piątek, 04 czerwca 2010
Dlaczego, dlaczego, dlaczego?

czyli Anglia się boi

Kumbria to jedno z biedniejszych hrabstw na północnym zachodzie Anglii. jej największym bogactwem jest malownicze pojezierze, przyciągające co roku tysiące turystów, poza tym nie ma tam nic szczególnego. Na łamy prasy trafia niezwykle rzadko, bo po prawdzie nic szczególnego się tam nie dzieje.

Od dwóch dni jednak krajobrazy Kumbrii dominują na szklanym ekranie, w radio też to najczęściej wymieniane hrabstwo. Stało się to za sprawą czynu, jakiego dopuścił się 52-letni taksówkarz Derrick Bird: przez prawie trzy godziny jeździł samochodem po południowej części hrabstwa w okolicy portu Whitehaven, strzelając z długiej broni i zabijając dwanaście osób, następnych jedenaście raniąc. Ostatnią ofiarą był on sam. Wśród zabitych są zarówno jego brat - bliźniak i osobisty prawnik, jak przypadkowe osoby, w tym strzygący żywopłot starszy pan.

Oczywiście do Kumbrii ściągnięto siły policyjne z całej Anglii. O wiele trudniej ustalić, co robiła policja podczas samej masakry. Rozpoczęła się ona o wpół do jedenastej, pierwszą potwierdzoną informację od policji otrzymano o 12.30. Przez dwie godziny opinia publiczna była zupełnie nieświadoma, że po hrabstwie grasuje szaleniec z bronią i strzela do wszystkiego, co się rusza. Nie było najmniejszej wzmianki w radio, na internecie. Paradoksalnie, mimo że w mediach nie mówi się o niczym innym, odpowiedzi na pytanie o reakcję policji trudno się dopatrzeć. Wydaje się, że ten temat nie istnieje... W kraju, gdzie dziecięciolatek staje przed sądem dla dorosłych, gazety brukowe wywlekają najintymniejsze tajemnice człowieka, takie milczenie co najmniej dziwi.

Istnieje za to inny. Czy w Wielkiej Brytanii zrobiono wszystko, by do podobnych incydentów nie doszło? Po masakrze w Hungerford pod koniec lat 80. (zainteresowanych odsyłam w inne miejsce bloga, gdzie sporo o niej piszę) zmieniono przepisy odnośnie broni palnej i uczyniono je jednymi z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Nie ustrzegło to jednak przed następną katastrofą, dziesięć lat później w Dunblane. W mediach przeważa pogląd, że nic w tej sprawie się już nie da zrobić. Dziś w Radio5Live słuchałem programu, w którym reprezentant Wielkiej Brytanii w strzelectwie na olimpiadę opowiadał o kłopotach, na jakie narażony jest posiadając broń sportową i wyraził obawę, czy masakra w Kumbrii nie sparaliżuje jego przygotowań olimpijskich. Został zakrzyczany przez współrozmówców... Tak, Anglia bardzo lubi bać się pod dyktando wielkich wydarzeń i mediów, zapominając, że oprócz tego trzeba żyć...

Pozostaje jeszcze kwestia motywacji. Niewykluczone, że Bird przeżywał ciężkie załamanie nerwowe, takiego zdania jest policja. Albo z powodu kłopotów rodzinnych (jedną z pierwszych ofiar był jego brat) albo też zawodowych - prawdopodobnie przed odjazdem z postoju taksówek w swoją makabryczną podróż, z kimś się pokłócił.

Derrick Bird miał pozwolenie na broń.

Officers-attend-the-scene-001

Sparaliżowane Whitehaven (fot. Guardian)

Whitehaven_area_1_in_250_000_scale_1

Trasa szaleństwa. Czerwone punkty to p[ostrzelenia ze skutkiem śmiertelnym. Źródło wikimedia.commons

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Breaking news

Trzeba powiedzieć, że w tych dniach media brytyjskie informują bardzo rzetelnie i z dużą nutą sympatii o wypadku i Polsce w ogóle. W zasadzie wyłapałem jeden dysonans - patrz screen z telewizji BBC News. Rozumiem pogoń za sensacją, ale tak wieloznaczny tytuł nie powinien się przytrafić tak szanowanej firmie.

kill1

wtorek, 18 sierpnia 2009
A właśnie pojadę do Newquay!

czyli zamiast przedurlopowego pożengnania

Pojadę do Newquay. A właśnie że tak. Dokładnie dwudziestego, zaraz jak wypłata wpłynie na konto, pierwszym pociągiem po 8.30, czyli tym tańszym. A pojadę tam mimo protestów i szeroko zakrojonej akcji bojkotowania wakacji w tym przepięknym kornwalijskim wczasowisku. Co prawda do bojkotu wzywana jest głównie młodzież, ale ja jeszcze nie czuję się staro. Ba, jest gorzej, z nikim i z niczym w tym przypadku się nie solidaryzuję.
Co się stało w Newquay? Skąd ta akcja? Zacząć chyba należy od tego, że to niewielkie miasto na północnym wybrzeżu Kornwalii, od zawsze słynęło z doskonałych warunków do surfowania. Otwarty Atlantyk, specyficzne wiatry i pewnie kilka innych czynników spowodowało, że własnie tam zdarzają się największe fale, które można pokonywać deską. Nie jest to atrakcja wyłącznie angielska; Newquay zyskało renomę w całej Europie. Do tego stopnia, że latem zamienia się w najmłodsze miasto Anglii, bo przecież surf to dziedzina młodych. Nie byłem jeszcze, ale często jeżdżę pociągiem Newquay - Paddington i wiem, czego się w nim można spodziewać. Takiego natłoku ładnych dziewczyn nie ma chyba w całej północnej Europie.
A gdzie młodzież, tam i wszystkie negatywne zjawiska z młodzieżą związane: seks, alkohol, narkotyki. Chyba jest oczywiste, że życie nocne kwitnie i można tam nieźle się zabawić. W tej rozbawionej miejscowości w tym roku zginęły już dwie młode osoby i to w odstępie ośmiu dni. Jednym z nich był Paddy Higgins (na zdjęciu po lewej), student szesnastolatek, zapalony surfista. Spadł z klifu podczas spaceru, grubo po północy. Oczywiście w stanie nietrzeźwym. Paddy był szalenie popularny wśród równolatków, pamiątkowe strony powstają na Facebooku, pojawiają się apele o podwyższenie wieku sprzedaży alkoholu do 21 roku życia i bojkot wyjazdów do Newquay.

Nie czarujmy się: do tego kornwalijskiego kurortu nie przyjeżdża się w celach intelektualnych: od tego są położone nieco bardziej na północ Boscastle i Tintagel. Do Newquay przyjeżdża się wyszaleć i urwać od rodziców. Obowiązuje atmosfera luzu i buntu, swobodny ubiór, nieraz wyzywający. Gdy ostatnio wracałem pociągiem jadącym z Newquay, obok mnie siedział chłopak w koszulce z napisem "Jestem Spike" a obok szesnastolatka w tlenionych włosach, miniówce i koszulce, tym tazem z napisem: "Jestem dupą Spike'a". To chyba trochę mówi o klimacie Newquay. Zbiorowisko takich ludzi, najczęściej bez opieki, jest potencjalną bombą atomową z nieustalonym czasem wybuchu...

Powiem tak: z nikim nie będę się solidaryzował. Ktoś, kto chodzi do szkoły średniej, z definicji powinien mieć podstawową wiedzę o działaniu alkoholu na organizm ludzki. Poza tym: gdzie byli rodzice? Gdzie było prawo? przecież ten alkohol ktoś mu sprzedał. Rodzice? Po śmierci syna ogłosili akcję by bojkotować Newquay... Aż się nóż w nieszeni otwiera. Nie jestem cyniczny, ale trudno wykrzesać z siebie odrobinę współczucia - kto wieczorem, na niezłej bombie chodzi na klify? Co zawiniła komu ta miejscowość, że wzywa się do jej bojkotu? Zamiast organizować durne akcje, które nic nie zmienią, chyba lepiej zastanowić się, dlaczego tak się stało i wyciągnąć wnioski. A ja na przekór wszystkiemu pojadę do Newquay.

newquay11

Surfing w Newquay (fot. www.st-christophers.co.uk)

Wystarczy obejrzeć teledysk, by zorientować się, jaki nastrój obowiązuje wśród surfistów.

czwartek, 11 września 2008
Ciężkie życie policjanta

czyli dlaczego angielski cop musi schudnąć

Żeby później nie było - zupełnie nie identyfikuję się z tym, co za chwilę przeczytacie. Nie mam zupełnie nic przeciwko osobom cięższym niż ustawa przewiduje, wręcz przeciwnie. Mój najlepszy przyjaciel waży trochę ponad 100 kilo, moja jedyna w życiu narzeczona miała nieco tylko mniej - no ale kobietom wagi i wieku się nie wypomina. Nie tylko nie widzę nic złego w tuszy, ale uważam, że grubaski są sympatyczne, miłe itp. Niestety, dowództwo policji angielskiej myśli zgoła inaczej.
W poniedziałkowym Daily Express pojawił się artykuł, o tym, że angielska policja jest za gruba. Choć moje obserwacje są zgoła inne, zrazu zrozumiałem zmartwienie - że działania operacyjne, że niezdrowe, że trudniej gonić przestępcę... Wszak nawet do polskiego wojska powyżej setki nie biorą. Cóż, równość człowieka jest tylko w dokumentach rewolucji francuskiej. Jednak im bardziej czytałem ten artykuł, tym bardziej wydłużała mi się mina. Wcale nie chodzi o troskę o sprawność fizyczną. Tusza policjantów przeszkadza ni mniej więcej tylko w transportowaniu przestępców i trosce o policyjne samochody!
Okazało się, że obciążone ponad miarę sprzętem radiowozy z trudem wytrzymują nadmiar pasażerów - a właściwie ich wagi łącznej. Okazało się, że aby sprostać normom przeznaczonym dla policyjnych aut, załoga złożona z dwóch słusznej wagi gliniarzy może zabrać tylko jednego pasażera o wadze do 14 kamieni, czyli 84 kilogramy - na tylnym siedzeniu. Takie też wymagania poczyniono i sformalizowano. Chodzi o samochody osobowe używane przez brytyjską policję - forda focusa 1.6 lub vauxhalla astrę 1.3. Pierwsza była policja w Szkocji, w hrabstwie Lothian.
Przy okazji okazało się, co jeszcze zawiera przeciętny policyjny radiowóz: komputery, kamery wideo, ochraniacze na ciało, pachołki, gaśnice... I nie da się żadną miarą tego barachła wywalić, choć można zadać pytanie, czy jadąc na akcję trzeba włóczyć ze sobą cały ten arsenał. Kierowcy, którzy nie zastosują się do wymagań wagi pojazdu, zapłacą grzywnę w wysokości 60 funtów i trzy punkty na prawie jazdy (dopuszczalnych jest 11). Gdy sprawa trafi do sądu, kara może wzrosnąć do 2500 funtów i objąć również zakaz wykonywania zawodu.
Schudnąć więc czy ważyć przestępców przed upchaniem ich do radiowozu? Tego Komenda Główna nie podała i zapewne nie poda. Tym, którzy patrzą na to z punktu widzenia praw człowieka, między innymi do ważenia ile chcą, pozostało tylko wzdychanie na czasy i obyczaje. Taki porządny chłop a za gruby. Najwyżej mogą sobie obejrzeć wyśmienitą komedię "Hot Fuzz", gdzie policjant wygląda porządnie i zdrowo...

Scena z filmu Hot Fuzz. Frank Buttermann (w tej roli Nick Frost) rzeczywiście nie zostawiłby wiele miejsca koło siebie... (fot. wiki commons)

Faktycznie trzeba schudnąć... (fot. tonysomers.50megs.com)

środa, 06 sierpnia 2008
Nie drażnić smoka!

czyli zakazane flagi

Walijczycy są wściekli. Wszystkie wczorajsze dzienniki radia walijskiego zaczynały się od jednej, szokującej informacji: na stadionie olimpijskim w Pekinie nie będzie można świętować sukcesów Walijczyków narodową flagą. Radio Gold (dla południowej Walii) podało nawet, że osoby, które mają przy sobie atrybuty narodowościowe inne, niż uznane oficjalnie przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, nie będą wpuszczane na stadion. A gdy służby porządkowe wykryją zakazane flagi - od razu je skonfiskują. Jako że olimpiada odbywa się w Chinach, które do wszelakich zakazów i nakazów mają stosunek wręcz euforyczny, mozna wierzyć, że tak się naprawdę stanie. I że żaden walijski smok nie będzie witał spodziewanego zwycięstwa walijskich lekkoatletów - Nicole Cook i Dave Daviesa.

Formalnie jest wszystko w porządku. Członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest Wielka Brytania, oficjalnie reprezentowana przez flagę brytyjską - i tylko taką będzie można świętować zwycięstwa Wyspiarzy. Dotyczy to każdej narodowości, niezależnie czy jest ona niezależnym państwem, terytorium podległym czy zależnym w inny sposób. Liczy się państwo, w barwach którego sportowiec oficjalnie startuje. Nie po raz pierwszy MKOl wykazuje się ścisłym rygoryzmem jeśli chodzi o symbole międzynarodowe. Podczas Igrzysk w Melbournew (1956) Niemcy z NRD i RFN tworzyli jedną reprezentację występującą pod... flagą olimpijską. NRD pod swoją własną flaga wystąpiła dopiero w roku 1968. Podobnie potraktowano przejściowy twór o nazwie Wspólnota Niepodległych Państw.

Ale Walijczyków to niewiele obchodzi. "Jak sięgnę pamięcią. walijscy sportowcy zawsze machali flagą ze smokiem - mówi minister sportu gabinetu cieni Jonathan Morgan. - Flaga walijska, na równi z brytyjską jest ważnym symbolem demonstracji dumy Walijczyków". Można się zetknąć nawet z opiniami, że to zamach na wolność walijską, co nikogo raczej nie dziwi, bo stosunek Chin do wolności jest powszechnie znany. A flaga Union Jack mało tu kogo satysfakcjonuje, bo nie zawiera elementów walijskich.

Ponieważ Chiny są dumne ze swych smoków, a potwór ten zajmuje wybitne miejsce w chińskiej ikonografii, sądziłem początkowo, że to wszystko z zazdrości. Można spotkać również inne wytłumaczenie - władze chińskie, w ścisłym porozumieniu z MKOl nie chcą stwarzać pretekstu dla pojawienia się na stadionie innych niechętnie widzianych flag, tym razem tybetańskich. Choc trąci to co nieco spiskową teorią, mając w pamięci "wyczyny" naszej władzy socjalistycznej, jestem w stanie w to uwierzyć.

Flaga Walii, czyli czerwony smok na biało – zielonym tle, zwana po walijsku Y Ddraig Goch. Aczkolwiek oficjalnego uznania doczekała się stosunkowo niedawno, bo w roku 1959, motyw smoka znany jest w Walii od stuleci. Smoka rzekomo przywlekli Rzymianie podczas okupacji Wyspy. Według znanej legendy, czerwony smok mieł się spotkać z białym i stoczyć krwawą bitwę, by wyjść z niej zwycięsko. Co do kolorów też nie ma jasności, zwłaszcza zielonego. Jedni mówią, że to symbol dynastii Tudorów, inni – że symbolizuje pora, narodowe warzywo Walii.

Przegrana czy wygrana (na zdjęciu w tekście) Nicole Cook nie będzie mogłacieszyć się, jak lubi najbardziej... (fot. BBC, viewimages) 

Bez komentarza. fot. Prakhar Amba, Wiki commons

środa, 23 stycznia 2008
Śmierć jak z portalu

czyli o tajemniczej fali samobójstw w Bridgend

Siedmioro młodych ludzi z małego południowowaliskiego miasta Bridgend popełniło w tym roku samobójstwo. Kolejnych kilkunaścioro próbowało to zrobić. Za wiele jak na przypadek. Do tych samych wniosków doszła policja, która pilnie zaczęła się przypatrywać masakrze w Bridgend. Na początku nie znaleziono punktów wspólnych tych tragicznych zgonów i śledczy gotowi byli zrzucić wszystko na okrutny przypadek. W końcu jednak udało sie znaleźć wspólny mianownik...
Jest nim Bebo - popularny w Anglii serwis społecznościowy. Wszyscy zmarli brali czynny udział w życiu społeczności internetowej, bywało, że przesiadywali na Bebo kilka godzin dziennie.
Charakterystyczne, ze po śmierci każdego z tych młodych ludzi na witrynie od razu ukazywały się strony żałobno - kondolencyjne. jak po śmierci siedemnastoletniej Nataszy Randall, która podcięła sobie nadgarstki. Strona informująca o śmierci dziewczyny pojawiła sie kilka godzin po zgonie, zgromadziła 345 członków i odwiedzono ją ponad dwa tysiące razy. Na srtronie można obejrzeć zdjęcia i filmy Nataszy, dokonac okolicznościowego żałobnego wpisu.
Podobne wydarzenia towarzyszyły śmierci pozostałych sześciorga bardzo młodych ludzi. Na tej poodstawie wysnuto wniosek, że głównym powodem fali samobójstw była... chęć popularności, zaistnienia w świadomości internetowej społeczności, zaimponowania wirtualnym kolegom. Nie udowodniono dotychczas, że wszystkie osoby z tego kregu znały sie w świecie rzeczywistym i łączyło je coś wiecej niż wielogodzinne ślęczenie w sieci.
Najokrutniej brzmią słowa matki jednego z chłopców: Wiem, że on w Bebo przesiadywał całymi dniami. Podejrzewam, że zabił się, bo pokłócił się wcześniej z którymś z kolegów w internecie". Szczegółów nie zna, jak i inni rodzice młodych ofiar szaleństwa.
Serwis społecznościowy - dla tych, którzy tego nie wiedzą - to coś więcej niż normalna strona, blog czy czat. W zasadzie to wszystko w jednym: można tam wejść, aby podyskutować, poczytać strony innych użytkowników, wypowiedzieć sie na forumczy zagrać. W Polsce dopiero zyskują sobie prawa obywatelstwa, na Zachodzie znane sa już od co najmniej dwóch lat. Taką namiastką jest znany nam wszystkim serwis "Nasza klasa" czy "fotka". W każdej z tych internetowych społeczności występują siłą rzeczy zjawiska znane z życia rzeczywistego. Z ta tylko różnicą, że w internecie są o wiele bardziej sugestywne, przybierają nieco inne formy.
Serwisy te są atrakcyjne zwłaszcza dla młodych ludzi, gdyż pozwalają, o wiele lepiej niż w rzeczywistości, kreować własną osobe, skoncentrować się na własnych zaletach i zainteresowania, odwrócic uwage od swych własnych słabych stron. W rozwiniętych społeczeństwach rtypu zachodniego, jak na przykład brytyjskim, taka forma życia społecznego stanowi świetną alternatywę dla sennego życia małego miasteczka, jakim jest Bridgend. Charakterystyczne, ze ulice mieścin tego typu nie zaludniają się wieczorem młodymi ludźmi, a w pubach przeważa publiczność dobrze po trzydziestce. Trudno znaleźć jakieś formy tworzenia społeczności młodych. Można więc przypuszczać, że większość z nich siedzi przed ekranem i prowadzi własne życie...
Nie wiadomo, czy hekatomba w Bridgend jest tylko ewenementem, czy też pionierskim elementem nowego stylu zycia. Zanim jednak opdpowiemy sobie na to pytanie, zróbmy coś, póki nie jest za późno...

Natasza i strona na jej cześć. (fot. telegraph.co.uk)

bridgend2

Nudne nijakie Bridgend. Ale to chyba nie powód aby popełniać somobójstwa? (for. tripadvisor.es)

wtorek, 08 stycznia 2008
Odszedłeś od komputera - umyj ręce!

czyli wirus poniekąd komputerowy

Czasem człowiek czyta na internecie takie rzeczy, ze chce mu się wymiotować, oto kilka przykładów - choć nie, te może przy innej okazji. Faktem jednak jest, że  nie w przenośni, a dosłownie kontakt z komputerem na Wyspach może spowodować te przykre dolegliwości żołądkowe. A wszystko to przez nowego wirusa, który przenosi się przez dotyk - a zwłaszcza klawiatury komputera,  komórki, piloty telewizyjne. Nowoczesne się bydlę zrobiło, niech je szlag...

Oficjalna nazwa zarazka to norovirus, powodujący niekontrolowaną chęć wymiotowania występują po trzech dniach. Naukowcy zapewniają, że wirus nie jest zbyt groźny, wyzdrowienie może nastąpić już po dwóch dniach, ale powoduje odwodnienie organizmu. Lekarstwa oczywiście nie ma - jedyny ratunek to pozostanie w domu i spożywanie dużej ilości płynów. 

Zaatakował Wielką Brytanię jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia i szerzy sie w zastraszającym tempie. Naukowcy twierdzą, że jest 200 tysiece razy bardziej zaraźliwy niż salmonella! Z 30 milionów wirusów znajdujących w powietrzu juz sto wystarczy, aby zarazić potencjalną ofiarę.

 Nie oparła mu się żadna część Wysp Brtytyjskich, a zachorowania zaczęły się od drugiej połowy grudnia. W tej chwili norovirus kosi ostro - 200 tysięcy ofiar w ciągu tygodnia, co już spowodowało straty w brytyjskiej gospodarce rzędu 40 milionów dziennie. Tam gdzie nie ma leczenia - pozostaje zapobieganie. W tym wypadku czystość, czystość i jeszcze raz czystość. Wielka Brytania to kraj higieny, choć wcale nie przesadnej. Brytyjczycy są najczęściej czyści, zadbani (nie mówię tu o odzieży, to zupełnie co innego), choć normalne środki ostrożności to wciąż za mało, aby złapać norowirusa. Prasa apeluje więc o podwyższone dbanie o higienę - regularne mycie rąk, dezynfekowanie urządzeń elektronicznych używanych przez więcej niż jedną osobę - klawiatur, pilotów, używanie tylko własnych sztućców, ręczników i w miarę możliwości zastawy stołowej.

Nawet jeśli te zabiegi są lekko przesadzone, wpisują się w klimat lekkiej paniki, która towarzyszy nieznanym chorobom. Rzecz jasna toutes proportions gardees - nie ma jakichś przesadzonych relacji telewizyjnych, norowirus nie jest tematem dnia w tutejszym odpowiedniku tvn24, nawet w pracy słyszałem o nim tylko raz. Ale ten typ tak już ma, nawet ptasia grypa wywołała o wiele mniejszą panikę niż w Polsce. Nie panikujmy więc, róbmy swoje, a "komputerowy" wirus pójdzie sobie tam, skąd przyszedł. 

noro

Tak działa norovirus. Nic z tego nie rozumiem, ale wygląda naprawdę groźnie :) (fot. biomarker.cdc.go.kr) 

piątek, 07 grudnia 2007
Cudowne odnalezienie czy gigantyczne oszustwo?
czyli zagadkowa historia z Wysp

Od czasu do czazsu informuję was o głośnych sprawach, którymi żyje Wyspa - piszą gazety, rozmawiają w pracy itp. Po głośnym zniknięciu Madeleine Mc Cann Wyspiarze mają kolejną ciekawą sprawę, jednak tu problem polega na tym, że... ktoś się odnalazł.
Historia zaczyna się właściwie w roku 2000 kiedy to państwo John i Anne Darwin kupują domek nad Morzem Północnym. Tam John oddawje sie swojej pasji, czyli kajakarstwu. Dwa lata później, 21 marca 2002 roku John wypływa na pełne morze i nie wraca. Zaniepokojona żona informuje policję po dwunastu godzinach od chwili wypłynięcia. John popłynął na pewno - ten fakt widziało sporo świadków. Nastpnego dnia na plażę w Seaton Carew morze wyrzuca szczątki czerwonego kajaka, w którym ludzie rozpoznają własność Johna. Olbrzymia akcja poszukiwawcza na wybrzeżu w promieniu kilkudziesięciu mil nie przynosi żadnego rezultatu.
Po pięciu miesiącach, w sierpniu, pani Darwin stara się o status wdowy. Oświadcza publicznie, że jest jej smutno, iż nie ma grobu, na którym może uczcić pamięć męża. Po upływie następnego półrocza status wdowy zostaje jej przyznany. Urząd Morski stwierdza, że wypadek tamtego dnia był bardziej niż możliwy i mogło dojść do sytuacji, w której wskutek trudności na pełnym morzu John utonął" - brzmi oficjalna ekspertyza.
Causa finita. Pani Darwin może zająć się uporządkowaniem swojego życia osobistego. Kupiony wspólnie dom nad morzem przepisuje na siebie, sprzedaje za 150 tys. funtów i stara sie o odszkodowanie po zmarłym mężu. W tym samym czasie zaczyna odwiedzać Panamę. Spędza tam coraz więcej czasu. Pewnego razu melduje się w hotelu z mężczyzną, a w księdze meldunkowej pojawia się wpis "Anne i John". Przepisy meldunkowe w Ameryce nie są tak rygorystyczne jak w Europie, w hotelu wystarczy podać tylko imię, rzadko kto wymaga jakichkolwiek dokumentów - w Anglii zresztą jest podobnie.
Pani Anna coraz częściej myśli o wyprowadzce do Panamy, a tą wiadomością dzieli się z sąsiadkami i "psiapsiółkami". W koncu wyprowadza się. Udaje się jej przy pomocy dobrych prawników sprzedać jeszcze raz posiadłość nad morzem, tym razem za 295 tysięcy funtów, korzystając ze statusu pokrzywdzonej wdowy.
Cud stał się tydzień temu. Na komendzie policji melduje sie mężczyzna, przedstawiający się jako John Darwin i oznajmiający: To ja jestem zaginionym w wypadku kajakowym człowiekiem. Policja - zamiast paść na kolana - zaczyna węszyć w przeszłości pana Darwina. Docierają do meldunku z jednego komisariatów, w którym zapisano 2 lata temu, że zaginiony kajakarz był widziany. Okazuje się również, że pan Darwin jest zamieszany w przekręt ze sprzedażą domu synowi - i na tej podstawie nie opuścił aresztu aż do dzisiaj. Tłumaczy się, że po wypadku stracił pamięć i przez kilka lat nie mógł sobie niczego przypomnieć. W tej chwili przechodzi specjalistyczne badania psychiatryczne, które mają stwierdzić wiarygodność zeznań.
Przedwczoraj głos zabrała żona, stwierdzając w oświadczeniu kierowanym do mediów, że jest przepełniona radością, że mąż sie odnalazł - oświadczeniu, dodajmy, wydanym z Panamy. O wielu niejasnościach w tej historii milczy. Dlaczego na przykład w jednym z profili internetowych dwa lata temu zmieniła status na mężatkę z dwójką dzieci. Cała Anglia łamie teraz głowy, co też naprawdę się stało pięć lat temu i pierwszego grudnia - rzeczywisty cud czy próba kantu na sprzedaży posiadłości? Odnalazł się zaginiony mąż czy nie udało się wykombinowac naprawdę dużej forsy z lewej sprzedaży domu i odszkodowania? Czas pokaże.
delict1
To zdjęcie - zrobione rzekomo dwa lata temu - ma dowodzić, że pan Darwin tak naprawdę nie zginął./
aresztowanie
Aresztowanie Jonha Darwina. (fot. Daily Mail)
czwartek, 22 listopada 2007
Polsko - angielska wojna o karpie

czyli idą święta...

 

Jeszcze listopad się nie skończył, a Brytyjczycy już drżą o swoje karpie. Dokładniej o to, że Polacy wyłowią je im ze stawów. A trzęsą się o nie do tego stopnia, że wędkarska organizacja ochrony środowiska wodnego FACT opracowała specjalny plakat przestrzegający przed łowieniem i spożywaniem karpi. Jak to wygląda, możecie obejrzeć poniżej.

Znak opracowano, gdyż Anglicy obawiają się zmasowanego ataku na stawy w poszukiwaniu naszej ulubionej ryby. Chyba tylko, aby nie podpadać za bardzo Polakom, znaki opracowano w dziewiętnastu językach. Kto chce, może je sobie ściągnąć z sieci i wydrukować. Znak jak znak, mnie śmieszy ten facet z rybalem pod pachą, ale jeśli to ma podnieść skuteczność zakazu, mogą na mój gust narysować nawet nosorożca.

Dodatkowo wprowadzono specjalne patrole wokół najbardziej łownych jezior w Anglii. Mają one za zadanie pilnować, aby żaden karp nie trafił do torby wędkarza a z powrotem do wody. Ten sam zakaz dotyczy szczupaków i wszelkich innych ryb słodkowodnych.

Dla Anglika karp jest rybą niejadalną, tak samo jak wszystkie inne pływające w rzekach. Wolno jie łowić, ale tylko jako eksponat do fotografii - złowioną rybę należy wrzucić z powrotem do wody. Kto tego nie rozumie - musi zapłacić wysoka karę, sięgającą nieraz tysiąca funtów. Mniej więcej tyle samo płaci się za oglądanie telewizji bez zapłacenia za abonament.

Dla Polaków taka idea wędkarstwa jest zupełnie niezrozumiała. Ci, którzy nie rozumieją przepaści kulturowej nazywają to zwykłym idiotyzmem, co bardziej tolerancyjni uśmiechają się tylko. Ale i Anglicy otworzyli oczy. Na forach internetowych nie ma już tak potępieńczych głosów jak rok lub dwa lata temu. Pojawiają się inne, jak na przykład taki: "Zawsze to jakaś alternatywa dla nudnego indyka na święta. Możecie podać jakiś polski przepis?"

A będzie go można wypróbować, bo Anglicy wyczuwszy pieniądze porzucili swą awersję do karpi - największe hipermarkety zapowiedziały świąteczne dostawy tej świętej dla Polaków ryby.

plakat

(fot. Evening Standard, plakat: FACT)

wtorek, 20 listopada 2007
Opary absurdu

czyli sprawa Madeleine - część III

 

O sprawie Madeleine McCann pisałem już dwukrotnie i obiecałem informować o dalszych postępach w tej sprawie. Ludzi to bardzo interesuje, nawet w Polsce - codziennie kilkanaście osób właśnie tu szuka najnowszych informacji.

Niestety, nie mam ich wiele. To znaczy aktualnościami w sprawie Madeleine mógłbym wypełnić cały tydzień, tylko po co? Żadna z nich nie okazała się na tyle przełomowa, aby odetchnąć z ulgą. Niemniej pojawiło się kilka nowych okoliczności, które rzuciły nieco inne światło na sprawę.

Rozstaliśmy się w momencie, gdy zaczęto szukać Madeleine nawet przy użyciu metod parapsychologicznych - nieskutecznie. Następnie na czołówki gazet wrócił eks Anglik Robert Murat, karany uprzednio za pedofilię. Niestety nie miał niczego ciekawego do powiedzenia. Nie wiedział również, dlaczego jego narzeczona była rzekomo widziana z małą dwa dni po jej zniknięciu. Kilka dni temu czołówki bulwarówek poinformowały, że matka Madeleine, pani McCann odmówiła się podania badaniom na wariografie (zwanego potocznie wykrywaczem kłamstw). Cóż, jej prawo, badania wariograficzne nie są wszak przez nikogo uważane za dowód. Może to oznaczać, że portugalska policja już dokumentnie pogubiła się w sprawie.

Ale nowości są. Policja zainteresowała się bliżej kościołem w Praia de Luz - miejscowości gdzie zaginęła Madeleine. W kościele tym rodzice modlili się o odnalezienie ich córki. Ale przecież nie o to chodzi. Gdy cztery miesiące temu do szukania Madeleine użyto policyjnych psów, zatrzymały się ona właśnie przy tym kościele. Obecnie przypuszcza się, że właśnie w tej świątyni ukrywano ciało Madeleine bezpośrednio przed jego ostatecznym wywiezieniem w nieznane.

Według najnowszej teorii portugalskiej policji (której z kolei) Madeleine zabito w miejscu zamieszkania i przewieziono właśnie do tego kościoła. Rodzice Madeleine byli - jak informuje prasa - w bliskiej zażyłości z duchownym tego kościoła Josephem Manuelem Pacheco, tak bliskiej, że ten powierzył im nawet klucze do świątyni. Czy wiedział coś więcej? - to właśnie usiłuje ustalić policja. Kościół przeszukano po cichu i prawie w atmosferze konspiracji.

Jest tak jak przewidziałem - im dalej od trzeciego maja, tym bardziej dziwne i nieraz absurdalne formy przybiera śledztwo. Absurdalne - bo narzeczona Murata widziana była przez jakąś Niemkę, niezbyt pewną daty, bo dalej nie ma najmniejszego dowodu obciążającego kogokolwiek, bo... takich wątpliwości jest mnóstwo. A większość z nas jest już zmęczonych sprawą i czeka na koniec. jakikolwiek by był, choć - na szczęście - nie ma jeszcze dowodu na to że Madeleine nie żyje...

kosciol

Feralny kościół.

pracheco

Ksiądz Pracheco i matka Madeleine (zdjęcia Daily Mail)

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: