środa, 17 czerwca 2009
Słownik wszechczasów

czyli dlaczego japończycy trzymali wroga

Zaczęło się od Wikipedii. "Jakieś kity wciskasz czytelnikom" - dowodziła Maire. "Anglik w roku 1942 w Japonii to jakieś nieporozumienie. Przecież oni wszystkich wywalili zaraz po Pearl Harbor". Też mi się tak wydawało, do tego stopnia, że gorączkowo sprawdzałem gościa gdzie się da. Jednak okazało się, że Japończycy pozwolili mu - jak by nie było wrogowi - pozostać w jaskini lwa. Musiał się nieźle zasłużyć...

Osobą tą był Albert Sydney Hornby. Był lektorem języka angielskiego na uniwersytecie w Tokio i temu, że tam został zawdzięczamy jeden z najcenniejszych słowników - Oxford Advanced Learner's Dictionary od Current English.  Właśnie w 1942 roku powstał, na początku w maszynopisie, pierwszy słownik dla uczących się języka. Ale nie słownik dwujęzyczny - Hornby wybrał około 3000 najprostszych, najbardziej znanych słów angielskich i za ich pomocą starał się opisać wszystko inne. Metoda ta okazała się genialna: nie tylko podaje się znaczenie wyrazu, ale jednocześnie uczy myśleć ucznia w języku obcym. A opisać każdą rzecz za pomocą najprostszych pojęć nie jest wcale tak łatwo, wie o tym każdy, kto ma dzieci. Popatrzmy na przykład na definicję pewnego zwierzątka: małe zwierzę o miękkim futrze, trzymane jako zwierzę domowe. Łapie i zabija myszy i ptaki. Już wiecie?

Metoda okazała się na tyle cenna, że japończycy potrzymali jeszcze trochę Hornby'ego w kraju, jednak w roku 1943 dostał pracę w British Council w spokojniejszym wtedy Iranie. Pakując się zabrał ze sobą maszynopis słownika. Po zakończeniu wojny, będąc w wydawnictwie Oxford University Press, pokazał swoje dzieło wydawcą. Słownik wyszedł drukiem w roku 1948 i okazał się oszałamiającym sukcesem. Dziś ze słownika Hornby'ego korzysta 30 milionów osób na całym świecie. mimo że konkurencja jest spora; podobne słowniki wydają inne wydawnictwa, a Longman wmawia, że metodę opisu za pomocą metasłownika wymyślił pierwszy. Ciekawe tylko, że nie ma na to żadnych dowodów...
Jakoś nie idzie zgapianie tego pomysłu sąsiadom. Podobny w założeniu francuski słownik "Le Robert Micro" na przykład definiuje krowę jako samicę byka i na odwrót. Niemiecki odpowiednik, Langenscheidt tłumaczy słowo piasek jako "masę suchych ziarenek spotykanych często nad morzem". Zapraszam wydawców np. do Budleigh Salterton, gdzie najmniejsze "ziarenko" ma rozmiar owocu kiwi. Hornby jeszcze długo będzie najlepszy i niedościgniony.

DSCF0004_1

Typowy słownik jednojęzyczny. Tym razem największa konkurencja Hornby'ego.

DSCF0092

Uniwersytet w Oksfordzie.

fot. autora, na podwójnej licencji Cc-by-sa-3.0 i GNU FDL (wolno korzystać, byle podać źródło)

czwartek, 31 stycznia 2008
Nic ci nie jest, koleś?

czyli nadchodzi generacja Y

Młodzi, wykształceni, ambitni, nabuzowani wiedzą i żądni karier. Młode kadry opuszczają brytyjskie uczelnie, przekonane, że zrobią karierę i przebojem wtargną na rynek pracy... Tymczasem nic z tego. Pracodawcy najwyraźniej ignorują "młode lwy", sięgając chętniej po starsze pokolenie, a nawet świetnie wykształcone kadry z zagranicy, Polski nie wyłączając. Dlaczego, obrazili się? Nie maja zaufania do poziomu brytyjskich uczelni?
Wszystko po trochu. Nowe pokolenie - chciałoby się powiedzieć "wykształciuchów", zwłaszcza to urodzone po roku 1982, cieszy się wsród pracodawców rzeczywiście jak najgorszą opinią. Do tego stopnia, ze ci ostatni wolą sięgnąć po bardziej sprawdzone kadry. Mówi się, że młodzi absolwenci i pracodawcy to dwa bardzo odległe światy. Pierwsi - zorientowani na karierę, ambitni, często do przesady, mający świetne zdanie o sobie. Ci drudzy ocaniają młodych zupełnie inaczej: bujający w obłokach, bez poczucia realizmu, egocentryczni, chwiejni i chciwi - takie epitety padają najczęściej.
Po generacji X - urodzonych w latach 60. i 70., znanych z cynizmu i chłodu, następuje, zdaniem socjologów brytyjskich, czas generacji Y. Ich cecha charakterystyczna to zbyt wielkie ambicje nie idące w parze z rzeczywistym wykształceniem i umiejętnościami. Potocznie takich ludzi nazywa się po angielsku "wannabe". Trudno o dokładny polski odpowiednik, chodzi o kogoś, u kogo aspiracje przewyższają rzeczywiste możliwości i umiejętności.
Jesli rzeczywiście dysponują wiedzą teoretyczną, często nie idzie ona w parze z kulturą osobistą i ogólnym obyciem. Pracodawcy narzekają, że już sama rozmowa kwalifikacyjna może przyprawić o mdłości, kiedy potencjalny pracownik zwraca się do pracodawcy słowami: " you all right, mate" (nic ci nie jest, koleś?) Wielu z nich nie ma wiele do zaoferowania poza pobiezna wiedzą ze swojego zakresu, a bywają ponoć nawet autentyczni analfabeci!
W rezultacie młodzi absolwenci napotykają na ogromne kłopoty już na starcie. W zeszłym roku problemy w znalezieniu pracy miało ponad 55 procent świeżych absolwentów. I ta przepaść będzie się powiększać, bo, jak już wspomniałem, pracodawcy nie zamierzają zasypiac gruszek w popiele i coraz śmielej sięgają po kadry z Europy. W rezultacie rośnie nam kolejne pokolenie frustratów. Ciężko przewidzieć, jak będą starali się ową frustrację rozładować, jedno jest pewne - będzie to społecznie nośne i zapewne o wiele groźniejsze niż narkotyki czy chuligaństwo futbolowe...

lmu

London Metropolitan University. Nowoczesna uczelnia, nowoczesne kadry - których nikt nie chce...

 

Absolwent - sztandarowy film generacji X. Co zostawi po sobie edukowane pokolenie Y?
środa, 09 stycznia 2008
Matura z tańca nie przejdzie

czyli o tutejszej wojnie maturalnej

Już zaczyna się w Polsce rozróba z maturami - dyżurny temat od stycznia do maja. Tym razem poszło o religią na maturze - ma być czy nie? Z tym że mniej tu troski o uczniów a więcej ordynarnej walki politycznej i obrzucania sie razami przez obie strony.
W Anglii też jest dzika wojna o matury i o obecność na nich kilku przedmiotów, z tym, że wygląda nieco inaczej. Aby jednak ją zrozumieć, muszę wspomnieć w kilku słowach o brytyjskim systemie maturalnym.
Matura na Wyspie nazywa się A-level (Advanced level) i zdawana jest, tak samo jak w Polsce, po ukończeniu szkoły średniej. I na tym właściwie podobieństwa sie kończą. Nie ma obowiązkowego egzaminu z angielskiego czy matematyki, a uczeń może wybrać sobie dowolną liczbę przedmiotów, z których będzie zdawać. Te są określone ustawowo a obecna lista zawiera dwadziescia pięć pozycji. Obok znanych i nam, takich jak matematyka, geografia czy historia, są dla nas dość abstrakcyjne, jak np. psychologia, polityka, sport (w ujęciu teoretycznym), teatr. Religia też jest, choc w ujęciu teoretycznym i nazywa sie tu religious studies. dodam, że nie wywołuje większych emocji. Przedmioty zdawane na maturze ważne są dla uczelni, a także pracodawcy. O przyjęciu mnie do pracy zadecydowało między innymi to, że mam maturę z matematyki zdaną na pięć! Jak widać prestiż A-levels jest tu dość spory.
Jako że w Wielkiej Brytanii z reguły uczelnie nie prowadzą egzaminów wstępnych, stopnie z matury mają w Anglii (a także Walii) o wiele większe znaczenie niż u nas, a często są najważniejszym kryterium kwalifikacyjnym. System oceniania przeszedł ogromną ewolucję: od prostego zdał - nie zdał, przez procentowy, aż po współczesny, wzorem amerykańskim od A do E. Z reguły uczelnie wymagają B - B- C lub B - C - C.
System zgrabny, ale nie wszystkim się podoba. Choć uczelnie maja możliwość określenia, jakie przedmioty cenią na świadectwie maturalnym najbardziej, matura z tańca przy przyjęciu na np. matematykę też musiała być uznawana. Do niedawna. Czołowe brytyjskie uczelnie zakwestionowały te przedmioty i już od przyszłego roku szkolnego nie będą ich uwzględniać w procedurze rekrutacyjnej. Na przykład London Scool of Economics odrzuciła 14 przedmiotów w tym... prawo. Jest to odpowiedź na presję rządu, by zwiekszać limit przyjęć - ostatnio liczba studiujących w Anglii drastycznie zmalała. mamy więc do czynienia z klasycznym konfliktem interesów, gdyż uczelnie dbają o prestiż. Jest jeszcze jeden powód - w Anglii drastycznie obniżył się poziom nauczania przedmiotów ścisłych i uczelnie chcą wymusić w ten sposób na szkołach wieksze zainteresowanie w podwyższenie ich poziomu.

PS Sami przyznacie, że dla takiego Cambridge czy Oxfordu to sprawa kluczowa. Zdaję sobie sprawę, że informacja ta wzbudzi zainteresowanie u chcących studiować w Anglii, dlatego proszę potencjalnych studentów - nie zadawajcie pytań tu, a skonsultujcie się z uczelnią, którą wybieracie.

alevels

Zart z obniżenia wymagan maturalnych poprzedniego rządu Tony'ego Blaira, który postawił na ilość kosztem jakości.

 

Niech robią co chcą, ale takiego przeboju mieć nie będą...
czwartek, 13 grudnia 2007
Mama już nie przeczyta dziecku?

czyli Wyspa na progu analfabetyzmu

Tak wyszło, że muszę wymagać od ludzi pisania oświadczeń, zeznań i innych krótkich form. Niby nic, ale... Poprosiłem kiedyś angielskiego pracownika, aby napisał krótkie oświadczenie. "Ale je nie wiem, jak to się robi" - odparł. Powiedziałem jak to ma mniej więcej wyglądać, ale z niewielkim skutkiem. "Ależ ja nie wiem, jak sie pisze połowę tych wyrazów" - odparł. Zamurowało mnie. Trudność tekstu była naprawdę niewielka i nie wymagała jakichś specjalnych umiejętności. Chcąc niechcąc musiałem trzyzdaniowy utwór (mówiący mniej więcej, że dana osoba ma niewiele do powiedzenia w sprawie) napisać sam.
Podobnych przypadków miałem o wiele więcej. Niektórzy wręcz bez żenady przyznają, że z pisaniem u nich nie bardzo. Czasem muszę przebijać się przez dokumenty, których ortografia jest na poziomie trzecioklasisty. Co nie przeszkadza pracodawcy, aby takich ludzi zatrudnić- a w tym co robią, są naprawdę nieźli.
Zawiła, etymologiczna ortografia angielska jest naprawdę trudna, nasze ó, rz czy ch nie wytrzymują z nią konkurencji, ale... bez przesady. Tym bardziej, że pomocy naukowych jest naprawde bez liku, a najtańszy słownik ortograficzny i bardzo popularny tu słownik wyrazów bliskoznacznych można dostać już za równowartość 2 zł. Anglia przestaje pisać i czytać?
A specjaliści straszą, że jest coraz gorzej - zwłaszcza w czytaniu wśród dzieci. Nie trzeba jakichś skomplikowanych badań, można sprawę sprawdzić empirycznie. Ostatnio jeździłem sporo pociągami - i o ile w przeciętnym pociągu pasażerowie mają tyle książek, ile w polskich czterech, nie widziałem młodych ludzi, którzy oddawaliby się czytaniu. Przeważa oglądanie filmów na małych DVD, gry komputerowe czy molestowanie telefonów komórkowych.
Oficjalne statystyki tylko potwierdzają te obserwacje. Niedawno ogłoszono wyniki miedzynarodowych badań, z których wynika, że Wielka Brytania jest w dolnej połowie krajów, w których dzieci czytają, a spadek jest jednym z najbardziej widocznych wśród krajów rozwiniętych. Powód? Obliczono, że przeciętne brytyjskie dziecko spędza dziennie trzy godziny przy komputerze lub innych rozrywkach elektronicznych (np. playstation) a resztę wolnego czasu wypełnia głównie oglądanie telewizji. Czytanie stało się mało atrakcyjne, wymaga wysiłku, podczas gdy do elektronicznej rozrywki wystarczy kliknięcie myszką lub pilotem.
Czy to właściwe wytłumaczenie? Mnie wydaje się podejrzane, zwłaszcza że według cytownych już statystyk wśród krajów mających największe osiągnięcia w czytelnictwie oprócz Rosji są Hong Kong i Singapur, a więc słynne ze swojej elektroniki i niskich cen na nią. Chyba więc oficjalne tłumaczenia rządowe mijają się nieco z prawdą. Bardziej przemawia do mnie inna teoria mówiąca o zaniedbaniach, których dopuściła się szkoła i rodzice.
Rząd robi co może: program zwalczania niepiśmienności kosztuje podatnika 500 milionów funtów! Za te pieniądze funduje się bezpłatne książki bibliotekom i instytucjom wychowawczym, ostatnio promuje się dziesięć minut czytania dzieciom dziennie. Nie muszą tego robić rodzice, w Anglii bardzo popularne są książki na kasetach i kompaktach. Bo - i nie ma tu ironii - czasem mama nie umie czytać...

AliceBook

Narzekać w Anglii na brak literatury dla dzieci to niemal grzech ciężki. Chyba tylko Skandynawia dorasta w tej dziedzinie Wyspiarzom.

czwartek, 09 sierpnia 2007
O kraju w którym nie ma Giertycha

czyli o angielskiej oświacie od garkuchni

Niedawno rozmawiałem z jednym z ojców, którzy od niedawna wychowują swoje potomstwo w Anglii. Był wstrząśniety. Rzeczy, które u nas są przerabiane jeszcze w podstawówkach, tu dopiero na poziomie naszego gimnazjum lub liceum. Poweażnie obawiał się o dalszą edukację swojej córki. Gdyby nie ewidentna korzyść jaką jest język, pewnie odesłałbym ją z powrotem do Polski.

Angielska prasa również nie pozostawia na brytyjskim systemie oświaty suchej nitki. Czworo dzieci na dziesięcioro rozpoczęło wakacje nie opanowawszy w szkole absolutnych podstaw wykształcenia – informuje wczorajszy The Daily Telegraph. Ale najbardziej gazetę szokuje wypowiedź rzecznika rządu, który tegoroczny wynik w egzaminach narodowych Key Two (to taki odpowiednik polskiego egzaminu szóstoklasistów) uważa na najlepszy w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Jestem w stanie uwierzyć w brak zainteresowania dalszym wykształceniem - coraz mniej Anglików wybiera sie na studia, zwłaszcza z przedmiotów ścisłych, a ubiegłoroczna rekrutacja była - zdaniem angielskiej prasy - najgorszą w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Ta „najlepszość” przejawia się zresztą w granicach błędu statystycznego – wyniki zarówno z angielskiego jak i z matematyki wzrosły zaledwie o jeden punkt procentowy w ciągu ostatniego roku. Tylko 60 procent jedenastolatków zdołało osiągnąć co najmniej dostateczny wynik w trzech badanych dziedzinach – pisanie, czytanie i matematyka. Wynik ten oznacza że mniej niż połowa uczniów jest w stanie z powodzeniem kontynuować naukę – uważa prawicowy „Telegraph”.

Na ile ten tekst jest elementem walki politycznej – nie wiem. Czasem rozmawiam z angielskimi dzieciakami i faktycznie muszę przyznać, że ich poziom tzw. wiedzy ogólnej jest niższy niż w Polsce, często porządną szkolną wiedzę zastępuje telewizja. Czwartoklasista ma większe kłopoty z ułamkami niż jego polski kolega, mniej czyta i wykazuje o wiele mniejsze zainteresowanie szkołą.

Jednym z powodów mogą być nienajlepsze kwalifikacje brytyjskich nauczycieli. Spośród nauczycieli tzw. nauczania początkowego mniej niż połowa ma dobre stopnie z matury (A levels), w liceach tylko 41 procent nauczycieli uczy zgodnie z kierunkiem ich wykształcenia (dane podaję za The Independent).

W latach 90 na Wyspach nastąpił duży spadek zainteresowania zawodem nauczyciela, i władze – aby zapobiec kryzysowi, złagodziły wymagania. Jako że nie było wtedy możliwości ściągnięcia odpowiedniej kadry z zagranicy, choćby z Polski, skorzystano z jedynej podówczas możliwości. Od tego czasu nauczycieli co prawda nie brakuje, jednak brytyjska szkoła publiczna znacznie obniżyła poziom.

Mam kolegę – Niemca, który uczy niemieckiego w tutejszym college'u. I strasznie narzeka – na nauczycieli, na uczniów, na to że na zeszytach od niemieckiego rysują swastyki. Niemiecka szkoła dawno zrozumiała, że bezstresowe wychowanie do niczego nie prowadzi i że szkoła jest po to aby uczyć a nie po to aby uczeń w niej przyjemnie spedzał czas. Najbardziej ubolewa nad spadkiem autorytetu nauczyciela i nad tym, że trudno jest zainteresować się uczniem i jego problemami bez posądzeń o pedofilię (a trzeba wiedzieć że w Anglii panuje pod tym względem jakaś obłędna histeria).

To tylko kilka obrazków z angielskiej łączki oświatowej. Wysyłać dziecko na naukę do Anglii czy nie – zawsze pozostanie problemem otwartym.

oxford01

Słynny uniwersytet w Oxfordzie. Podobnie jak uczelnie amerykańskie, coraz częściej zaczyna bazować na cudzoziemcach...


Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: