wtorek, 28 lipca 2009
Bizneswoman od picia

czyli o historii pewnej piosenki

Lubicie piosenki biesiadne? Może wstyd się przyznać, ale ja uwielbiam. Oczywiście w stosownym entourage'u, nie jest to dobry podkład pod intelektualne rozważania, ale przy pincie cydra w stylowym pubie sprawdzają się wybornie. My mamy swój Czerwony pas, Sokoły, okazuje się, że Anglicy wcale nie są gorsi. Kraj, który wydał Bitlesów, Pink Floyd czy Oasis wcale nie jest upośledzony w innych rejestrach muzycznych. Jest jeszcze ciekawiej, co najmniej jeden z tych utworów pojawił się na pierwszym miejscu top 20.
Ta "trefna" piosenka to Lily the Pink, nieśmiertelny ozdobnik co drugiej imprezy w pubie, intonowana najczęściej, gdy alkohol wykona już swą podstawową pracę w żyłach. W najbardziej znanej wersji śpiewa ją zespół "The Scaffold" (szubienica), mający w swoim składzie m. in. brata Paula McCartneya - i ta właśnie wersja wygrała listę przebojów 11 grudnia 1968. Ale historia tej piosenki sięga o wiele dalej w perzeszłość.
W XIX wieku żyła sobie w Stanach Zjednoczonych niejaka Lydia Pinkham (na ilustracji z lewej). Zajmowała się przede wszystkim produkcją rozmaitych mikstur, nalewek i toników opartych na pięciu ziołach. m. in. kozieradce i, przepraszam za tę nazwę, pluskwicy groniastej. Jej nalewki zyskały ogólnoamerykańską sławę, zwłaszcza, że Lily the Pink jako pierwsza kobieta w  świecie do ich reklamy użyła gazet lub czasopism. Stąd też dzięki jednej z pierwszych w świecie profesjonalnych kampanii reklamowych fama o jej wynalazkach poszła daleko w świat, a same mikstury stosowane były w różnych, nieraz bardzo dziwnych celach i niezwykle popularne. Podobno pito to nawet w czasach prohibicji w charakterze "wynalazku", jako że środki te oparte były na spirytusie Jako zaś że sama pani Pinkham była wyjątkowo medialna, uwikłana w politykę i działalność społeczną, stała się szybko symbolem kobiety sukcesu, bodaj pierwszej na świecie.
Nie zabrakło również żartownisiów, wychwalających w pijackich piosenkach środki pani Pinkham i to, co mogą one zrobić z człowiekiem. A mogą naprawdę wiele, choć chyba nic z rzeczy opisywanych w tekście... Szybko poszedł w świat szlagwort "medicinal compound" i jedna z amerykańskich piosenek ludowych, która na początku XX wieku przeskoczyła ocean i stała się wyjątkowo popularna w Anglii, na równi z "There's a tavern in the town", "Knees up mother Brown" czy nawet, co prawie niewyobrażalne, z 'What shall we do with the drunken sailor". No to... Na zdrowie! Hej, hej, hej sokoły, omijajcie góry lasy doły...

Inkryminowana piosenka

Knees up w wersji, którą najbardziej lubię. Ostrzegam, trzeszczy!

Klasyczna klasyka :) piosenki biesiadnej - stara szanta z Wysp.

15:03, kicior99 , muzyka
Link Komentarze (2) »
środa, 02 stycznia 2008
Świat ich naprawdę kochał

czyli czym była beatlemania?

 

Chodząc po starych dzielnicach takich miast jak Londyn, Birmingham czy Liverpool zawsze staram się znaleźć resztki tej atmosfery, która panowała w tamtych czasach, w których dopiero pchałem się na świat, a zupełnie bez mojej wiedzy i zgody odbywały się wydarzenia, które zrewolucjonizują świat prawie w takich wymiarach jak druga wojna światowa. I znajduję, zwykle w starych komisach, antykwariatach, sklepach płytowych, gdzie czas jakby zatrzymał się w miejscu.

Gdy na dziewiętnastym miejscu brytyjskiej listy przebojów pojawił się utwór "Love me do" zespołu The Beatles, mało kto zwrócił na to uwagę. Czego oczekiwać od grupy, która bardziej popularna jest w północnych Niemczech niż w Anglii, a na lokalnym rynku znana jest bardziej jako grupa akompaniująca Tony'emu Sheridanowi? Liczyli się The Hollies, The Fourmost, jak i epigoni stylu, który miał już zniknąć na zawsze: Everly Brothers, Helen Shapiro... Drugi singiel grupy zrobił już wrażenie - Please Please Me osiągnęło drugą pozycję, wreszcie nastąpiło to nieuniknione: pod koniec roku 1962 na pierwsze miejsce wchodzi "I Wanna Hold Your Hand".

No dobrze, lista ukazuje się co tydzień, potencjalnie pięćdziesiąt dwie piosenki rocznie mogą zmienić losy świata... Cóż takiego było w Beatlesach, że właśnie oni zmienili nie tylko Anglię, ale i cały świat? Po pierwsze - odpowiedni moment. Anglia początku lat 60 - tych to okres, kiedy w młodzieńczy wiek wchodzi powojenny baby - boom. To cała armia ludzi, potrzebujących między innymi identyfikacji i własnej tożsamości. Zakodowany w genach konflikt pokoleń nakazuje odrzucić im wzory rodziców, ich kulturę i muzykę - nawet Presley'a. Jakakolwiek jednostka obdarzona dużą charyzmą ma spore szanse zawrócić młodym ludziom w głowie.

Gdy zapytano George'a Martina, drugiego managera i dźwiękowca Bitlesów, dlaczego postawiono właśnie na tę grupę, ten powiedział: "No cóż, nie prezentowali wtedy jakiegoś zachwycającego poziomu muzycznego. Ale epatowali humorem, dobrym nastrojem, mieli to "coś" w sobie". Czterech w miarę przystojnych młodzieńców, ze słynnymi przydługimi włosami, będący zawsze i wszędzie sobą, musieli wzbudzić zachwyt. Jeśli dodamy do tego geniusz muzyczny Lennona, który nie eksplodował nagle i rozwijał się w czasie, ten sukces był kwestią chwili, mamy odpowiedź. W lutym 1963 roku w bulwarowym dzienniku pojawia się określenie "Beatlemania" i od tej pory zjawisko nigdy nie było nazywane inaczej.

Z kłopotami, ale beatlemania trafia do Ameryki. Macierzysta EMI zignorowała początkowo ten rynek, co zauważyła wytwórnia Vee Jay, mająca prawo do reedycji niektórych tytułów europejskich - wystarczyło. Zaczęło się prawdziwe, ogólnoświatowe szaleństwo. Ameryka miała już podobne doświadczenie z Elvisem Presleyem, toteż do sprawy zabrano się profesjonalnie - nie tylko płyty, ale i gadżety, fan kluby sterowane przez muzycznych spin doktorów i wszystkie inne atrybuty kultu.

Jak każde zjawisko, i to musiało się skończyć. Zaczęło się od filipińskiego tournee, podczas którego zespół odmówił wspólnego śniadania z prezydentem Imeldą Marcos. Nie mając do tej pory do czynienia z reżymami totalitarnymi nie wiedzieli, że popełniają właśnie błąd śmiertelny. Cofnięto im policyjną ochronę, przy pomocy mediów nakręcono przeciw nim mieszkańców wyspy, z której zresztą cudem wyjechali - jeszcze na filipińskim lotnisku zabrano im zarobione pieniądze. Później poszło o słynne słowa Lennona "Jesteśmy popularniejsi niż Jezus". Konserwatystom po obu stronach Atlantyku to wystarczyło. Antywojenne nastawienie grupy i niejednoznaczny stosunek do narkotyków napiętnował również Elvis Presley – wielki przegrany tych czasów, prosząc publicznie prezydenta Nixona, aby zakazał grupie wjazdu do USA. Jedna z rozgłośni amerykańskich nadaje niby satyryczną audycję, w której namawia do palenia płyt Beatlesów. Akcja trafia na podatny grunt, zwłaszcza w zacofanych stanach południowych. "Spokojnie, nic się nie dzieje" - skwitował McCartney - "Aby spalić płytę, trzeba ją najpierw kupić..."

Podobne kontrowersje narosły w Wielkiej Brytanii wokół przyznania zespołowi przez królową orderu Imperium Brytyjskiego MBE. Niektórzy konserwatywni posiadacze tego odznaczenia zwracali je na znak protestu.

Narkotyki i stosunek grupy do nich, a zwłaszcza piosenka "Lucy in the Sky with Diamonds" były gwoździem do trumny beatlemanii. Sami Beatlesi rezygnują z koncertów i działają wyłącznie w studio. Ale maszyna raz puszczona w ruch już się nie zatrzyma. Chwilę później nastąpi Woodstock, rok 1969 w Europie... Świat już nigdy nie będzie taki sam - dzięki Beatlesom.

 

Wiem że się narażę, ale ja naprawdę uwielbiam te wersję - ten zabawny wideoklip również.
 
 
To nie jest teledysk, ale ten szokujący filmik warto również zobaczyć, by przekonać się, czym była beatlemania.
04:41, kicior99 , muzyka
Link Komentarze (12) »
środa, 19 grudnia 2007
Choć nie mają kolęd...
czyli o pewnej świątecznej piosence
Jest jeden dzień szczególnie znienawidzony zarówno przez emigrantów, jak i osoby samotne - to wigilia. Człowiek nie może sobie znaleźć miejsca, włóczy się z kąta w kąt i wszystko go dobija. Świadomość, że gdzieś daleko, a może nawet całkiem blisko są ludzie szczęśliwi miażdży niczym walec. A co przygniata najbardziej? Wcale nie brak karpia, tego można kupić w polskim sklepie lub TESCO, albo od biedy nielegalnie wyłowić z jakiegoś stawu i dać rybsku w łeb, co się będą ryby Anglikom marnować... Nie brak kutii, barszczu z uszkami, w wolnej Europie to są dobra powszechnie osiągalne. Prezentów też dostałem już masę. Nawet nie chodzi o brak śniegu w strefie klimatu oceanicznego, zawsze można się pocieszyć, ze i w Polsce świata też są czarno - szare. Najbardziej przybija dźwięk kolęd, nadawanych przez polskie media. Uwielbiam nasze kolędy i mam do nich stosunek wyjątkowo emocjonalny, dlatego tego dnia są zabronione...
Nigdy nie oglądam polskiej telewizji ani nie słucham naszego radia w ten dzień, bo katastrofa murowana. Jeszcze pół biedy, jak grają „Jest taki dzień”, który w radiowej Jedynce za komuny zastępował prawdziwe kolędy. Ale już takie „Wśród nocnej ciszy...” więzi głos w gardle. Z reguły mam włączoną jakąś angielską stację muzyczną. Nie grają tu kolęd w naszym sensie, z rzadka usłyszeć można Cichą Noc - najbardziej znany europejski utwór świąteczny. Na potęgę za to gra się brytyjskie piosenki o tematyce świątecznej, z których Anglia słynie, na przykład "Mistletoe and Wine" Cliffa Richarda, "Merry Christmas Everyone” Slade'ów, swoją drogą kawałek sensownej muzyki, Shakina Stevensa, no i rzecz jasna utwór, który, z tego co wiem, nie wywołuje nic innego oprócz mdłości - Last Christmas zespołu Wham.
W tej świątecznej powodzi jeden utwór zawsze zastanawiał mnie, wzruszał, i dawał odczucia podobne przy słuchaniu naszych rodzimych kolęd - to „Do They Know It's Christmas" Band Aid. Znany również u nas, choć to produkt tak czysto brytyjski jak Christmas pudding i z Anglią łączy się go najbardziej.
Ten świąteczny hit zawdzięczamy Bobowi Geldofowi, który pewnego dnia obejrzał w telewizji program o głodzie w Etiopii. Sir Geldof zawsze miał wrażliwą duszę i pasję społecznika, postanowił więc spróbować wyciągnąć trochę kasy z branży muzycznej na głodujące dzieci. Szybko znalazł partnera do pomysłu, był nim Szkot Midge Ure z bardzo popularnej wtedy grupy Ultravox. Rozpuścili wici i udało się im pozyskać największe sławy ówczesnej sceny do zaśpiewania gwiazdkowego utworu, który skomponowali wspólnie. Wszystkich nie będę wymieniał, ograniczę się do tych, którzy wytrzymali próbę czasu: Bono, Paul Young, George Michael, Sting, Francis Rossi i Rick Parfitt (Status Quo), David Bowie, Boy George, Paul McCartney, Duran Duran w komplecie... Prawdziwa śmietanka. Każdy z nich zaśpiewał jedna linijkę tekstu.
Utwór nagrano bez większych problemów, jakie wróżyłoby takie zbiorowisko gwiazd w jednym miejscu,  choć podczas sesji doszło do kilku znamiennych przepychanek - nikt nie chciał zaśpiewać wyjątkowo podłej frazy frazy  "Thanks God this time it's them instead of you" (dzięki Bogu tym razem to oni a nie ja), w końcu padło na Bono z U2. 
Może to dziwne, ale ekipa zebrała się i nagrała utwór w jeden dzień! Pozostało tylko zmiksować, zawieźć do BBC i czekać na reakcje słuchaczy. Te były oszałamiające: utwór wszedł na pierwsze miejsce listy przebojów po tygodniu, a pierwszego tygodnia sprzedano aż milion egzemplarzy. Piosenka spędziła na czubie Top 20 pięć tygodni. 
Z miejsca znaleźli się krytycy - a to piosenka kiepska, a to nie wiadomo, czy bardziej chodzi o akcję czy promocję wykonawców... Brytyjska lewacka kapela Chumbawamba nagrała nawet płytę, w której wyśmiewa takie inicjatywy jak Band Aid czy późniejszy amerykański Live Aid (znany z megahitu We Are the World). Ale Chumbawambie nie podoba się z reguły nic, choć grają nieźle. 
Trzy lata temu usiłowano powtórzyć Band Aid, tym razem zbierając pieniądze na Darfour. Choć piosenka osiągnęła pierwsze miejsce, to nie było to samo. Nie wchodzi się przecież dwa razy do tej samej rzeki. I w tym roku utwór słychać wszędzie. Znów przypomina mi o tych cholernych świętach... 
 
Podczas nagrywania "Do They know.." Jacy oni wtedy byli mlodzi... 
 

Ilustracja muzyczna.
08:16, kicior99 , muzyka
Link Komentarze (8) »
wtorek, 09 października 2007
Nie ma przyszłości!

czyli 30 lat minęło

Jednym z największych moich żali z powodu rzeczy na które i tak nie miałem wpływu jest żal za końcem lat sześćdziesiątych – beatlemanią, wiosną młodych w roku 1969 (wtedy właśnie wyrywano mi pierwsze zęby) i największą kulturalną rewolucją w historii Europy. Na szczęście (choć tylko częściowo) załapałem się na drugą rewolucję mającą podłoże muzyczne, w połowie lat siedemdziesiątych. Mowa o punk rocku. Trzydzieści lat temu doszło do wydarzenia, które określa się jako decydujące w historii tego nurtu i jedno z najważniejszych w powojennej kulturalnej Anglii – wydania płyty „Never mind the bollocks, here are Sex Pistols”. Tak, to już trzydzieści lat...

Czy punkowa rewolucja naprawdę powstała w Wielkiej Brytanii, a nie na przykład w USA, razem z takimi kapelami jak Ramones, to sprawa dyskusyjna. Niewątpliwe jednak jest, że Anglia lat siedemdziesiątych to kraj niespokojny, spolaryzowany, niemający jakiejś jednej spójnej tożsamości. Z jednej strony rodząca się generacja młodych, zdolnych, ambitnych, ugrzecznionych chłopców. słuchających glam rocka – wesołej muzycznej papki bez ambicji, ale za to śpiewanej przez wykonawców przystrojonych w błyszczące szmatki. Albo wyrafinowanego, trudnego rocka jak np. Pink Floyd, którego nikt nie rozumiał. Z drugiej zaś strony – wzrastające bezrobocie, bieda, frustracja młodzieży, której hasłem stało się „no future” - brak przyszłości. W społeczeństwie wrzało i wiadome było że dojdzie do eksplozji, nie wiadomo tylko kto ją wywoła. Jeszcze raz potwierdziło się zdanie Orwella "cała nadzieja w prolach". I to że na młodych można zawsze liczyć...

Rewolucję – i to na ogromną skalę - wywołał zespół muzyczny. Kilku chłopaków nieumiejących co prawda grać na gitarach i mających niewielkie pojęcie o muzyce jako takiej, ale za to będących świetnymi prowokatorami – Sex Pistols. W jego skład wchodził zarówno ideowiec Sid Vicious, będący uosobieniem punkowej filozofii, jak i zręczny manipulator Malcolm Mclaren, właściciel sklepu ze szmatławą odzieżą i burdelowymi akcesoriami. Bazując na ówczesnych nastrojach, zespół stosował kult brzydoty i anarchii: czarne niechlujne ciuchy, metalowe ciężkie ozdoby, kolorowe włosy. Na ustach hasła „pieprz system”, „nie ma przyszłości” i podobne. Nazwa stypu - punk - czyli śmieć. Jestem niczym.

W październiku 1976 roku nakładem EMI wychodzi singiel Anarchy in UK. Wywiad promocyjny w radio skończył się ścianą bluzgów, a Johnny Rotten nazwał krytyka muzycznego sk...synem. Co prawda w EMI zespół nie miał po takim występie czego szukać ale czybko przygarnęła go mała wytwórnia, która zwietrzyła swą szansę - AM Records. Drugi singiel Pistolsów to God Save the Queen (marzec 1977). Już sam tytuł jest bluźnierczy i obrazoburczy, to bowiem tytuł hymnu brytyjskiego. Główny prowokator tego zespołu, Johny Rotten publicznie wypierał się, jakoby płyta była atakiem na królową, a raczej na monarchię jako taką, młodzi zrozumieli to nagranie jako atak w te wartości, które ich doprowadziły do pustki i beznadziei. Iskierka przeradzała się właśnie w otwarty ogień.

28 października 1977 (a więc niedługo obchodzimy trzydziestą rocznicę) zespół, już opromieniony sławą i okrzyczany guru młodego pokolenia, wydaje płytę długogrającą „Nevermind the bollocks” (mniejsza o jaja). Dźwięk tego krążka to „zderzenie się dwóch pociągów metra pod dziesięciometrową warstwą błota” - tak napisał o nich muzyczny magazyn The Rolling Stone. Płyte przyjęto ciepło.

Nie wszystkim to się jednak podobało – duże sieci, takie jak Boots czy W. H. Smith odmówiły kolportażu płyty, rzecznik partii konserwatywnej partii wypowiedział wiekopomne słowa: This is the way the world is declining - tak oto kończy się świat. Kula śniegowa została puszczona i toczyła się już z ogromną szybkością, zwiększając swą objętość z każdym dniem. Londyńskie – i nie tylko – dzielnice biedy zaczęły przybierać punk rockowy wygląd, w klubach pojawiło się wiele podobnie grających kapel: the Ruts, Sham 69... A panowie z Sex Pistols - wbrew głoszonym ideałom - robili kasę na idei...

glam

Z jednej strony glam rock...

obscured

z drugiej - wyrafinowany rock dla intelektualistów. To musiało się skonczyć...

 

01:28, kicior99 , muzyka
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 września 2007
Anglia na wysokie "C"

czyli weekendowy remanent muzyczny

Zawsze zastanawiałem sie na czym polega fenomen brytyjskiej muzyki rozrywkowej. Czyżby już od najmłodszych lat wyrabiały im sie struny głosowe przy płaczu nad ichniejszym jedzeniem? A może na dworze tak padało że z nudów chwytali za gitary? Nieważne powody, ważne skutki. Brytyjska muzyka rockowa (i nie tylko) zawojowała świat i uraządziła go na swoją modłę. A oto brytyjscy luminarze muzyki, którzy wstrząsnęli mna najbardzej - jeszcze przed przybyciem na Wyspę...

1. The Beatles

Nie mogło być inaczej. czwórka z Liverpoolu wstrząsnęła do głębi moją trzynastoletnią duszę - a jest to wiek powstawania świadomości muzycznej. Inni szaleli za ABBĄ, Boney M czy Eruption, a ja z pocztówek dźwiękowych od wujka słuchałem She Loves You, Get Back i Yersterday. Historia przyznała mi rację. Ciekawe, że na Wyspie Beatlesów jest pełno wszędzie tylko nie w radio. Założę się że np. w Polsce słychać ich tak samo często.

beatles4

2. Pink Floyd

Usłyszałem Meddle i nie mogłem w nocy spać... tak, od tej płyty zacząłem swoją floydowską edukację - wcale nie od Dark Side Of The Moon (której konsekwentnie nie lubię) czy The Wall. Liczyłem, że na Wyspie odnajdę wiele klimatów, które kształtowały Watersa i Gilmoura i wcale się nie pomyliłem. Industrialne pejzaże londynskich przedmieść, bagna Dartmoor czy brytyjskie stadiony dadzą sie rozpoznać w poszczególnych utworach. Nawet pies sąsiadów wyje tak samo jak Seamus.

animals

3. TheToy Dolls

Założę się że nikt nie spodziewał sie znaleźć tu właśnie tej grupy. I pewnie mało kto o niej słyszał. A tymczasem właśnie Michael Algar i spółka kupili mnie do konca - bardzo melodyjną muzyką, a nawet... piosenkami dla przedszkolaków zaśpiewanymi w stylu punk, jak Nelly the Elephant czy Ninja Turtles. Co prawda jest w ich graniu sporo ideologii i polityki (to chyba część wspolna całości brytyjskiego rocka) ale wszystko z gitarą i humorem. Jak jazda to jazda.

toydolls-10yrtoys-front

4. Status Quo

Jeśli posiedzicie w pubie dłużej niż przy jednym piwie, na pewno natkniecie sie na największych żyjących dinozaurów brytyjskiego rocka - Status Quo, granych z dalej tu popularnego juke boxa. W przeciwieństwie do większości kapel zaangażowanych jak King Crimson, Depeche Mode Uriah Heep itp, panowie Rossi, Parfitt i Frost postawili na melodyjne granie bez wiekszego zadęcia ideologicznego. Właściwie ich jedyna piosenka skażona polityką przez ponad trzydzieści pięć lat sdziałalności to In The Army Now - i może dlatego są tak popularni. Grają mało ambitnie, ale dla ucha i świetnie można sie przy tym zrelaksować. A Brytyjczycy naprawdę to umieją.

1994_StatusQuo_big

5. King Crimson

Nie znam nikogo kto nie pragnął zgłębić Epitafium czy "Na dworze karmazynowego króla". Mroczna, psychodeliczna muzyka fascynowała chyba każdego komu nie obce były zadymione kluby studenckie czy nocne rodaków rozmowy. Na Wyspach zespół mało popularny, a byłby jeszcze mniej znany, gdyby nie pirackie radio Caroline, nadające spoza brytyjskich wód terytorialnych (jeszcze o tym napiszę) i grające coś innego niż poprawne utworki lansowane przez Radio One.

1051

 

6. Samantha Fox

A co, trochę jaj nie zaszkodzi. Ta pani zrobiła karierę jako modelka trzeciej strony The Sun - codziennie pojawia się tam jakaś biuściasta panienka. Nie wiem, kto wymyślił, że spod tych pięknych piersi może się wydobywać głos, w każdym razie musiał to być ktoś o skłonnościach sadystycznych. Najgorszy brytyjski eksport wszechczasów.

sam

I to tyle? A gdzie Queen? A gdzie The Rolling Stones? Dead Can Dance? Led Zeppelin? Joy Division? Uriah Heep? Depeche Mode? Sex Pistols? Mike Oldfield? Bee Gees? The Moody Blues? The Clash? Ultravox? Cliff Richard? Dire Straits? Bay City Rollers? Oasis? Deep Purple? Frankie Goes To Hollywood? The Cure? The Hollies? Genesis? The Shadows? Nie da rady, blog ma ograniczoną pojemność - sami widzicie w jaką muzyczną studnię się władowałem...


08:22, kicior99 , muzyka
Link Komentarze (7) »
środa, 18 lipca 2007
Winyl ma się dobrze

czyli wyspa czarnych krążków

 

Już na samym początku mojego pobytu w Anglii poznałem Briana. Oczywiście po angielsku, w pubie na piwie. Szybko zgadaliśmy się ze naszym wspólnym hobby jest muzyka rockowa. To wpadnij do mnie do sklepu, prowadzę mały antykwariat z płytami – powiedział na zakończenie. Wpadłem niebawem. Sklepik był bardzo wysmakowany i bardzo klimatyczny, utrzymany w konwencji lat sześćdziesiątych. Najbardziej widoczne były sterty płyt winylowych, zalegające półki. Ktoś to w ogóle kupuje? - zdziwiłem się. Sprzedaję prawie tyle samo co kompaktów – odpowiedział Brian – a zarabiam na tym nawet lepiej. Patrz na to – pokazał na gablotkę na ścianie. Zdębiałem. Pierwszy album King Crimson – In The Court Of The Crimson King – pięćdziesiąt funtów. Please Please Me Beatlesów – trzydzieści. Biały album – czterdzieści pięć. Na półkach z singlami było nie mniej ciekawie...

Tylko pół roku opierałem się przed kupnem gramofonu analogowego. I to wcale nie jakiegoś przedpotopowego trupa a nowiutkiego profesjonalnego sprzętu Ministry of Sound. Trochę mnie to kosztowało, ponad sto funtów ale naprawdę było warto .Z lubością nurzam się w kryształowym, soczystym dźwięku, może nie tak sterylnym jak z kompaktu, bo przecież dochodzą naturalne trzaski płyty, ale za to o wiele bogatszym i o wiele bardziej naturalnym.

Gdy w początku lat dziewięćdziesiątych płyta kompaktowa stała się popularniejsza niż analogowa (to wtedy właśnie liczba sprzedanych krążków CD w Anglii przekroczyła liczbę winyli) wydawało się, że tradycyjny adapter powoli odejdzie w niebyt. Taka tendencja utrzymywała się zresztą przez kilka lat aż... moda na winyle wróciła. Przyczyny jej są różne. Po pierwsze – znudził się co wrażliwszym dźwięk kompaktu, może czysty ale nie do końca naturalny. Po drugie, i pewnie ważniejsze – płyta analogowa z czasem zaczęła przybierać na wartości, stając się nawet obiektem lokaty kapitału. Oczywiście najdroższe są płyty z pierwszego tłoczenia (winyl pod tym względem zadziwiająco przypomina olej kujawski...) i wydania kolekcjonerskie, np. płyty tłoczone na kolorowym winylu, wydania pamiątkowe, bootlegi itp. Cena krążka With The Beatles z pierwszego tłoczenia to 200 funtów! A że Anglicy lubują się w handlu antykwarycznym i białych krukach, płyta analogowa trafiła na podatny grunt. Poza tym każde dziecko wie, że Wyspy zawsze były najlepszym rynkiem płyt w Europie.

Trzeci powód wreszcie to wulgaryzacja i schamienie – nie boję się tego słowa – rytuału słuchania muzyki. Wystarczy zarzucić mp3 na winampa i leci... Słuchanie płyty winylowej jest zaś rytuałem – trzeba wyjąć krążek z koperty i koszulki, wyszukać utwór, nastawić, przy okazji można podziwiać okładkę płyty. To bardzo podobne do palenia papierosów – po rzuceniu byłemu palaczowi najbardziej brakuje tego misterium towarzyszącego nałogowi.

A o dobrą płytę na Wyspach i dziś nietrudno. Na każdym car boot sale można znaleźć coś ciekawego, zwłaszcza dla miłośników muzyki starszej (współczesne utwory też wychodzą na winylach ale nie wszystkie i raczej tylko w wersjach dla disc jockeyów). Dla mnie pogodna niedziela oznacza wertowanie w stosach płyt i jest to cudowne uczucie, mam wtedy w sobie coś z odkrywcy. Szkoda tylko, że na miejscu nie można odsłuchać.

Oczywiście młodzież słucha mp3, nawet odtwarzacze kompaktowe nie sprzedają się tak dobrze jak kiedyś, a na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów wszedł utwór jeszcze w przededniu jego debiutu płytowego – zadecydowała sprzedaż przez internet. Znów pękła kolejna bariera. A płyta winylowa mimo wszystko ma się znakomicie...

Gramofon_2_ubt

Niektórym na taki widok łezka kręci się w oku, w Anglii to element jak najbardziej współczesnej rzeczywistości. (fot. wiki)

AHM2

Tej okładki nie mogło zabraknąć. Najwspanialsza płyta mojego życia, która mnie wychowała i poniekąd ukształtowała duchowo. Ladies and gentlemen, this is Atom Heart Mother by Pink Floyd. Krążek winylowy kupiłem za - bagatela - 12 funtów.

02:46, kicior99 , muzyka
Link Komentarze (19) »

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: