kraje, o których zwykle mówi się, że są nastawione bardzo szowinistycznie, maja dział wiedzy o świecie zrobiony nieco inaczej, na przykład Niemcy.

Było jeszcze jedno, co mnie zaniepokoiło. Owszem, znalazłem sporo wpisów dotyczących miast angielskich. Bardzo często jednak była to robota Wielkich Polaków Zdobywców. "Tu bylim..." Aby nie być gołosłownym, podam, co zastałem pod hasłem "Bodmin": - miasto w środkowej Kornwalii w Wielkiej Brytanii. Dzięki utworzonej strefie ekonomicznej o nazwie Walker Line Industrial Estate jest sporym zapleczem gospodarczym dla mieszkańców środkowej Kornwalii. Bodmin jak każde inne brytyjskie miasto przyciąga naszych rodaków w poszukiwaniu pracy. W mieście najliczniejszymi grupami są mieszkańcy powiatu świdnickiego (woj. dolnośląskie) oraz województwa kujawsko-pomorskiego. Do ciężkiej cholery, czy to jest najważniejsze? Kogo szukającego jakiejkolwiek informacji o Kornwalii obchodzi Świdnica? No ale my poza polskie piekiełko nie potrafimy wyjść...

Zabrałem się przeto do roboty. Napisałem kilka artykułów, dotyczących głównie miast, stacji kolejowych, potraw, masie haseł nadałem bardziej ludzki kształt i... wpadłem na całego. To niesamowicie wciąga, nawet do granic nałogu.

I co ważniejsze, w światku wikipedystów panuje wspaniała atmosfera. Popełnię błąd, nie wiem czegoś - mogę liczyć na to, że to ktoś poprawi (byle by hasło było wysoko na liście edycyjnej). Poza tym zawsze można znaleźć chętnych do pomocy na kanale IRC. Dlatego, mimo masy zastanych tu bzdur - wierzę w wikipedię. I pędzę obrabiać następne angielskie hasła...

Mój profil na wikipedii

pulpit

Bridgwater ma własne hasło!

 

 

Oślepiony nauką? Śpiewa grupa Foreigner
piątek, 16 maja 2008
W białych rekawiczkach

czyli plotkujemy po angielsku

Znów mnie nie było czas jakiś... Pokićkało mi się to życie, muszę przyznać, że w wielu dziedzinach nie spodziewałem się takiego obrotu spraw... Ale powoli wychodzę na prostą, mam nadzieję że dopisze ten najważniejszy czynnik, bez którego nie układają się pozostałe i będzie git. To znaczy, będąc w Anglii powinienem raczej powiedzieć cool...
Tak się czasem zastanawiam, jakie różnice kulturowe powodują to, że nam w Anglii jest tak ciężko? Że nie potrafimy się zgrać z tubylcami? Że wiecznie nam jest źle? Czasem wychodzi mi, że inaczej pojmujemy samodzielność i niezależność. Tak się złożyło, że mieszkam sam i trochę tego mam dość. Nieco wcześniej pojawiła się perspektywa zamieszkania z kimś razem, na zasadzie przyjacielskiej ale... Właśnie. Już to raz przerabiałem... Na samym początku mojej angielskiej przygody mieszkałem z kolega przywleczonym z Polski, Michałem - prawdę mówiąc on sam się przywlókł. Zamieszkaliśmy w miejscu, gdzie było sporo Polaków. I zaczęło się. Nie będę podawał tu wszystkich określeń, jakimi byliśmy obdarzani, część czytelników bloga zna dramatis personae i sytuacje, jakie powstawały. Niejedna gorzką pigułkę musieliśmy przełknąć, mieszkając w jednym pokoju. Było jasne - dwóch facetów mieszkających razem to od razu geje.
Jeśli myślicie, że Anglikom do głowy nie przyszło, że może nas coś łączyć, to jesteście w błędzie. Jakieś dwa lata temu dostałem zaproszenie na wesele. "Ale przyjdź z partnerem" - poproszono mnie. Muszę przyznać, że mnie zamurowało. Przede wszystkim dlatego, że język angielski nie precyzuje płci i słowo "partner" może oznaczać kogokolwiek. Poza tym wszyscy wiedzą, że jestem sam... krótkie rozpoznanie wykazało jednak, że rzeczywiście myślą o Michale. "Ale przecież mnie z nim nic nie łączy" - wykrzyknąłem z oburzeniem. Riposta natychmiastowa: "A czy musi? Mieszkacie razem, przyjaźnicie się, nie wnikam w to co was łączy poza tym..." "Wieczne kłótnie" - odpowiedziałem machinalnie, bo faktycznie żarliśmy się o wszystko, a że Michał wyrywny jest, bywały nawet niewielkie rękoczyny... Jednak pomny, że mogę spotkać kogoś mojej narodowości, na wszelki wypadek przyszedłem sam. No i zaoszczędziłem kilku osobom powodów do dalszych plotek...
Anglicy to plotkarze - często sie słyszy i jest w tym sporo racji. Jednak sposób, w jaki się tu plotkuje, odstaje nieco od tego co znamy z nieco innych realiów. Zgadza się, pani Jones, która chwilę wcześniej mizdrzyła się do pani Smith, pięć minut później podczas przerwy na papierosa dokumentnie obrobi jej tyłek. Podejrzewam, że to bardziej natura kobiety niz Angielki... Tyle że z tego zupełnie nic nie wynika. jakoś nie słyszałem, aby podobne plotki wpłynęły znacząco na życie towarzyskie. Jeśli pani Jones woli kobiety, to mimo ze pani Smith zrobiła sobie z tego niezłe używanie, przy najbliższej okazji zaprosi ją z przyjaciółką.
Mimo ze nie cierpię plotek, ten angielski system podoba mi się o tyle bardziej, że - mimo iż bardziej dwulicowy - nie powoduje takich strat jak znana nam plotka oparta na zawiści, zazdrości i podgryzaniu. Pewne rzeczy, zwłaszcza wszelakie odmienności, zawsze budziły ciekawość i były obiektem dyskusji. Podobnie było, jak jednemu z moich kolegów, Anglikowi, umierała zona. Wszyscy o tym wiedzieli, mówiło się o tym sporo ale... Sydney nigdy nie odczuł, że jest obiektem zainteresowania. A gdy już było po wszystkim, nikt nie narzucał się z kondolencjami, zostało to przyjęte jak najbardziej naturalnie. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że prawie równolegle coś podobnego odbywało się w polskim środowisku, w gronie bardzo bliskich mi osób. Nie wiem, ile lat jesteśmy za Murzynami ale za Anglikami - sporo...

Moje pierwsze miejsce zamieszkania. Z różnych powodów zdążylismy je znienawidzieć... (fot. dunster.net )

 

jak się czuje Polak w Anglii - wiadomo. A Anglik w Nowym Yorku? O tym śpiewa Sting. 
wtorek, 22 stycznia 2008
Kolejny kozioł ofiarny

czyli Schengen w charakterze koszmaru

Od kiedy jestem na Wyspie, staram się regularnie śledzić tutejszą prasę - cóż, skrzywienie zawodowe, tego pewnie nigdy sie nie pozbędę. Do mojej egzystencji zawsze potrzebne mi były tony papieru, dzienniki radiowe, a ostatnio kanały telewizji informacyjnej. Zawsze też wśród natłoku informacji staram się wyłowić te mówiące o Polsce - stara miłość nie ma szans pokryć się rdzą. I o ile ich ilość jest raczej przyjemną niespodzianką, jakość może przyprawić o kilka chorób, z których tak ostatnio modna dyspepsja jest najłagodniejszą...
Dyżurnym tematem pojawiającym się w odniesieniu do Polski jest oczywiście emigracja, i to od początku naszego przystąpienia do Unii Europejskiej. Piszą o tym gazety z lewa i prawa, a im większy szmatławiec, tym bardziej sensacyjne informacje o biało - czerwonym potopie. Na początku straszono najazdem dziczy, rozwojem mafii, później, gdy okazało się, że to strzał kulą w płot, przerzucono sie na statystyki, że wiecej nas, coraz więcej... I nic to, że najczęściej statystyki były naciągane albo ich interpretacja na pograniczu urojeń paranoika. Trzeba było krwi.
Gdy fala emigracji zaczęła opadać (czego bulwarówki, rzecz jasna nie raczyły zauważyć), byłem ciekaw, gdzie znajdą sobie kolejnego chłopca do bicia. Długo nie musiałem czekać - no jasne, przystąpienie Polski do układu Schengen. Zbyt łakomy kąsek, aby przejść obok niego spokojnie. Otwarcie granic musi siłą rzeczy powodować napływ kolejnych imigrantów, rzecz jasna nielegalnych i ze Wschodu.
Dzisiejszy Daily Mail (za którym czytelnicy bloga pewnie już się stęsknili) informuje o pięciuset nielegalnych emigrantach przechwyconych przez niemieckie siły policyjne i przygraniczne. żródło informacji - nie do końca wymienione z nazwy porządkowe siły niemieckie. I później znamienne zdanie "Ale związki policyjne przestrzegają, że prawdziwa liczba jest o wiele wyższa, co znaczy że tysiące mogą zmierzać do Wielkiej Brytanii, od kiedy od Polski nie dzieli już granica".
Trudno o bardziej perfidną manipulację. W ostatnim zdaniu przetłumaczyłem "since the border(...) was scrapped" jako zniknięcie granicy, w oryginale jest "zdrapana". Daje to czytelnikowi iluzję dziury w ziemi, braku jakichkolwiek przeszkód w dostaniu się nielegalnego emigranta z - dajmy na to - Czeczenii - do Polski. Hulaj dusza!
Gazeta "zapomniała" dodać, że aby Polska znalazła się w Schengen, musiała spełnić bardzo silne rygory zabezpieczenia granicy wschodniej przed nielegalną emigracją. Nie informuje czytelnika, że system kontroli jest tak dokładny, że pozwala nawet na śledzeniee ruchów zwierząt przez granicę. Dlaczego? Bo to czytelnika nie zainteresuje, strach jest ważniejszy niż konkrety...

No i te tysiące zmierzające do Wielkiej Brytanii. Krótka pamięć redaktorów popularnego brukowca nie pozwala na przypomnienie sobie drobnego faktu. Otóż Wielka Brytania nie jest członkiem Schengen. Ma to ogromny wymiar praktyczny: pozwala krajowi zabezpieczyć granice jak chce, bez oglądania się na zewnętrzne regulacje. Jeśli do kogokolwiek można mieć uzasadnione pretensje, to do brytyjskiego rządu i Immigration Office, że nie korzystają z przysługujących im praw. Schengen jest tu najmniej winne. Oczywiście w artykule nie znajdziemy o tym ani słowa.
Kiedy na Wyspie nie pojawią sie oczekiwane przez szmatławce tysiące nowych emigrantów, pewnie znajdzie sie następny kozioł ofiarny. Ciekawe co - lub kto - nim będzie?

plumb

Jedno z najsłynniejszych zdjęć ostatnich lat. Otóż Daily Mail postanowił zbadać ilu jest polskich hydraulików w Londynie . W ciągu godziny zebrał ich osiemdziesięciu i strzelił im taką oto pamiątkową fotkę. jak oni sa wszyscy hydraulikami to ja jestem konstruktorem statków kosmicznych...

wtorek, 15 stycznia 2008
Huzia na Anglików!

czyli gdy nas coś boli...

Niedawno macierzysty portal otworzył blog o Anglii, pisany wspólnymi siłami czytelników gazety.pl. Tytuł - "Ci dziwni Anglicy". Żadna konkurencja, raczej pozycja zaprzyjaźniona, czytana przeze mnie nieraz z ogromną ciekawością, Wam polecam również. Generalnie blog opowiada o tym, jak my widzimy Anglików, co nas u nich śmieszy, dziwi, zastanawia. Z początku myślałem, że będą to jakieś ciekawe, dyskusyjne spojrzenia, że będą się ścierać punkty widzenia, tymczasem...
Obraz po przeczytaniu tych kilku wpisów niestety nie wystawia najlepszego świadectwa, tyle że nie Anglikom, a nam - Polakom. Bardzo często oparte jest na zasadzie "cudze chwalicie (a w tym przypadku: krytykujecie) - swego nie znacie". Czegóż zatem możemy sie dowiedzieć z tych kilkunastu wpisów? Że Anglicy lubią plotkować. Że mają bałagan w domu. Że godzinami oglądają TV. Że źle się odżywiają. Że są dwie Brytanie - do "czterdziestki" i "po czterdziestce".
Słowem - nihil novi sub sole. Wszystko już było, jest lub będzie, również w tym miejscu, przejawia się w codziennych i conocnych Polaków rozmowach, tak naprawdę jeszcze nie natknąłem się na nic bardzo odkrywczego. Gorzej - przecież ten sam zbiór zarzutów można by z powodzeniem postawić mieszkańcom większości krajów w Europie: Duńczykom, Niemcom, czy nawet Finom, z tą różnicą, że ci ostatni odżywiają sie zdrowiej. Przeczytajcie te tematy jeszcze raz - czy Polacy sa również bez grzechu? Przecież to samo co pani Jones powiedziała pani Smith mówi pani Ruhanen do pani Ojaniemi, pani Kowalska pani Nowakowej, czy Frau Schulz do Fraulein Schmidt - bo taka jest natura kobiety, a od bab większymi plotkarzami są tylko faceci. Cock-up w pokoju u Johna czy Dave'a nie rózni się niczym od bajzlu w moim pokoju :) Każdy jest tak samo wtopiony w telewizor niezależnie czy ogląda uutiset, news, journal czy poczciwy dziennik.
Martwi mnie co innego - większość wpisów ma w sobie ledwie kamuflowaną złość, Schadenfreude, czasem wręcz nienawiść. Naiwnością byłoby rzecz jasna oczekiwać obiektywizmu od autora zbiorowego, zresztą redakcja zakładając taki blog założyła zapewnie, że dostanie wypowiedzi emocjonalne, będace efektem nieraz nieudanego życia na Wyspach. Wychodzi frustracja...
Zaraz zaraz. Przecież sami wybraliśmy sobie ten kraj, sami tu przyjechaliśmy, nikt nas pod karabinami i ciupasem w samolot nie wsadzał. Dokonując pewnego życiowego wyboru wiedzieliśmy, że jedziemy tam, gdzie jest inaczej. I to wcale niekoniecznie tak jak chcemy. Że każdy naród ma prawo do bycia innym, niekoniecznie lepszym... Na czymś w końcu polega tożsamość narodowa. A skoro już wybraliśmy - cierp ciało skoroś chciało. Od nas oczekuje się tylko jednego - mądrego kompromisu.
Mnie też wiele rzeczy się w Anglii nie podoba. Nie wszystko w wyspiarskiej mentalności jest klarowne, nie wszystko godne pochwały. Nie wpadam w zachwyt mówiąc o Albionie, czego wyraz dałem wielokrotnie w tym miejscu. Nieco nieskromnie ododam, że od autorów większości wpisów różni mnie jedno: chcę zrozumieć. Groźne jest tylko to, czego nie pojmujemy. Nie zawsze mi się to udaje, nigdy nie pojmę, dlaczego sąsiad rozwala chodnik wiertarką udarową w niedzielne południe czy dlaczego grupę młodych ludzi z sąsiedztwa mieszkających razem (15 - 17 lat) częściej odwiedza policja niż rodzice.
Zawsze jednak w tym myśleniu staram się wykroczyć poza narodowe stereotypy, bo moim zdaniem powstały one właśnie z niezrozumienia. Nie dziwi mnie więc polska bylejakość, angielski konserwatyzm czy włoski huraoptymizm. To wszystko da się jakoś wyjaśnić - trzeba tylko chcieć, a nie potępiać i narzekać.

messy_computer_room

Bałagan jedno ma imię na całym świecie. Uspokajam: to nie mój :)

piątek, 04 stycznia 2008
Zabawmy się w eksporterów
czyli zabawa międzykulturowa

Wyjeżdżamy za granicę, fascynujemy się zachodnią kulturą, bogactwem, poziomem życia. I podpatrujemy, czerpiemy, przenosimy na polski grunt... Czasem wręcz rabujemy Zachód z ich kultury (w przenośni oczywiście), bo u nas musi być światowo.  Rzadko pomyślimy, że i my możemy coś zaoferować światu. Było nie było kraj o ponad tysiąclelnich tradycjach musiał się czegoś dorobić. 
Obejrzałem niedawno na tvn24 reportaż z Londynu, w którym dziennikarka emocjonowała się zalewem Wyspy przez polskie żarcie, od bigosu po słodycze. Nie wiem, jak w Londynie, ale z perspektywy angielskiej prowincji jest to news bardzo mocno naciągany - podobny do tego, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają mercedesy. Nie w Moskwie a w Petersburgu, nie mercedesy a rowery i nie rozdają a kradną. Tak samo z żywnością - nie zalew a zwykłe dostawy, kupują nie Anglicy a Polacy i nie chwalą a narzekają...  Tymczasem mamy pewnie kilka rzeczy, które zazdrośnie chronimy przed światem - i nie muszą to być rzeczy wielkie.  Proponuję zabawę: co takiego polskiego można by zaszczepić na Wyspie, aby cieszyło duszę i nieco ją odmieniło na lepsze? Mogą być rzeczy duże i małe. Oto moje propozycje. 
 
Przede wszystkim stosunek do zmarłych. Chodzi nie tylko o nieszarganie jej pamięci, ale zastosowanie dwóch zasad: "ciszej nad tą trumną!" i "de mortuis nil nisi bene".  Co prawda wydarzenia po śmierci Barbary Blidy zakłóciły mój optymizm pod tym względem, ale tu, w UK, prasa nawet umarłego potrafi rozszarpać na strzępy. Zwłaszcza jego, nie ma się biedak jak bronić... Odniosłem również wrażenie, że nasza młodzież podchodzi do zmarłych z większym szacunkiem, a nawet nabożenstwem. 
Po drugie - instytucja babci. Angielskie rodziny nie są wielopokoleniowe. Babcia to właściwie już daleka rodzina.  Jeszcze co prawda u maluchów wywołuje jakieś emocje, ale im człowiek starszy, tym bardziej obca to dla niego osoba. Babcia nie współuczestniczy w wychowywaniu dzieci, zwłaszcza w realiach wielkomiejskich. Kiedyś koleżanka odmówiła przyjścia na imprezę, bo musi się zajmować dzieckiem, a nie stać ją na baby - sitter. Na moją sugestię, by wcisnąć małego babci, spojrzała na mnie z wyrzutem: jak to, ma się wtrącać w moje rodzinne sprawy? Oczywiście znam również angielskie babcie, które czułyby się nieźle w polskich realiach, ale to naprawdę rzadkość. 
Propozycja numer trzy, moze błaha, ale bardzo podobająca się Anglikom to dyskoteki dla czterdziestolatków. Kiedyś na początku mojego pobytu w Anglii, kiedy moi znajomi nie mieli za bardzo dokąd mnie wziąć w sobotni wieczór, zapytałem: a może do jakiejś dyskoteki dla nieco starszych? Nie wiedzieli, o czym mówię. Opisałem im znane mi imprezy i wręcz wpadli w zachwyt: jakie to proste i wręcz genialne! Sami przyznali, że z chęcią poszliby na coś takiego - a w Anglii zwyczaj szwendania się po pubach jest o wiele bardziej powszechny niż w Polsce. A kto w sumie powiedział, że po czterdziesce nie wolno tanczyć a trzeba siedzieć przy stole i pić piwo (panowie) lub wódkę z sokiem (panie)? 
Czekam teraz na Wasze propozycje. 
bigos
 Tym Anglii raczej nie zawojujemy... (fot. foodlink.pl)
 
6557-grandparents
Dziadkowie - angielska zabawka dla dzieci.  
czwartek, 15 listopada 2007
Jak cię widzą...
czyli obraz Polaka na Wyspie

Dziś będzie zupełnie inaczej. Zacznijmy od krótkiego filmu poglądowego, tylko dla bardzo dorosłych niestety:


Rozumiem, że to może kogos bawić... To jeszcze jeden, zdecydowanie nie do śmiechu - dzieci również teraz poproszę raczej o skupienie sie na czytaniu... I ostrzegam - długie to jest.


Niedawno polski tygodnik, ukazujący się za granicą, opublikował głośny w środowisku Polaków brytyjskich artykuł: "Po czym poznać Polaka na Wyspie". Oto jak według tego artykułu w kilku słowach przedstawia się obraz Polaka na Wyspie:
Ogolony na łyso, odziany w dres prymityw albo krótko ostrzyżony osobnik z wąsami, które maskują braki w uzębieniu. Polka – na głowie pasemka, krótki top z dekoltem po kolana, złota torebka, złote buty, złoty pasek.
Szokuje? Zależy. Po pierwsze dlatego, że Anglicy mało kogo oceniają po wyglądzie. Podejrzewam, że widok Polaka w Anglii bardziej degustuje samych Polaków niz Anglików. Pracuję w biurze, a biura - pod kazdą szerokością geograficzną słynne są jako siedlisko plotek. Nie inaczej jest również u mnie, a niektóre koleżanki mogłyby smiało konkurować z moją poznanską sąsiadką Książkiewiczką, która wiedziała wiecej niż niejeden dziennikarz, a posiadane informacje wprowadzała w obieg sprawniej niż BBC. I - wyobraźcie sobie, w ogóle nie gada się o wyglądzie! Kiedyś jeden z moich kolegów, znany z bujnego owłosienia, pewnego dnia przyszedł do pracy zupełnie łysy. Koleżanka zapytała go tylko czy nie zimno mu w głowę, bo w koncu jest luty...
I koniec, ani słowa więcej. Każdy ma prawo wyglądać jak chce, w końcu to wolny kraj. Zupełnie inaczej rzecz się ma, jeśli chodzi o zachowanie. Przede wszystkim słownictwo. Wszyscy w biurze już po miesiącu od przyjścia do nas pierwszego Polaka, opanowali nasze najpopularniejsze przekleństwa i upominali nas, jeśli komuś wyrwała się jakaś łacina.
Podobnie w kazdym innym wyrywku naszego życia. Jesteśmy obserwowani a nasze zachowanie dokładnie analizowane, oceniane i roztrząsane. Wcale nie ciuchy. Wejście kilku pijanych rodaków do TESCO i ich dzikie krzyki przez regały - Tej, k... znalazlem śmietanę! - A ja, k... szukam pomidorów! (autentyczne) przynosi więcej szkody niż trzy spokojne acz wypindrzone tipsiary w towarzystwie dresiarza.
Nie zawsze rozumiemy, że Anglików nie razi również dobór w pary. Kiedyś szedłem walijską ulicą w towarzystwie kilku Polaków. W pewnym momencie naprzeciw wyszła piękna dziewczyna pchająca wózek inwalidzki, na którym siedział prawdopodobnie sparaliżowany, niezbyt atrakcyjny chłopak. Z ich zachowania wynikało, że łączy ich coś więcej niz zwykła zażyłość. I zaraz usłyszałem komentarze, których treści nietrudno sie domyślić: taka słiczna a łamie sobie zycie, jak ona może, z taką urodą pewnie zrobiłaby karierę...
Jakie to szczęście, że oni tego nie rozumieli. W tym momencie miałem ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię. Jeśli u tubylców taki obrazek budzi jakiekolwiek skojarzenia, to na pewno szacunek. Co mi się podoba u Anglików, to automatyczne uznawanie czyichś wyborów. Znam sporo par angielskich, których dobór wzbudziłby w Polsce sensację: mieszanych narodowościowo, niepełnosprawnych, o ogromnej przepaści wiekowej itp. I zapewniam Was, że nie jest to przedmiotem zainteresowania Anglików, a już na pewno nie ich krytyki.
Czyżby było aż tak źle? Ksenofobiczny naród, któremu otworzono granice i musi sie wyżyć, zmiatając wszystko z drogi? Na szczęście tak źle jeszcze nie jest. Dobrze o nas świadczy chociażby ten, szeroko komentowany w Anglii obraz:


Poznajecie? To słynna już londyńska kolejka wyborcza. I zaręczam Wam, że ten właśnie obraz zrobił wiecej dobrego niż stado eleganckich polskich japiszonów pracujących na City w garniturach od Cartiera. Anglików to naprawdę interesuje, jak zachowujemy się odnośnie swojego kraju. Właśnie przez takie szczegóły oceniają nasze człowieczeństwo, dojrzałość, poziom przygotowania społecznego.
Pamiętajmy o tym wychodząc na ulicę w Londynie, Birmingham czy nawet najmniejszej wiosce. Mówimy często że nie szata zdobi człowieka. Pora wziąć naukę i zastosować to powiedzenie w życiu.
PS dziś bez zdjęcia - kino mam nadzieję wystarczy. Ostrzegałem, że będzie inaczej...
czwartek, 18 października 2007
Dwie zwykłe historie
czyli o polskiej miłości w Anglii

Maciek przyjechał pierwszy. Zaryzykował. Przez pierwsze trzy miesiące mieszkał kątem u Ruskich, potem, jak juz zdobył pierwsze sensowne pieniądze, wynajął niezależny pokój. Zadzwonił natychmiast do Kaśki: Przyjeżdżaj!

Kaśce nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zawsze ciągnął ja wielki świat. Maćka poznała jakiś rok temu, podobał się jej ten chłopak – mądry, ambitny, błyskotliwy, myślący o przyszłości. Może nie za piękny, ale przecież nie można mieć wszystkiego naraz. Maciek zaś promieniał. Wierzył, że spotkał dziewczynę na całe życie. Cieszył się, że długo nie musiał jej namawiać do wyjazdu. I wierzył, że tu, w Anglii wszystko się ułoży, w końcu mieli już rok wspólnego stażu. Była dla niego wszystkim.

Na początku rzeczywiście wszystko układało się jak w bajce. Kaśka promieniała. Odpowiadało jej życie, mimo że pracę miała nienajlepszą a agencja, dla której pracowała, nie zawsze była wobec niej w porządku. „Wszystko się ułoży” - obiecywali sobie.

Pierwsze zgrzyty nastąpiły po pół roku. Maciek wyczuł, że coś się zaczyna łamać. I w łóżku nie było tak jak dawniej, i częściej się kłócili. Kaśka znikała na całe wieczory. Maciej nigdy nie lubił stadnego życia, specjalnie więc nie narzekał. Zwłaszcza że wynajęli nowe mieszkanie, stosunki się ociepliły, znów wróciły rozmowy o małżeństwie i dziecku...

A Kaśka wracała coraz później i nierzadko po kilku kieliszkach. Zajęty własną pracą, awansem, nowymi problemami, nie chciał specjalnie wnikać co się dzieje. Raz się udało, uda się następny raz. Przed świętami coś go tknęło i przejrzał SMS-y Kaśki. Słowa „love” „sex” „money” i podobne stanowiły zasadniczą część jej najświeższej korespondencji. Niestety nie z nim...

Gdy Kaśka przyszła tego dnia do domu – jak zawsze skowronkach – zastała walizki pod drzwiami. Nawet nie pytała co się stało. Już nie odezwali się do siebie. Odnalazł starych przyjaciół, zaczął żyć. Wie już, ze nigdy nie stworzy stałego związku, to nie dla niego. Jak chce się wygadać – dzwoni albo przyjeżdża do mnie. A ja odzyskałem po latach najlepszego i najwierniejszego przyjaciela.


Rysiek przyszedł wczoraj do pracy promieniejąc ze szczęścia. „Robert dowiedz się, ile czasu potrzeba na wypowiedzenie. Wracam do Polski. Dowiedziałem się, czemu nie. Tydzień. Dlaczego wraca, pytać nie musiałem. Środowisko Polaków jest bardzo plotkarskie, a o tym, ze małżeństwo Ryśka i Danki rozpada się z hukiem, szumieli wszyscy.

Tu było inaczej niż w przypadku Maćka – Rysiek bardzo długo namawiał Dankę na ten wyjazd. Z początku nie chciała, miała dobra prace w magistracie, dzieci zaczęły chodzić do szkoły, wyjazd męża był dla niej już wystarczającym szokiem. „Będzie dobrze, kochanie. - uspokajał ją Ryszard. - dzieci nauczą się angielskiego, ty znajdziesz sobie jakąś pracę, może jakoś odbijemy się od tego dna”.

Był to jakiś argument. Danka wzięła roczny urlop w pracy i w zeszłe lato zawitała z dziećmi w Anglii. Rysiek zarabiał świetnie, od razu wynajął duży dom. Kłopoty zaczęły się, gdy dzieci zaczęły chodzić do szkoły. Starsze miało ciągły kłopot z językiem, nie zaakceptowała jej klasa. Danka nie mogła znaleźć pracy, nie z jej angielszczyzną. Czasy, kiedy brali do roboty każdego, skończyły się już. Została więc w domu i zajęła się dziećmi. Niestety, życie towarzyskie, znajomi – wszystko się skończyło nagle i nieodwołalnie. Podczas ostatniej wizyty w Polsce zapytała się, czy naprawdę tak musi wyglądać jej angielskie życie. Pełne zmartwień i samotności, mimo rodziny na wyciągniecie ręki. „Wracam do Polski” - oświadczyła zdumionemu mężowi. Kończył się jej roczny urlop w pracy, co tylko przyśpieszyło podjęcie decyzji. Wróciła z dziećmi.

Rysiek wiedział, ze teraz już tylko równia pochyła, której nawet setki funtów nie odbudują. Wziął błyskawiczny urlop i pojechał do rodziny. Tam zobaczył w zasadzie gruzy tego co latami budował z poświeceniem. Dał sobie ostatnią szansę...

Personalia osób zostały zmienione.

sussex

Najpiekniejsze zakątki Anglii szczęścia rodzinnego nie dadzą...

poniedziałek, 01 października 2007
Pielgrzymka do Londynu

czyli odczepcie sie od nas!

Zaczyna się... Na trzy tygodnie przed wyborami zaczyna się nienotowany dotąd w polityce sezon pielgrzymkowy. Kiedyś latano do Moskwy, później do Watykanu, obecnie najczęściej lata się do Londynu. Przedwyborczą agitację rozpoczął Donald Tusk i zanosi się na to, że na linii Warszawa – Londyn częstotliwość lotów z VIP-ami wzrośnie.

„Nie przyjechałem po to, aby namawiać Was do powrotu do Polski, przynajmniej nie teraz.” - twierdzi polityk, Chcę ich przekonywać, by uwierzyli, że sytuacja w Polsce może się zmienić tak, że za rok, dwa czy trzy znajdą swój Londyn w Warszawie, Biłgoraju czy Łomży” - dodał. Przy okazji obiecał trzyletnie zwolnienie z podatku tych, którzy za pieniądze zarobione w Anglii będą chcieli rozpocząć działalność gospodarczą i abolicję podatkową dla pracujących. Zaiste piękne to i szlachetne tyle...

Jakoś trudno mi uwierzyć w te szczere i czyste, niemal dziewicze intencje polityka, którego nawet lubię. Po pierwsze dlatego, panie Tusk, że do Londynu należało przyjechać jakieś dwa lata temu, kiedy walczyliśmy o wprowadzenie prawa umożliwiającego uniknięcie podwójnego opodatkowanie. Gdzie byliście wtedy, gdzie była cała reszta politycznej śmietanki? Dlaczego zareagowano dopiero wtedy, kiedy Polacy sparaliżowali swoją demonstracją pół londyńskiego centrum, do tego stopnia, że nie dało już się uniknąć międzynarodowej skali problemu?

Nie byłem co prawda na tej demonstracji, ale podpisałem kilka list i petycji o zwolnienie nas z podatków) mimo że sam jako rezydent nie płaciłem ich najzupełniej legalnie i dość szybko odciąłem się od długiej ręki z biało – czerwoną opaską, pragnącej wyrwać ode mnie nienależne jej pieniądze.

Abolicja podatkowa jest jak najbardziej na miejscu i to wcale nie jako szczególny akt łaski ze strony rządzących, ale dlatego że za pobrane do roku 2007 podatki nie otrzymaliśmy nic poza rachityczną pomocą konsularną. Nie jest to – moim zdaniem – sprawa obietnic wyborczych, ale elementarnej przyzwoitości rządzących. Nie ma bowiem nic bardziej perfidnego, niż wyciąganie ręki nie po swoje.

Niestety, nie da się tego powiedzieć o obietnicy Tuska: przyjedźcie ze swoją kasą a my wam ułatwimy założenie własnego biznesu. Czytaj – na dogodnych warunkach oddajcie nam kasę zarobioną za granicą. Z danych statystycznych (m. in. instytutu A. Smitha) wynika że 90 procent firm prywatnych nie wytrzymuje roku i nie jest to wina polityki, a bardzo licznych uwarunkowań, w tym zdolności tych, którzy biznes zakładają. Czyli po roku bankrutujemy, oddając rządowi to co jego...

A co z tymi, którzy działalności nie chcą założyć, bo po prostu realnie oceniają swoje szanse bądź nie mają pomysłu na własną firmę? O tych pan Tusk najwyraźniej zapomniał. A my... no cóż, Przyjechaliśmy na Wyspy wcale nie tak dawno, aby do końca zapomnieć jak się żyło w kraju. Wielu z nas jest tu po prawdziwych dramatach. Co z nimi?

Sezon pielgrzymkowy dopiero się zaczął i przynajmniej przez najbliższe tygodnie będzie kwitł w najlepsze. Usłyszymy cuda – niewidy, obietnice rzeczy o jakich nam się nie śniło, z prawa i lewa. A ja mam tylko do tych specyficznych pątników jedną prośbę. Wyście już pokazali, jak o nas dbacie a myśmy już za to podziękowali wsiadając w samolot. Dajcie nam teraz żyć jak sami sobie to wybraliśmy. I odczepcie się od nas.

par

Na razie ważniejsze dla nas decyzje zapadają tutaj...

sejm

a wy, panowie bawcie się bez nas.

wtorek, 25 września 2007
Polak potrafi... wyłudzić?

Czyli problem stary jak opieka społeczna

 

Jedno z najbardziej ponurych wydarzeń, które spotkało mnie w Anglii nie dotyczy wcale pogody, zdrowia, języka a... Polaków. Ktoś poprosił mnie o pomoc w tłumaczeniu na żywo, chodziło o zasiłek na dziecko. Jako że czasem spełniam prośby znajomych i kolegów zgodziłem się. Pojechaliśmy więc do stosownego urzędu.

Pan urzędnik położył przede mną stosy papierów i prosił o wypełnienie. Każdy obeznany z brytyjską biurokracją wie, co to za koszmar. Już w trakcie wypełniania wyszło na jaw, że dzieci mieszkają... w Polsce. Siedziałem cicho, choć już to wydało mi się podejrzane. No bo jak to, dlaczego kraj, w którym dziecko nie było ani sekundy ma łożyć na jego utrzymanie? Gdy doszło do konfrontacji z urzędnikiem, na jaw wyszły jeszcze gorsze rzeczy, na przykład to, że dziecko znajduje się pod opieką polskiej pomocy społecznej. Pewny siebie rodzic nie zataił nawet tego – należy się to niech dają. Musze przyznać, że urząd opuściłem ze łzami w oczach, zbrukany i poniżony, choć nie ja występowałem o ten cholerny zasiłek...

Jakś czas później na jednym z forów jakaś kobieta zapytała ile „w Anglii dostaje się na dziecko' Pisała spod polskiego IP i prawdę mówiąc nie do końca wiedziała jaki typ zasiłku ją interesuje. W tym momencie trafił mnie prawdziwy szlag. Odpisałem, że brzydzę się żebractwem, a trauma z urzędu spowodowała, że ubrałem to w wyjątkowo ostre słowa (blog czytają ci, którzy pamiętają tę pamiętną dyskusję.) Zakrzyczano mnie wtedy...

Wczoraj chyba jednak znów wyszło mi na moje. Brytyjskie radio BBC5LIVE zadało sobie trud zbadania kto i jak pobiera zasiłki. I co im wyszło? Polscy imigranci w Wielkiej Brytanii wyłudzają zasiłki na dzieci. Nie dlatego, że się im nie należą, ale dlatego, ze pobierają go podwójnie - jeden w Polsce, a drugi na Wyspach – grzmiało wczoraj cały dzień radio .Z badań przeprowadzonych przez dziennikarzy tej stacji radiowej wynika, , że w sześciu województwach od jednej trzeciej do połowy wniosków o zasiłki dla dzieci jest składana w celu nadużycia. Wnioskodawcy ubiegający się o zasiłek w Anglii, ukrywają, że pobierają go także w Polsce, wychodząc z założenia, że to niemożliwe do sprawdzenia. To samo zreszta mówi strona polska, która ma coraz więcej kłopotów ze sprawdzaniem brytyjskich zapytań o przyznawanie zasiłków w Polsce. A jest tego sporo. O ile przed dwoma laty Brytyjczycy zwrócili się do władz w Gdańsku o sprawdzenie zaledwie dwóch wniosków, o tyle od stycznia 2007 roku rozpatrzono ich już ponad 1500. Przed dwoma laty gdański urząd zatrudniał jednego pracownika odpowiedzialnego za sprawdzanie wniosków, a obecnie z pracą zmaga się dziewięciu – podaje w swoim serwisie TVN24.

Rząd brytyjski wypłaca w formie zasiłków miliard funtów miesięcznie, nic dziwnego że chce wiedzieć kto pobiera tę astronomiczną kwotę i czy nie ma w tym jakichś kantów zwanych tu benefit fraud. Od jakiegoś czasu rodzice pobierający zasiłek nękani są korespondencją od urzędów mającą na celu sprawdzić czy pobierające zasiłki dzieci są w Anglii. Dziwicie się? Bo ja wcale... a i tak zewsząd słyszę głosy oburzenia – jak oni śmią?

Pomoc społeczna powstała po to aby pomóc najuboższym. Czy rodzic zarabiający 10 funtów na godzinę i mający pracującą żonę do nich należy? Śmiem wątpić, zwłaszcza że znam masę ludzi żyjących w o wiele gorszych warunkach a niewyciągających ręki po cudze bo po prostu mają swoją godność. Ale zauważyłem że to oni pyszczą najbardziej... i już sam nie wiem, czy oceniać pod tym względem Polaków jako naród (biorąc pod uwagę skale zjawiska) czy garstkę cwaniaków i żuli.

bene1

Plakat straszący nadużywqających dobroci państwa.

kkk

Propaganda ma trafic nawet do dzieci.

 
1 , 2

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: