sobota, 03 września 2011
Osioł zrobiony w konia

czyli zwiedzam las

Kiedyś, dawno temu, w radiach leciała taka grafomańska piosenka: Dziś urządzę sobie bal, dziś nie usłyszę morskich fal... Tak mi się nasunęło, kiedy wybierałem się na kolejny wyjazd. Jechało się zaiste ciężko:

Tak, to New Forest w południowej Anglii,w  hrabstwie Hampshire, na wschód od Southampton. Wbrew swojej nazwie, las wcale nie jest nowy, a rejestrowany był już w Domesday Book jako Nova Foresta. Wieki całe służył kolejnym królom do polowań na jelenie. Dbano o niego, chuchano i dmuchano, do tego stopnia, że w bezleśnej Anglii jego powierzchnia jest większa niż w jakichkolwiek czasach historycznych i wynosi ok. 120 km. kw..

DSCF2026

Łatwo zauważyć, że dominują lasy liściaste, z przewagą dębu i brzozy, choć i iglaków nie brakuje - są one dość częste w środkowej części parku. Dęby w lesie dochodzą nieraz do imponujących rozmiarów. Oto jeden z nich na campingu, na którym rozbiłem swój namiot:

DSCF2052

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie rzucił okiem na to, co w tym lesie jest. Ponieważ początek września jest okresem grzybowym, liczyłem na to. że coś znajdę. Ale w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że będę się niemal przewracał o grzyby! A tutaj, bez większej przesady, właśnie tak było. Pieczarki, kurki, kozaki... Anglicy na grzybach się nie znają i konsekwentnie ich nie jedzą.

DSCF2041

Prędzej padną pastwą koni, kucyków czy osłów, których tu jest cała masa. I jak na park narodowy przystało nawet ten najmłodszy i najmniejszy na Wyspie, są one obdarzone prawie idealną wolnością. Szwenda się zatem to towarzystwo po wioskach, drogach, gdziekolwiek się da. Tu wpadły do pubu, zapewne na piwo:

DSCF2004

Jak już wspomniałem, kopytne towarzystwo darzone jest wręcz uwielbieniem, zwłaszcza przez turystów, których jednak przy każdej okazji prosi się, by nie karmić zwierząt - stają się wtedy agresywne, zwłaszcza dla tych, którzy nie chcę ich karmić... Co ciekawe, za zwierzątkami ujęli się również... inżynierowie. W miejscowości Brockenhurst , w środku parku narodowego, zrezygnowano nawet z mostu, by zwierzątka miały gdzie zmoczyć pysk. Miejsce to nazywa się splish i jakoś żaden z kierowców nie protestuje przeciw obowiązkowemu myciu podwozia. Nie, nie widziałem przejechanych ryb.

DSCF2008

New Forest otoczony jest z południowej strony kanałem La Manche (mam zdjęcia ale obiecałem, że nie będzie żadnego szumu fal) i sporymi miejscowościami: Fordingbridge, Ringwood, New Milton, Southampton, Lymington. Oto - moim zdaniem - najciekawszy obiekt, na jaki się natknąłem zwiedzając te miasta - kamienny zabytkowy most w Fordingbridge:

DSCF1994

A oto widok z niego - w środku miasta:

DSCF1998

Pamiętacie doby kryte strzechą, kŧóre pokazywałem przy okazji wizyty na wyspie Wight? Wyspa oddalona jest od New Forest zaledwie o krótki rejs przez cieśninę Solent - zatem budownictwo tu podobne. Oto typowa chata dla tych okolic:

DSCF2006

poniedziałek, 01 listopada 2010
The Bartek i ludzie od Robina

czyli drzewo Anglii nr 1

Jaki jest najbardziej znany dąb w Polsce? Głupie pytanie. Tego uczą w szkole i to jest niemal świętość narodowa. Kiedy jednak ktoś na Wikipedii popełnił artykuł o największym i jednym z najstarszych dębów w Anglii, ktoś inny zaproponował, by... artykuł usunąć. Co tam jakieś drzewo, nawet nie wiadomo czy jest encyklopedyczne... - taka była argumentacja.
Cóż, powstrzymam się od komentarzy. Natomiast nie mogę powstrzymać by przedstawić Wam największe - i najbardziej popularne drzewo w Anglii, laureata plebiscytu z 2002 roku na najpopularniejsze drzewo w Anglii. Ladies and gentlemen, this is Major Oak.

Angielski Bartek rośnie sobie - jakże by inaczej - w lesie Sherwood. Tak na marginesie, kraj, który jest de facto bezleśny, dorobił się lasu, który jest znany na całym świecie. Przyjrzyjmy się temu kolosowi. Drzewo waży 24 tony, maksymalna rozpiętość gałęzi wynosi 28 metrów a obwód - 10 osób. Zakładając, że rozpiętość ramion człowieka wynosi 1.40 m, potrzeba ośmiu dorosłych ludzi, żeby go objąć. Tyle, że nigdy do tego nie dojdzie, bo drzewo jest dość szczelnie odgrodzone, zwłaszcza od miłośników pamiątek. Ci mogą sobie pozbierać żołędzie, których drzewo produkuje w dobrych latach około 150 tysięcy. Pewnie na e-bayu będą tanie. Wcale nie z patriotycznego obowiązku stwierdzić trzeba, że Bartek jednak jest większy - w obwodzie ma ok. 13 m a rozpiętość korony dochodzi do 40 metrów. O jego płodności kroniki raczej milczą.

Natomiast sporo kontrowersji dotyczy wieku owego dębu. Brytyjczycy są przekonani, że ma 1000 lat, naukowcy dają mu około 800, choć niektórzy uważają, że drzewo dobija do 1200. Podobno w dziupli Major Oak schronienie znajdowali kompani Robin Hooda - tak przynajmniej mówi lokalna tradycja. Dąb, owszem, już wtedy istniał, jednak zapewne był zbyt młody na tego typu schronienie. Złote lata dla niego przyszły później, a chylić się zaczął w czasach wiktoriańskich, kiedy to przeprowadzono pierwsze poważne prace konserwatorskie, zresztą dość podobne jak przy Bartku, czyli zalanie betonem środkowej, zmurszałej części pnia.  Obecnie drzewo jest uwielbiane, czczone i nie wiem co jeszcze - no ale sami powiezcie, czy na to nie zasłużyło?

Oldest_tree_in_Sherwood_Forest_park
Major Oak latem. (fot. Wikimedia Commons, Javier Caro, lic. cc-by-sa i GFDL)

poniedziałek, 25 października 2010
Największe oszustwo Anglii

czyli trochę o dziwnej geografii na Wyspach

Wyobraźcie sobie coś takiego. Jesteście w pewnym kraju, gdzie jest Bardzo Ważny Obiekt. Taki, o którym uczą w szkołach, który trzeba, bo nawet nie wypada znać. Ładujecie masę kasy, Ważny Obiekt zaliczacie, oczywiście nie bez masy okolicznościowych zdjęć. Po czym, po jakimś czasie dowiadujecie się, że ów Ważny Obiekt nie miał prawa stać w tamtym miejscu, a całość jest po prostu wielką lipą...

Co prawda lipa w UK nie rośnie, ba, nawet nie ma jednej sensowej nazwy dla wszystkich odmian angielszczyzny - ale szwindle się zdarzają. Takim ogromnym przewałem jest... południk zerowy w Greenwich. Trzeba przyznać, że obserwatorium jest ciekawe, zwiedza się przyjemnie, ale... południk zerowy wcale nie przebiega tam, gdzie jest wymalowany dla potrzeb symboliki i turystów z całego świata. Jak to? - zapytacie. Ano tak to. Jak tłumaczył mi zaprzyjaźniony kartograf z Wikipedii, nic nie jest wieczne, a na pewno nie umowy ludzkie. Tymczasem południk zerowy nie jest w żaden sposób wyznaczony przez naturę, a jest skutkiem pewnej arbitralnej decyzji. Decyzji, po której przyszły następne. Po przyjęciu za standard systemu World Geodetic System 84, południk zerowy z przyczyn technicznych został przesunięty o około 100 m (dokładnie 5.31 sekundy) na zachód. Pocieszyć się można, że jednak kiedyś nie robiono ludzi w trąbę...

Jeśli o geografii made in UK się zgadało - jest jeszcze jedno, co dziwi tych, którzy ślepo wierzą mapom i słownikom. Niedawno rozmawiałem z kimś z Polski na IRC i ten ktoś uparcie twierdził, że Liverpool jest na zachodzie Anglii. Dla mnie, jak też dla Anglików, jest on wybitnie na północy. Na zachodzie to jest Bristol... Okazuje się, że kierunki Anglii nie do końca pokrywają się z kierunkami świata i w wyobraźni Anglików są mocno przesunięte na południe. Dlaczego - nietrudno się domyślić. Jak wszędzie, zwyczaje, obyczaje i styl myślenia narzuca stolica. A że Londyn jest mocno na południowym wschodzie, to i kierunki się nieco przesunęły.

Na zakończenie zagadka: które polskie miasto leży na szerokości geograficznej odpowiadającej Land's End (przyjmijmy jej wartość na 50 stopni a równika na razie nikt nie przesuwał). Kiedy podaję to ludziom, wszyscy myślą na początku, że żartuję, więc sprawdźcie sami. Wesołej zabawy życzę...

Coś czego nie ma w tym miejscu czyli południk zerowy na Greenwich. Foto Wikimedia Commons, Ævar Arnfjörð Bjarmason, lic. cc-b

Trzeba mieć sporą wyobraźnię, by twierdzić, że Slough leży na zachodzie... (fot. http://s0.geograph.org.uk)

piątek, 08 października 2010
Bomba pod nogami?

czyli wizyta w tajemniczym ogrodzie

Ten urlop nie wyszedł mi. Siedziałem kilka dni pod namiotem gdzieś w południowej Kornwalii koło Falmouth i dosłownie pływałem wraz z innymi rzeczami w namiocie. Do domu nie mogłem wrócić z przyczyn technicznych, miałem ekipę remontową w pokoju. Zatem zwiedzania nie było za wiele, ale trochę się znalazło.

O angielskich ogrodach wiadomo sporo. O ogrodach kornwalijskich jeszcze więcej. Specyficzny, śródziemnomorski klimat, brak zim (do tego stopnia, że jak już spadnie jeden centymetr śniegu, to potrafi wywalić autobus, co zdarzyło się w tym roku w Penzance), wilgoć, powoduje, że wszystko rośnie jak głupie. Tę cechę Kornwalii wykorzystano już w epoce wiktoriańskiej, zakładając ogrody, z których wiele, jak np. Trebah czy znajdujący się tuż zaraz Glendurgan, przetrwały do dziś.

Zapraszam do wypadu do Trebah. Ogród przechodził różne dzieje, właścicieli zmieniał jak rękawiczki. Podczas drugiej wojny światowej służył za... tajny magazyn amunicji, czemu specjalnie nie należy się dziwić: dzika dżungla tuż nad zatoką była świetnym punktem niezwracającym czyjejkolwiek uwagi. Zwiedzając miałem jednak nadzieję, że do tej pory amunicję uprzątnięto i nic nie rypnie mi pod nogą. Są kraje, w których obawiałbym się bardziej...

Dziś Trebah jest pod opieką National Trust, który doprowadził ogród do stanu wstrząsającego. Chyba gdzie indziej trudno o miejsce, w którym roślinność z pół świata rośnie sobie pod gołym niebem. A jest tego masa: agawy, opuncje, z drugiej strony scrub chilijski i bambus - jeśli wierzyć zapewnieniom, jest to najszybciej rosnący babmus w tej części Europy, 20 cm na dzień. Choć całość robi wrażenie kosmicznej dżungli, ogród jest zorganizowany i zadbany, ma swą część suchą i wilgotną, rośliny są doskonale opisane, zadbano również o specjalne ścieżki edukacyjne dla dzieci, a czwartek jest poświęcony w całości edukacji. Słowa o edukacji nie są pustymi sloganami: kto dotrze ekologicznym środkiem transportu, otrzyma zniżkę za bilet: autobusem 50 procent, pieszo 25 proc.

Zapraszam na krótką przechadzkę. Miałem kłopot z wyborem zdjęć, których tam wykonałem ponad setkę. Mam nadzieję, że udało mi się oddać specyficzny klimat tego miejsca. Następny urlop za rok.

dscf1658

Wejście do ogrodu wygląda niepozornie...

dscf1634

... ale to tylko pozory.

dscf1621

Jak to śpiewali? Gdzie spojrzysz, dokoła dżungla...

dscf1653

Jaki to kolor? Zielony...

dscf1623

Pod taką palmą świetnie się wypoczywa.

dscf1626

Jak ktoś chce - może pooglądać ryby. Widać je stąd.

dscf1617

Zawsze miałem słabość do agaw.

dscf1647

Hortensja, taka nieco dziwna

dscf1644

Tędy właśnie przenoszono bomby i granaty.

 

piątek, 28 sierpnia 2009
Rzeka, która płynie w dwie strony

czyli o osobliwościach pływów

Kiedy byłem dzieckiem i jedynym morzem, jakie znałem był Bałtyk, zjawisko pływów morskich było nie do ogarnięcia. Za żadne skarby świata nie mogłem zrozumieć, dlaczego wody jest w morzu raz więcej, raz mniej i czym to jest spowodowane. Szkoła średnia rozwiązała sprawę czysto teoretycznie, owszem, dowiedziałem się, że ma to związek z księżycem, ale, prawdę mówiąc, nie do końca mnie to przekonało. Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli...
Pierwszy przypływ w życiu widziałem w dość ciekawej formie, w postaci tzw. tidal bore, czyli po naszemu, cofki. Były to moje pierwsze dni w Anglii, pomieszkiwałam wtedy u Briana, który miał dom nad rzeką - i to on pokazał mi moment, w którym rzeka nagle zaczyna płynąć w drugą stronę. Wygląda to jak fala (bo w sensie fizycznym jest to fala niewątpliwie), która porusza się z szybkością dość wolnej jazdy na rowerze i w momencie przepływu wydaje charakterystyczny dźwięk, chyba nie do porównania z czymkolwiek innym. Później rzeczka przez pół dnia płynie sobie w głąb lądu, po czym, gdy przypływ się kończy, zaczyna płynąć bardziej do rzeczy, czyli we właściwym kierunku. Jednak wizualnie jest to znacznie mniej ciekawe. Jak to wygląda, możecie sobie obejrzeć na fotografii obok.
Takich rzek nie ma zbyt wiele na świecie, może doliczyłby się setki, a występują w miejscach największych przypływów morskich: Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Francji, Anglii i Ameryce Południowej. W Wielkiej Brytanii jest ich 13, z czego siedem w Anglii.
Drugi raz zjawisko pływów niemal zrujnowało moją wieloletnią przyjaźń. Kolega przyjechał w odwiedziny i zapragnął zobaczyć Kanał Bristolski i Cardiff z jego drugiej strony. Nie bardzo widziałem sens tej wycieczki, no ale uległem namowie. Pojechaliśmy do Burnham-on-Sea. jakie było moje zdziwienie gdy zamiast morza ukazała się naszym oczom szaro-bura piaszczysta pustynia aż po horyzont... Pierwsza reakcja kolegi to: Ty mnie chyba robisz w konia... Dopiero odwiedziny w informacji turystycznej i dokładne przestudiowanie tablicy pływów pozwoliły stwierdzić, że mamy do czynienia z największym odpływem w roku.
Dane statystyczne wskazują, że okolice Kanału Bristolskiego oraz angielskie wybrzeże atlantyckie szczyci się drugimi pod względem wysokości pływami na świecie, po wybrzeżu wschodniej Kanady (Zatoka Fundy), a różnica między punktem minimalnym i maksymalnym wynosi przeciętnie osiem metrów, a w porywach nawet do piętnastu!
Obserwowanie pływów to spora frajda, ale i niebezpieczeństwo. W wielu kurortach turystów ostrzega się o godzinach przypływów i odpływów, a w ich tablice można zaopatrzyć się w księgarniach, podaje je również lokalna prasa nadmorska.

dscf0163

Ostatni odcinek rzeki Camel w Padstow. Zdjęcie wykonane 23 sierpnia 2009 o godzinie 11. W głębi koryto rzeki Camel.

dscf0220

I zdjęcie z tego samego miejsca przy nieco innym ustawieniu kamery tego samego dnia o godz. 18.00.

Zdjęcie cofki - Chris007, Wikimedia Commons, lic. Cc-by-sa-2.5, zdjęcie rzeki Camel - autora, prawa do kopiowania przy podaniu autora i źródła.

 

niedziela, 28 czerwca 2009
Przywaliło!

czyli burza po angielsku

Kiedyś sporządziłem listę wszystkich katastrof, które mogą mnie w życiu spotkać. Na tym modelowo długim wykazie znalazło się chyba wszystko, od zawału serca i wylewu krwi do mózgu aż do tak egzotycznych zdarzeń jak trzęsienie ziemi czy zatopienie statku. Nie było tylko jednego - że w chałupę, w której właśnie przebywam, walnie piorun. Naturalnie, jako że rzeczy nieprzewidywane zdarzają się najczęściej - rąbnęło zdrowo. Pokłosie: rozwalony laptop, którego naprawa - jeśli w ogóle możliwa - będzie kosztowała około stu funtów, router (który ucierpiał wyjątkowo malowniczo), drukarka. Filtry telefoniczne, kilka żarówek to już pomniejsze straty, które można pominąć. I nic nie pomogło, że część sprzętu była wyłączona; wzajemne powiązanie wszystkiego kablami sprawia, że chyba cały dom trzeba by było odłączyć od prądu aby przetrwać burzę.

Burza w Bridgwater to bardzo rzadkie zjawisko, z racji tego że jak nadchodzi, to wali albo w morze albo w pobliskie wzgórza Quantock. Tym razem nie po drodze jej było i poszalała sobie nad moim domem. Pierwsze, co zrobiłem po fakcie, to zainteresowałem się, czy dom ma piorunochron. Nie ma. W ogóle niskie domy w Anglii nie mają tego niezbędnego urządzenia. Co prawda piorunochron to wynalazek amerykański, ale, na Boga, indukcję elektromagnetyczną odkrył Brytyjczyk Faraday i choćby z tego powodu Anglia powinna być uzbrojona w to urządzenia po zęby. Nic z tego. Zapytany przeze mnie gospodarz odrzekł beztrosko: a co ja, wieżowiec mam? Dodał tylko, że dom ubezpieczony, więc mogę dochodzić rekompensaty.

Zdziwiłem się potwornie. Polska ubezpieczalnia nie wypłaciłaby mi ani grosza i wykazała przy okazji zaniedbania takie, że cud że jeszcze nie siedzę w ciupie. Dom bez piorunochronu, lokator beztrosko nie odłącza sprzętu przed burzą... Co ciekawe, na pomysł odwiedzenia ubezpieczyciela naprowadziło mnie więcej Anglików, argumentując, że ich znajomym w podobnych przypadkach pokrywali naprawę sprzętu. Że nie ma piorunochronu? Nie ma takiego obowiązku - i to w kraju, gdzie z powodu BHP nie wolno przed mieszkaniem w bloku mieć wycieraczki, bo może przeszkadzać w ewakuacji. Że poniosłem straty przez własną głupotę? Ależ skądże, nigdzie nie ma prawnie zapisanego obowiązku używania zdrowego rozsądku. Nie ma też nigdzie przepisu że podczas burzy ma być wszystko wyłączone - więc ubezpieczyciel nie będzie miał żadnego prawa się przyczepić. Hmmm, może jednak pójdę do tej ubezpieczalni?

800px-Fulmine-notturno-su-Roma

Tak to musiało wyglądać...

Fot  Pensierolaterale - wikimedia commons, cc-by-sa-3.0

czwartek, 18 czerwca 2009
Do zobaczenia za rok...

czyli wiosna jak wiosna

Kiedyś zastanawiałem się jak wygląda wiosna w różnych krajach. Angielska nie jest ani brzydsza ani ładniejsza od polskiej. Może przychodzi trochę wcześniej, bo od razu po jesieni i przez co trwa nieco dłużej. Ma to swoje dobre strony; szybciej się nudzi i łatwiej się z nią pożegnać. Ale można tęsknie rzucić okiem... Fotografie wykonane zostały w Oksfordzie, Weston-super-Mare, Highbridge, Taunton, Exeterze i Bridgwater.

DSCF0025a

Uwaga, nadchodzi...


DSCF0011

Pora na gimnastykę i naukę pływania dla przedszkolaków.

 

DSCF0001a

Wschód słońca nad Kanałem Taunton - Brudgwater.


DSCF0075

Wiosna zawitała w szacowne mury Oksfordu

 

DSCF0028

Prawie jak w Polsce...


DSCF0015

I myśli, że jej nie widać...

 

DSCF0038

Śliczny jeastem, nie?


DSCF0011

Pierwsze promienie wuiosennego słońca. Przed katedrą w Exeterze.


DSCF0060

Czy to nettle, chadron czy pokrzywa - wszędzie parzy tak samo.


DSCF0022

Jestem do tego stopnia nogą z biologii, że nie wiem co to za kwiatek. Z łaciny pamiętam nazwę "primulla" i to chyba jest to. Jak nie to przepraszam... Ale przyznacie, że kwitnie ślicznie.


forsy

Taka forsycja może przydać uroku nawet najbrzysdszemu zakątkowi. Tu - zapuszczone podwórko w  Weston-super-Mare.


kaczka1

Brzydkie kaczątko...

 

DSCF0066

Do zobaczenia za rok!

Zdjęcia autora na podwójnej licencji GNU FDL i Cc-by-sa-3.0 Znaczy to w skrócie - rób z nimi co chcesz ale podaj autora!

 

poniedziałek, 28 lipca 2008
Bestia z Bodmin

czyli jedź tu pod namiot...

Jaki jest najbardziej znany osobnik na Wyspach, z gatunku takich co go nikt nie widział? Zagadka łatwa nawet dla średnio rozgarniętego dziecka - potwór z Loch Ness oczywiście. No ale to Szkocja, kraina dzika, nie zamieszkana tak jak południe Wyspy, to i potwory mogą się pojawiać. Ale tutaj? Dlatego zdziwił mnie w zeszłym roku mój walijski kolega, Dave Dickinson, przestrzegając: "Jeśli jedziesz do Kornwalii, uważaj na bestię z Bodmin. Dawno już jej nikt nie widział, ale kto wie...".
Początkowo sądziłem, że mam do czynienia kolejną miejską legendą, czymś w rodzaju czarnej Wołgi w wydaniu kornwalijskim. Czarny, ogromny kot, łażący po bezdrożach Bodmin Moor, porywający króliki i przydomowe zwierzęta... - nie ze mną takie kity. Rzuciłem się do czegoś, co sie obecnie nazywa modnie researchem. Szukałem na necie, pytałem innych znajomych. Mina mi nieco zrzedła, gdy zobaczyłem wiarygodne zdjęcie bestii z Bodmin opublikowane przez BBC (to ten obrazek na górze po lewej). Powoli wychodziły na jaw co ciekawsze rzeczy.

W latach siedemdziesiątych Wielką Brytanię opanowała moda na trzymanie w domu egzotycznych zwierząt - i nie chodzi tu bynajmniej o rybki akwariowe. Węże, kotowate, nawet piranie się zdarzały. Nie tylko w Wielkiej Brytanii zresztą, zdaje się że ta zaraza dotarła nawet do Moskwy, pamiętam reportaż z tego miasta o człowieku zagryzionym we własnym mieszkaniu przez lwa. Tutejsze dzikie zwierzęta również wyrządzały sporo szkód, do tego stopnia, że władze brytyjskie zdecydowały się powiedzieć "dość!" W 1976 parlament brytyjski uchwalił restrykcyjną ustawę bardzo ograniczającą rodzaje zwierząt trzymanych w domu. Zdaje się, że zakazano jakieś trzy czwarte całej systematyki.
Jeszcze żadna ustawa nie spowodowała natychmiastowego zniknięcia żadnych rzeczy zakazanych (aczkolwiek jest to niespełnionym snem każdego ustawodawcy), toteż problem istniał dalej. Większość zwierząt oficjalnie uśpiono, lecz zdarzało się, że ludzie pozbywali się ich "na skróty", porzucając w miejscach mało uczęszczanych, jak np. Bodmin Moor, Dartmoor czy tez Exmoor. Bestia z Bodmin jest więc (o ile istnieje lub istniała) takim porzuconym kotem, najpewniej jaguarem, buszującym sobie bezpańsko gdzieś między Bodmin a Mevagissey. Na to zresztą wskazują opisy tych, którzy bestię widzieli.
Pod koniec lat 90. znaleziono nad rzeką Fowey tajemniczą czaszkę, niepodobną do żadnych gatunków europejskich (patrz rycina z prawej). Zjawiskiem zainteresował się nawet brytyjski rząd i cała masa kryptozoologów. Nie znalazłem żadnych konkretnych ustaleń.
Koniec mitu? Ależ skąd. Po angielskich pustkowiach dalej biegają jakieś niezidentyfikowane zwierzęta, są nawet tacy, co je widzieli. Wierz<ę im o tyle, że mam w tym swój własny inrteres - z reguły wypoczywam w miejscach dość mało zaludnionych a ciekawych przyrodniczo. I jedź tu człowieku pod namiot...

800px-Black_jaguar

czarny jaguar - prawdziwe oblicze bestii z Bodmin?

piątek, 11 stycznia 2008
A mnie jest szkoda zimy...

czyli o śniegu co u nas nie pada

- Mogę zamknąć okno? Zimno się jakoś zrobiło.
- Tobie zimno? Przecież jesteś z Polski, nie powinno Cię to ruszać...
- Polska Polską, ale w oceanie też wrzątek nie pływa...
Takich dialogów przećwiczyłem już setki. Anglikom co prawda nie wydaje się, że po Warszawie chodzą białe niedźwiedzie, ale zawsze lokują nas w grupie pochodzących z zimnych krajów i dziwią się, że i my potrafimy nie akceptować chłodu. No i co niektórzy zmuszają do siedzenia całą noc przy otwartym oknie.
Tu gdzie mieszkam, zimy w naszym kontynentalnym rozumieniu faktycznie nie ma. Listopadowe pluchy przeciągają się aż do połowy stycznia, po czym następuje długi start wiosny. Pod koniec stycznia rozkwitają pierwsze żonkile, przebiśniegi (nazwa równie adekwatna jak świnka morska), a pod koniec lutego drzewa puszczają już pierwsze pąki. Cóż, mieszkam nad oceanem i trudno oczekiwać zasp i zadymek. Nie znaczy to, że nie ma przymrozków i że temperatura nie spada poniżej zera. Owszem, ale głównie podczas wyżów i z tego śniegu nie ma. Jedyna radość z takiej zimy to oglądanie podczas powrotu z pracy wsciekłych Anglików drapiących szyby czym się da i klnących przy tym w cholerę. Każdy taki dzień owocuje masą spóźnień w pracy z uwagi na ciężką zimę, a pracodawca skwapliwie to usprawiedliwia. Prawdziwa zima była na półwyspie Kornwalijskim ponoć trzydzieści lat temu, pamiętnego 1979 roku, kiedy i u nas szalała zima stulecia. Wieść gminna niesie, że nawet i tu wyłączali prąd.
Śnieg pamiętam tylko raz: jechałem do pracy późną nocą (zaczynałem wtedy o jedenastej wieczór), z nieba leciały grube płaty, ale natychmiast roztapiały się na mokrej ziemi. Przepraszam, był również drugi raz, byłem akurat w Londynie i odwoziłem Michała na lotnisko. Londyńczycy brodzili w mokrej brei, oczywiście mamrocząc coś pod nosem o klęsce żywiołowej, nawet taksówkarz, który mnie wiózł rzucił coś o dopłacie za pracę w trudnych warunkach. Ale kiedy tylko wyjechałem za Bristol, nagle zrobiło się zupełnie czarno, a pagórkowatym terenie widać było wyznaczone prawie od linijki granice klimatu oceanicznego...
Nie znaczy to, ze Anglicy sa ciepłolubni. Widok dwóch kilkunastoletnich dzieciaków w środku stycznia ubranych w koszulki z krótkim rękawem nie jest niczym wyjatkowym. Na początku widząc coś takiego przechodziły mi ciarki, a wczoraj pojechałem na zakupy w lekkim polo. Ale jak świat swiatem, zawsze lepszym urzadzeniem do mierzenia temperatury był termometr niż kalendarz. Stąd może te wieczne wojny o otwieranie okien. A ja naprawde tęsknię za zimą i zaspami.

snowmap2

Mapa opadów sniegu dla mojego regionu., Albo Metoffice łże jak bura suka :) albo ja coś przespałem. Dwa dni ze śniegiem rocznie... A to sobie wymyślili.

telephone_box_snow_02

Dość rzadki obrazek jak na Londyn...

wtorek, 14 sierpnia 2007
Angielsko - niemiecka wojna na króliki

czyli zwierzęta na Wyspie - cz. 2

 

Swojego czasu gazety obiegło zdjęcie największego królika świata. Miałby on mieszkać w Niemczech, nazywać się Herman i ważyć około sześciu kilogramów (patrz zdjęcie). Ciekawostkę przedrukowały prawie wszystkie media w Europie, nie była to zresztą kaczka dziennikarska, bo królik istnieje naprawdę i był wystawiany na berlińskich targach Gruene Woche.

Każdy przeszedłby nad faktem do porządku dziennego ale przecież nie mieszkańcy „króliczej wyspy”. Szybko okazało się, że przecież największy królik świata mieszka w Anglii i – w przeciwieństwie do swojego niemieckiego kolegi – nie w niewoli a na wolności i pustoszy pola i ogródki. Wydano za nim nawet list gończy.... Miarka się przebrała w momencie kiedy królicze bydlę wpadło do hrabstwa Northumberland i spustoszyło ogródki miejscowym maniakom ogrodniczym, którzy hodowali owoce i warzywa na konkurs ogrodniczy.

Szybko znaleźli też innego królika większego niż niemiecki, przesympatyczne zwierzątko o imieniu Roberto (no to się nazywa prawie tak samo jak ja...), mieszkające w Worcester i ważące, bagatela, 16 kilo. Niemiecki „gigant” jest w porównaniu z Anglikiem niemal karzełkiem.

Królicze giganty to zazwyczaj króliki hodowlane, kilka wyselekcjonowanych ras i chowane są zwykle hobbistycznie. Niedawno nawet odbyło się publiczne „wesele” królików – olbrzymów. Niestety, impreza nie doczekała się błogosławieństwa RSPCA – angielskiego towarzystwa opieki nad zwierzętami, o wiele bardziej wpływowego niż na przykład polskie TOZ.

Nic nie zmienia jednak faktu, że Anglia jest prawie króliczym rajem. Kto przyjechał do Wielkiej Brytanii i widział cokolwiek więcej niż centrum Londynu, musiał się na nie natknąć. Ja również. Gdy mieszkałem w namiocie, miałem też małe tete – a tete z tymi przesympatycznymi zwierzętami. Wracałem z pracy wczesnym rankiem i już z daleka widziałem że... namiot się rusza. Początkowo sądziłem że chodzi o włamanie i do mojego „domu” zbliżyłem się przy zachowaniu szczególnych środków ostrożności. Niepotrzebnie. W namiocie baraszkowały sobie w najlepsze trzy króliki, a jedynym ich łupem padła główka kapusty pekińskiej. Za mało, żeby zgłosić na policję,,, Później niejednokrotnie spotykałem króliki o instynktach samobójczych, niemal rzucające się pod koła mojego roweru. Jedno z miejsc, przez które jechałem kiedyś do pracy, ochrzciłem nawet Doliną Przejechanych Królików – rzadko się zdarzało, aby na poboczu nie leżał jakiś śmiertelnie uszkodzony futrzak.

Anglicy lubią swoje króliki (choć do końca nie wiedzą ile ich jest, liczbę tych hodowanych w domu określa się na 1.5 mln) choć pomstują na szkody przez nie wyrządzone. W Walii króliki spenetrowały miejscowy cmentarz, powodując zapadanie się grobów. Spustoszone ogródki działkowe to norma... Dla mnie nie ma piękniejszego okresu na Wyspach niż wiosna, kiedy to młode królicze potomstwo wylega na trawniki i ciekawie przygląda się ludziom.

krolik_angielski

W tekście - królik niemiecki, tu - królikangielski. Sami oceńcie, który ładniejszy... (zdj. BBC)

 

 

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: