czwartek, 24 stycznia 2008
Odchudzaj się za kasę

czyli o najnowszym pomyśle rządu

Gdy godzinę temu brałem prysznic i patrzyłem się z dezaprobatą na odbite w lustrze moje cielsko, nie wiedziałem, że za chwile zmienię o nim zdanie na o wiele lepsze. Co prawda w towarzystwie znany jestem jako lubiący grubasków i - nie wiedzieć czemu - żywiący do nich ogromną sympatię, wobec siebie jednak jestem o wiele bardziej krytyczny. Jednak przy porannej lekturze buzia mi się uśmiechnęła. Zbędne kilogramy to coś, na czym niedługo będzie można zarobić!
Co prawda tylko w Anglii, ale dla mnie to już coś. Otóż rząd brytyjski wytoczył chyba najcięższe argumenty w walce z masą ciała - masę kasy. Otóż osoby otyłe będą przy pomocy pieniędzy, premii i np. karnetów na basen czy siłownię zachęcani do zgubienia zbędnych kilogramów. Konkursy warte są zachodu, np. w jednym z nich będzie można wygrać 130 funtów w voucherach na zdrową żywność i inne pomoce w odchudzaniu.
Program będzie sponsorowany przez rząd, ale prowadzony przez pracodawców, którzy nierzadko na granicy przekupstwa namawiać będą pracowników do szczupłości i zdrowego stylu życia. Zaproponowany wczoraj system premiuje osoby z największą nadwagą... Chyba zacznę żałować, że dotąd jednak się trochę hamowałem i nie obżerałem się bardziej.
Rząd gotów jest wydać na cały program 372 miliony funtów przez trzy lata. To koszmarne pieniądze. Oczywiście nie wszystko pójdzie na zachęty dla grubasów. Jednym z pomysłów jest wybudowanie za 140 milionów funtów ścieżek rowerowych i dla dzieci w rejonach dotkniętych największą otyłością. Kolejne 75 milionów funtów zostanie wydanych na kampanię informacyjną dla rodziców na temat zdrowego trybu życia.
Są i inne pomysły na rozruszanie brytyjskich dzieciaków. Jeden z nich nakłada obowiązkowe wyposażenie popularnych konsol do gry, jak Xbox 360 czy nintendo w ograniczniki czasowe. Dziecko nie będzie mogło siedzieć przy komputrze Bóg wie jak długo, bo po upływie określonego czasu gra się sama wyłączy.
Głównym celem wszystkich tych pomysłów, nierzadko bardzo kontrowersyjnych, jest ograniczenie fali otyłości, a w pierwszym rzędzie... doprowadzenie do stanu z 2000 roku. Od tego czasu, jeśli wierzyć statystykom, otyłość wzrasta rocznie o około jedną trzecią. Równie niepokojące są związane z tym rosnące krzywe zachorowań na raka i choroby układu krążenia, o czym zresztą już pisałem. Już i rząd widzi ten moment, kiedy trzeba powiedzieć "dość".
Można oczywiście kłócić się z poszczególnymi pomysłami, jak na przykład premiowanie odchudzania. Już słyszę te głosy - siedź cicho, skoro rząd chce ci dać kasę właściwie za nic! Nie będę. Choć sam bym nieco na tym zarobił, a na przykład mój najlepszy przyjaciel o wiele wiecej :) A co mają powiedzieć ci, którzy nie oglądając się na rząd i jego pomysły, zaczęli walczyć z otyłością o wiele wcześniej? No tak, ci już wygrali własne zdrowie i nierzadko życie. Nie podoba mi się zaś ograniczenie gier komputerowych, bo godzi to w wolność jednostki i jest jeszcze jednym pomysłem totalitarnym.
Ale cieszy, że przynajmniej w jednym kraju ktoś troszczy się o zdrowie obywateli...

Słynny już Craig o'Connor, którego chciano odebrać matce, gdyż był za otyły. Informacja o nim w innym miejscu bloga.

 

Może to zabrzmi dziwnie, ale mnie naprawdę będzie żal grubasków :)
10:17, kicior99 , zdrowie
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Turystycznie - do dentysty

czyli gabinet z widokiem na Śnieżkę

Ból zęba jest koszmarem pod każdą szerokością geograficzną. Tak samo chodzi się po ścianach, ssie lód, budzi w nocy i klnie. I tak samo na całym świecie, jedynym ratunkiem jest stomatolog. Środki przeciwbólowe w zasadzie pogarszają sprawę, bo hamują ból krótkotrwale, nie lecząc przyczyny. A gdzie boli najbardziej? Chyba w Anglii. Oprócz męk typowo dentystycznych dochodzą jeszcze cierpienia związane z wyrywaniem pieniędzy z kieszeni. Zapewniam, że boli tak samo...
Piszę o tym nie bez powodu, bo czeka mnie wizyta w tym najmniej przyjemnym gabinecie. I podwójny ból, bo mimo ubezpieczenia za wizytę będzie trzeba zapłacić... Z reguły pierwsza nie jest droga, to wydatek do dziesięciu funtów, ale już rewizyta kosztuje około trzydziestu. Boli....
Niedawno koleżanka, Angielka, zapytało mnie czy znam "Dżelena Gora". Nie wiedziałem o co jej chodzi, po dłuższym dociekaniu okazało się, że ma na myśli Jelenią Górę. Przytaknąłem i pochwaliłem wybór, bo Karkonosze to moja życiowa miłość numer dwa, zaraz po Słoneczku. Okazało się jednak, że nie Śnieżka ani Szrenica jej w głowie. Celem wyjazdu jest... wizyta u dentysty. Zdziwiłem się nieco, bo jak na leczenie zębów dla obywatela Somersetu jest to miejsce dość abstrakcyjne. Okazuje się jednak...
Ceny, o których pisałem wyżej obejmują tylko nagłe wypadki i krótkie leczenie zachowawcze. Inne zabiegi, protetyka, ortodoncja, chirurgia szczękowa sa koszmarnie drogie. Przeciętna cena to od ośmiu tysiecy funtów wzwyż. Dla niewiedzących - najniższa angielska pensja to ok. 750 funtów miesięcznie. Remont jamy ustnej nierzadko wymaga wzięcia z banku pokaźnego kredytu.
Dobrym wyjściem - i coraz powszechniej stosowanym - jest wycieczka do któregoś z krajów Europy Wschodniej, głównie do Polski, na Wegry lub Czech. W Polsce - nie wiedzieć dlaczego głównie do Warszawy i... Jeleniej Góry, w ogóle na Dolny Śląsk. Przeciętny zabieg (z pobytem w klinice na czas jego wykonania) to wydatek około dwóch tysięcy funtów. Bilet lotniczy to przy tym małe piwo.
Na początku ludzie przyjmowali te informacje z rezerwą. W końcu cena ceną, ale przez lata realnego socjalizmu nie daliśmy światu najlepszej opinii o naszej pracy. Krótko mówiąc, Anglicy obawiali się że leczenie będzie schrzanione. Miałbym przy tym kilka uwag odnośnie angielskiego poziomu dentystyki, ale już to kiedyś opisywałem. Koniec końców pierwsze jaskólki wróciły całe, zadowolone i bez większego uszczerbku na koncie. Zaczęła się era wycieczek dentystycznych do Polski i nie tylko, powstały nawet specjalne biura, które zajmują się tym typem turystyki.
Polscy lekarze poszli jeszcze dalej - urządzają wycieczki do Anglii. Nie wiem, jak to wygląda w praktyce, na adresy natknąłem sie na internecie i nie znam żadnej ofiary ani żadnego beneficjenta tej formy leczenia. Osobiście jednak uważałbym...
Co ciekawe, polska czy węgierska konkurencja nie obniżyła wcale cen u dentystów z NHS ani nawet spółdzielni. Biznes więc kwitnie, klienci sobie chwalą, a Polska rośnie w siłę na angielskich pieniądzach. Trochę żal, ze bedę musiał iść do dentysty tu na miejscu i zapłacić w funtach. Weszłoby sie przy okazji na Śnieżkę...

Za taką przyjemność płaci się wiele tysięcy funtów...

sniezka2

Taki widok Anglikowi ma szansę skojarzyć się z wyrywaniem zębów... (www.karkonosze.ournet.pl)

08:17, kicior99 , zdrowie
Link Komentarze (4) »
środa, 05 grudnia 2007
Rząd Cię uzdrowi?

czyli jak na Wyspie walczą z rakiem

Pewnie myślicie, że będzie o tryumfalnym powrocie Spice Girls? Nic podobnego. Może kiedy indziej, kiedy naprawdę nie będzie już o czym pisać. Nawet łasa na takie ciekawostki prasa brytyjska "olała" sprawę, poświęcając panienkom zdawkowe artykuły, składające się zresztą w większości ze zdjęć.
Znacznie bardziej lubimy się pewnie bać niż cieszyć, również ty na Wyspie. Zgadnijcie więc, czego Anglicy boją się najbardziej. Wiem, że stawiacie na terroryzm, ale jesteście w błędzie - terroryzm jest na drugim miejscu. Nawet nie zawału serca - ten zajmuje trzecią pozycję. Numerem jeden jest rak - boi się go co trzeci Brytyjczyk. I nie ma w tym wiele przesady - gdy zacząłem poważnie chorować, otrzymałem wiele rad, i od przyjaciół, i od prawie nieznajomych, abym dał się przebadać na raka. Mój znajomy, Ken, od kiedy dowiedział się, że jednym z najskuteczniejszych owoców o działaniu przeciwrakowym są winogrona - zaczął pochłaniać ogromne ilości, mimo że do tej pory żywił do nich jawną i nieukrywaną awersję, a gdy ja je jadłem, odrywał mi je i używał jako... pocisków.
Ale co innego się bać, a co innego żyć w świadomości - i tu przypomina się stare powodzenie, że gdy rozum śpi, budzą się upiory. Sytuacja "rakowa" nie jest w Wielkiej Brytanii wesoła. na nowotwór umiera 38 procent Brytyjczyków poniżej siedemdziesiątego piątego roku. Pod względem umieralności na raka mężczyzn Wyspa plasuje się na dziewiątym miejscu w Europie - choć wśród kobiet jest jedną z najniższych.
Ciekawe, że te ponure statystyki są o wiele bardziej znane niż wiedza, która pomaga zapobiegać nowotworowi w praktyce. Zapytani o przyczyny raka Wyspiarze nie umieli wymienić sześciu najważniejszych, którymi są otyłość, palenie, picie alkoholu, siedzący tryb życia, sposób odżywiania i nadmierne opalanie. Wszystkie hurtem stanowią problem społeczny w Anglii, tyle że już znacznie ciężej powiązać to ze śmiertelną chorobą.
Niedawno wybuchła panika, kiedy okazało się, że Wielka Brytania wydaje o wiele za mało na walkę i zapobieganie rakowi. W przeliczeniu na osobę, wydaje się 80 funtów, podczas gdy we Francji 121 a w Niemczech aż 143. Za to jest właśnie atakowany rząd Gordona Browna podczas odbywającej się właśnie w Izbie Gmin wielkiej debaty na temat walki z nowotworami - i mimo że fundusze na ten cel wzrosły ws ciągu ostatnich trzech lat prawie trzykrotnie - wyniki są niezadowalające a Wielka Brytania ma jeden z najniższych wyników wyleczalności nowotworów.
Najwięcej dotąd wydano na kampanię antynikotynową, która jest agresywna, jak nigdy wcześniej. Nie sposób nie natknąć sie na ulotki zachęcające do rzucenia palenia, wprowadzono rygorystyczną ustawę antynikotynową - i co najważniejsze - podniesiono wiek legalności palenia do 18 roku życia - jeszcze we wrześniu oficjalnie papierosy mozna było sprzedać szesnastolatkowi!
Powoli zaczyna się następna batalia - o zdrowe odżywianie. Niestety, Brytyjczycy jedzą fatalnie (o czym pisałem wielokrotnie) i niewiele pomogły półśrodki, jak np. zakaz reklamowania junk food (bezwartościowego jedzenia) w telewizji przed dziewiątą wieczorem. Trwają przymiarki do o wiele większego uderzenia.
Nie wiem, czy w tym miejscu powinienem sie zmartwić, że jestem facetem, czy tym, że palę, czy że mam brzuszek, lubię piwo, jadam fast foody, pracuję w biurze i mało się ruszam. Tylko opalać się nie lubię i może dlatego jeszcze jestem zdrowy... Ale niedługo zabierze się pewnie rząd brytyjski - o ile przejdzie przez parlament dofinansowanie do zapobiegania nowotworom - i będę Wam pisał jeszcze długie lata.

rak001

Kandydat nr 1 do raka? (fot. intercontinentalsights.com)

burger

Podobno jeden hamburger jest równie groźny jak paczka papierosów.

08:19, kicior99 , zdrowie
Link Komentarze (9) »
czwartek, 29 listopada 2007
Chory czy nie - rzecz względna...

czyli o mojej wojnie z NHS

"Szanuj zdrowie należycie, bo jak umrzesz stracisz życie" - taki wierszyk utkwił mi w pamięci jeszcze z dzieciństwa. W zasadzie sam jestem sobie winien i na temat mojej choroby powinienem milczeć (choćby ze wstydu z własnej głupoty) ale cała odyseja z brytyjską służbą zdrowia jest nader pouczająca i to nie tylko dla mnie, dlatego postanowiłem jednak ją opisać.
Zaczęło się od nieprzeleżanego przeziębienia - i tu pretensje do NHS są jeszcze nie na miejscu. Nawet najdoskonalsza służba zdrowia nie zmusi nikogo do pójścia do lekarza i dbania o siebie. Pewnego dnia jednak miarka się przebrała - kaszel, gorączka, krew z nosa - żeby opisać tylko najłagodniejsze objawy. Poszedłem na ostatnich siłach do mojej przychodni. Zarejestrowano mnie na popołudnie - i to po moim uporczywym domaganiu się, aby lekarz zobaczył mnie jeszcze tego samego dnia. Jako że rejestrowałem się po jedenastej, poszedłem do domu słaniając się z wyczerpania. Jeszcze nie zamknąłem dobrze drzwi - telefon. Pani rejestratorka przeprasza bardzo, ale ponieważ zmieniłem adres, lekarz nie może mnie przyjąć, bo to nie mój rejon. Tak, wie, że ledwie żyję, to może pojechałbym od razu do szpitala do odległego o 20 km Taunton?
Nie miałem siły, pojechałem walczyć w mojej - jak się okazało rejonowej - przychodni na Westonzoyland Road. Przy rejestracji, siłą rzeczy tymczasowej, powiedziałem, że mam bóle w klatce piersiowej. - A to musi pan jechać do szpitala, tu panu nie pomożemy - odrzekła rejestratorka. Z trudem przekonałem ją, że boli mnie jak kaszlę...
Po trzech godzinach przyjęła mnie pielęgniarka. Osłuchała, opukała i... powiedziała, że właściwie jestem zdrowy. Zaleciła syrop na kaszel i kilkudniowy pobyt w łóżku. - Nic panu nie jest - powiedziała. Chyba wyszedłem na wariata uparcie uważając, że jednak jest inaczej. Po trzech dniach dalej byłem zdrów jak ryba i padałem ze zmęczenia, potów, kaszlu, zawrotów głowy. Poszedłem jeszcze raz do przychodni, dopominając się, aby tym razem przyjął mnie lekarz a nie pielęgniarka. Zgodziłem sie łaskawie poczekać kilka godzin i istotnie przyjął mnie pan doktor. Osłuchał, opukał. - Ma pan zapalenie płuc - powiedział. Pytam go, czy trzy dni temu też miałem. Okazało się, że owszem. Niestety, pytanie dlaczego go nie rozpoznano, pozostało bez odpowiedzi. Lekarz przepisał silny antybiotyk i nakazał leżenie.
Wieczorem zadzwonił telefon. Wstałem, aby go odebrać i... nie byłem w stanie utrzymać się na nogach. Jeszcze tak podle się nie czułem. Po chwili zadzwoniła komórka, którą mogłem odebrać, bo leżała przy łóżku - dzwonił mój przyjaciel. - Mówię ci, to od leków, nie bierz już tego świństwa i dzwoń na pogotowie. W zasadzie nie lubię nikomu zawracać głowy, ale zadzwoniłem. Przyjechali po kilku minutach, jak to angielskie łapiduchy. W tym są dobrzy. Sanitariusz (bo w brytyjskich karetkach nie uświadczysz lekarza) powiedział, że wszystko mu wygląda dziwnie i pewnie jestem pod wpływem alkoholu jeśli nie narkotyków. Gdy pokazałem mu antybiotyk, stwierdził, że to niewinny lek. Następnego dnia skrajnie wypluty i wypruty powlokłem się do lekarza, później szpitala i tam okazało się, że jestem uczulony na coś tam pochodzącego od grzybów. Zmieniono antybiotyk i powoli zacząłem dochodzić do siebie...
Teatr niekompetencji, złej woli i zwykłej głupiej biurokracji. Chciałbym wierzyć, że był to jednostkowy wybryk, choć z opowiadań kolegów wiem, że takie przypadki są o wiele częstsze. Anglia przy całym swym uroku ma jednak wady, a służba zdrowia jest jedną z nich. I co z tego, że wszyscy są bardzo mili, że w przychodni panuje fajna atmosfera itp? Wśród serdecznych przyjaciół psy zajączka zjadły... Następnym razem gdy zachoruję, zapakuję odwłok w samolot i pojadę się leczyć do Francji.

mg

Musgrove Hospital w Taunton. Ładnie wygląda, to fakt. (fot. NHS)

Nie podoba mi się to pańskie oko...

 

piątek, 12 października 2007
Nadchodzi superrobak!

czyli znów źle o brytyjskiej służbie zdrowia

Znękani polską, rachityczną i niewydolną służbą zdrowia, często marzymy o tzw. zachodnich standardach – czystych szpitalach, ofiarnej i dobrze opłacanej kadrze, posiłkach w szpitalach godnych naprawdę chorych organizmów... Nawet nie dopuszczamy do siebie myśli, że gdzie indziej też nie jest różowo. O brytyjskiej służbie zdrowia już pisałem, i to bynajmniej nie w superlatywach. Jako że na razie zdrowie mi służy (odpukać!) i poza drobnymi zakażeniami i zranieniami nic mi chwilowo nie dolega, nie znam prawie w ogóle angielskiej rzeczywistości szpitalnej. Tymczasem...

Opublikowano właśnie wstrząsający raport dotyczący brytyjskich szpitali. Dziewięćdziesięciu pacjentów zmarło w wyniku infekcji zarazkiem zwanym clostridium difficile (wybaczcie, nie wiem, jak to jest po polsku), u innych 180 wirus przyśpieszył śmierć, ponadto zaraził 1100 pacjentów w trzech różnych szpitalach w hrabstwie Kent (południowo – wschodnia Anglia). Niewykluczone że za tę aferę odpowie kierownictwo tych placówek zdrowotnych.

Pod względem liczby zarażeń wirus C diff wyprzedził już słynny MRSA a jego ofiary liczy się już właściwie w dziesiątkach tysięcy. Brytyjska prasa ochrzciła go już jako „superbug” (superrobak). Jego największymi sprzymierzeńcami są brak higieny i brud – a tajemnicą poliszynela jest, że szpitale brytyjskie do najczystszych nie należą. Obecnie służba zdrowia zmaga się z deficytem w wysokości 17 milionów funtów rocznie i na czymś trzeba oszczędzać. Najłatwiej oczywiście na szpitalach... Brukowce nurzają się opisami ludzi leżących we własnych ekskrementach (np. wczorajszy Daily Mail) i jeśli są to tylko izolowane przypadki (a najpewniej tak właśnie jest), nie wystawia to szpitalom specjalnie dobrej opinii. Coś takiego nie powinno się nigdy zdarzyć.

Ale nie tylko szpitalna bieda jest sprzymierzeńcem superrobaka – najłatwiej atakuje on organizmy o zmniejszonej odporności (tu podziękowania dla moich nauczycieli biologii że rozumiem to o czym piszą gazety...) a tych w szpitalu jest z definicji dużo. Do tego dokłada się, o dziwo, współczesna medycyna. Angielscy lekarze uwielbiają leczyć uciekając się do antybiotyków. Już z reguły nie wystarczy jeden, podaje się dwa, co na wzrost odporności organizmu nie wpływa. Gdy na taki zdziesiątkowany oddział trafi superrobak, ma niezłe żniwo... Tu mała dygresja. Kiedyś trafiłem do doktora Kaczmarka w Gierałtowicach (pod Gliwicami), który znany był z tego, że każdemu choremu przepisywał jedno lekarstwo. Gdy komuś dał dwa, wieś była przekonana że ten już długo nie pociągnie... Śmiałem się z doktora i ja, dopóki nie wyleczył mi skomplikowanej choroby nasieniowodów właśnie jednym lekiem. Chapeaux bas. Dziś takich Kaczmarków przydałoby się więcej, zwłaszcza w Anglii.

Wróćmy na angielskie podwórko. Superrobak, czy jak go zwą, to nie jedyny obraz upadku angielskiego szpitalnictwa. Od kilku lat dyżurnym tematem jest wołająca o pomstę do nieba opieka nad ludźmi starszymi. Zapomniani, nienakarmieni odpowiednio, pozostawieni w rękach niekompetentnej obsługi, umierają w zapomnieniu. Dopóki o sprawie pisał tylko Daily Mail, dyżurna szmata malkontentów, lekceważyłem to. Dziś mówi się o tym coraz bardziej otwarcie. I coraz częściej myśli się o zapewnieniu bliskim innej starości niż pod opieką NHS. W takiej sytuacji nie wiadomo czy nie bać się coraz bardziej.

 

royal

Budowany Royal Hospital w Londynie (zdjęcie projektu) - wielu uważa że Anglii nie stac na taki luksusowy przybytek

queens

Na razie w niektórych szpitalach panują dziewiętnastowieczne warunki. Na ilustracji Queen Hospital w Birmingham (1855)

środa, 19 września 2007
Czy lubicie się bać?

czyli z krainy prawdziwych horrorów

 

"Był to pies - pies czarny jak węgiel, olbrzymi - taki, jakiego dotąd nie widziały oczy żadnego śmiertelnika. Z jego otwartej paszczy buchał ogień, ślepia żarzyły się jak węgle, a po całym jego ciele pełzały migotliwe płomyki. Nigdy nawet w majaczeniach chorego umysłu nie mogło powstać nic równie dzikiego, przerażającego, szatańskiego, jak ten czarny potwór, który padł na nas z tumanów mgły."

Zadrżeliście? Jeśli nie to podziwiam. To oczywiście opis słynnego psa Baskerville'ów z bagien Devon – całkiem niedaleko mnie.... Pozostaje tylko mieć nadzieję że ta cholera nie pójdzie za bardzo na północ...

Anglicy zawsze bardzo lubili się bać. Mroczny klimat wyspy, mgły, ciągnące się kilometrami moczary i wrzosowiska tylko podsycały ten niesamowity dreszczyk emocji. Zwykły poranny spacer po skąpanych mgłą łąkach Somersetu może dostarczyć niezapomnianych wrażeń.

Historia Anglii nasycona jest różnymi mrocznymi i nie do końca wyjaśnionymi zagadkami, jak na przykład śmierć bratanków Ryszarda Lwie Serce, tajemnicze morderstwa w Tower... Ale nie tylko tak ponure wydarzenia podsycają wyobraźnię. Pamiętacie opis wrzosowisk z „Tajemniczego Ogrodu” F. H. Burnette? Zaręczam, że po dziś dzień wyglądają tak samo mimo postepu techniki i dwudziestego pierwszego wieku.

Nic zatem dziwnego, że właśnie na Wyspie jak by nie było, sir Alfred Hitchcock był Brytyjczykiem, a swoje pierwsze filmy robił w Niemczech i Anglii. Lepszej rekomendacji nie trzeba... Tu również powstało w siedemnastym wieku dzieło - król thrillerów medycznych, broszurka uświadamiająca co grozi uprawiającym onanizm. Nie podaruję sobie dzikiej radości w zaznajomieniu czytelników z listą możliwych następstw: zaburzenia żołądkowo-jelitowe, zaburzenia trawienia, niechęć do jedzenia, lub wilczy głód, perwersyjny apetyt, wymioty, mdłości, słabość narządów oddechowych, kaszel, chrypa, porażenia, osłabienie narządów rozrodczych aż do impotencji, brak libido, boleści w plecach, zakłócenia widzenia i słyszenia, całkowity zanik sił fizycznych, bladość, wymizerowanie, krosty na twarzy, osłabienie sił duchowych, osłabienie pamięci, napady wściekłości i szału, debilizm, epilepsja, drętwienie, gorączka, wreszcie samobójstwo. Może to i lepiej. Po takich przejściach... Przy tej liście bajki - horrorki Roalda Dahla to naprawdę dziecinada.

Nic dziwnego że spadkobiercy takich tradycji dalej mają pomysły rodem z bagien Dartmoor. Jeden z najnowszych to zastosowanie zwykłego ludzkiego strachu do walki z paleniem tytoniu. Zniszczone nikotyną dziąsła i płuca przeżarte rakiem - takie obrazki, zamiast haseł ostrzegających przed skutkami palenia, pojawią się na paczkach papierosów w Wielkiej Brytanii. Mają odstraszać nawet najbardziej zatwardziałych palaczy. Jak z Elegii o śmierci Ludwika Waryńskiego: Już koniec, już płuca wyplute, lecz palą się oczy otwarte... (przepraszam za niedokładny cytat).

Na paczki trafi 14 makabrycznych obrazków. To pierwsza tego typu kampania w Wielkiej Brytanii, ale nie pierwsza na świecie - podobne rozwiązanie zastosowano w Kanadzie. Nie wiadomo jeszcze, ilu przerażonych skutkami palenia Kanadyjczyków odstawiło papierosy, ale - zdaniem naukowców - akcja przyniosła zamierzony skutek. Z badań wynika że 80 proc. obywateli tego kraju uznało akcję za udaną i potrzebną. Brytyjski odpowiednik ma być podobno łagodniejszy - organizatorzy zapowiedzieli też"pozytywne" napisy i zdjęcia.

Nowotwory i zniszczone dziąsła zaczną straszyć z paczek papierosów w Wielkiej Brytanii już pod koniec roku a od stycznia 2008 będą obowiązkowe. Nie będą samodzielne - towarzyszyć będą im dotychczasowe napisy. Kampania jest obowiązkowa - rysunki będą obligatoryjnie ukazywać się na paczkach wszystkich firm

Dzięki Boże chociaż za to. Człowiek idzie do kiosku a tam straszą go przeżarte płuca (i wyplute) i inne okropieństwa. Ciekawe czy będą też odpowiednie obrazki przestrzegające przed zanikiem potencji. Widząc że autorzy kampanii poszli na całość – wcale bym się nie zdziwił...

Strach jest rzeczą ludzką i można go wykorzystać w dobrej wierze – jak i każdą inną człowieczą słabość. Zwłaszcza że na Wyspach ma się całkiem nieźle. Tyle że nalezy uważać by nie popaść w śmieszność...

pluca

Angielski horror 2007. Przeżarte płuca...

horror

Anglicy lubią się bać...

00:25, kicior99 , zdrowie
Link Komentarze (5) »
środa, 22 sierpnia 2007
Jak bydło

czyli Anglia już nie pali

 

Tego dnia bali sie wszyscy - od Penzance do Dover. Pierwszego lipca wszedł w życie zakaz palenia w miejscach publicznych Wielkiej Brytanii. Tamten niedzielny ranek był na pozór taki sam jak wszystkie inne, jeśli nie liczyć zamachu na lotnisku w Glasgow. Wszedłem do zaprzyjaźnionego pubu – zazwyczaj już od drzwi nos świdruje ostry zapach dymu papierosowego – tym razem przywitał mnie świeży aromat lawendy. Ten zakaz ma swoje dobre strony – pomyślałem przy barze, sącząc piwo. Machinalnie sięgnąłem po paczkę tytoniu i położyłem ją na kontuarze. Nie palimy od dzisiaj – uśmiechnęła się barmanka. Jeśli chce pan zapalić to na zewnątrz...

Traf chciał, że nie był to pogodny dzień, zacinający kapuśniaczek mieszał się z przenikliwym – choć to lipiec – wiatrem. Gromadka palaczy siedziała przy stoliku pod zadaszeniem zwanym u nas „namiotem wezyra” (patrz zdjęcie). Bloody hell, traktują nas gorzej jak bydło – zaklął Malcolm, stały bywalec. Masz rację, nie słyszałem aby rząd zakazał już palenia w oborach – pokiwałem głową zapalając po raz któryś wilgotnego papierosa.

Dokładnie w tym samym czasie zapipała moja komórka. To był SMS od gospodarza. W związku z nową ustawą wprowadzam zakaz palenia na terenie całego domu – grzmiał SMS. W pokojach również? - puściłem natychmiast odwrotny. Yes, please – brzmiała natychmiastowa odpowiedź. Dla mnie oznaczało to albo zwiększenie konsumpcji piwa albo też zbankrutowanie na odświeżaczach powietrza...

Następny szok przeszedłem w poniedziałek w pracy. Dotychczasowa palarnia była zamknięta na cztery spusty, palaczy wypędzono do wiaty przypominającej przystanki autobusowe, tyle że bez siedzeń (patrz zdjęcie). Zakaz picia, jedzenie itp w obrębie żółtych barierek – zgodnie z duchem ustawy. Palenie nie ma się wiązać z jakimikolwiek przyjemnościami...

Brytyjczycy to bardzo spokojny naród, co opisywałem już wielokrotnie. Jeśli po wprowadzeniu tego zakazu wybuchła jakakolwiek burza lub fala niezadowolenia, to była ona też bardzo brytyjska. Sam zakaz też niewiele zmienił w obyczajowości – może częściej niż dotychczas przed pubem spotyka się grupki ludzi. Na świeżym powietrzu palić można dalej, wyłączając miejsca typowo publiczne, jak na przykład odkryte perony kolejowe.

Tymczasem nie wszyscy godzą się z zakazem. Pierwszy przypadek celowego łamania zakazu palenia przez właściciela pubu znalazł swój finał w sądzie Włascicielowi pubu happy Scotts w Blackpool udowodniono dwunastokrotne złamanie prawa i skazano na karę 2500 funtów. 55-letni Howitt uważa, że zakaz palenia w miejscach publicznych jest łamaniem wolności obywatelskich. Przed sądem zapowiedział, że będzie walczył o zniesienie przepisów, niezależnie od czekających go konsekwencji – jest gotów nawet pójść do więzienia. Zamierza też zwrócić się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Właściciel pubu zdążył założyć już partię polityczną głoszącą hasła walki z niesprawiedliwymi ograniczeniami ze strony rządu. Sam jest niepalący.

Kończę. Przerwa na papierosa – trzeba wyjść na balkon. Nie chce się bo pada...

palarnia

Nasza nowa palarnia

nosmoke2

Zakaz palenia też kosztuje. Tabliczka na sprzedaż w jednym z bristolskich sklepów.

00:02, kicior99 , zdrowie
Link Komentarze (7) »
czwartek, 16 sierpnia 2007
Lepiej nie chorować na Wyspie

czyli brytyjska medycyna w trzech obrazkach

 

Obrazek pierwszy. Kiedyś odwiedził mnie mój najlepszy przyjaciel. (pozdrowienia!!! - czyta bloga) i koniecznie zapragnął obejrzeć morze. Co prawda blisko mnie morza jako takiego nie ma tylko albo Kanał Bristolski albo od razu ocean, jednak trochę wody jest Pojechaliśmy więc nad Kanał. W drodze powrotnej Dominik zaczął narzekać na oko, które mu zasypał piasek. Gdy dotarliśmy do Bridgwater oko zaczęło łzawić. Domowe sposoby, jak cebula itp. przestały działać. Mimo protestów zadzwoniłem po pogotowie. Przed przyjazdem postanowiliśmy jeszcze wyjść zapalić. Wychodziliśmy właśnie z domu, gdy pustą ulice przeszyło wycie karetki reanimacyjnej... Nie wiem, czy od wezwania minęła minuta. Pani sanitariuszka obejrzała oko i... powiedziała że nic nie da się zrobić. Odesłała do pomocy ambulatoryjnej na drugim końcu miasta...

Obrazek numer dwa. Całkiem niedawno spadłem ze schodów. Wspominałem już o tym wiekopomnym wydarzeniu, gdyż przy tej okazji przeszedłem obowiązkowy gruntowny kurs chodzenia po schodach ale dziś nie o tym. Jako że noga puchła w tempie kosmicznym, wezwano na pogotowie. Przyjechali bardzo szybko, obejrzeli nogę i z miejsca odwieźli mnie do centralnego pogotowia w Taunton. W karetce podłączyli mnie do skomplikowanej aparatury, przynajmniej raz w życiu mogłem dowartościować się, że jestem porządnie chory :) Po przyjeździe z wszystkimi szykanami wsadzili mnie na wózek inwalidzki, powieźli do ogromnej poczekalni i... kazali czekać na wezwanie. Minęła godzina i nic. Druga i dalej nic... Pacjentów przybywało a ja zacząłem się niecierpliwić. Dzięki pomocy pana towarzyszącego chorej żonie udało mi się dotrzeć do toalety (poruszania się na wózku nie opanowałem, a wstawania z niego tym bardziej... Pod koniec trzeciej godziny czekania w końcu wezwano mnie do gabinetu. Z ogromną trudnością pokonałem obszerną poczekalnię. Pani doktor obejrzała nogę i... przepisała środki przeciwbólowe. Nawet nie pofatygowała się aby nogę prześwietlić, o tomografie nie wspominając. Stwierdziła naruszenie stawu skokowego i stwierdziła że miesiąc poboli ale ona nie może wiele zrobić. Bolało faktycznie miesiąc, choć przez moją głupotę porobiły się komplikacje i być może będę operowany...

Wreszcie obrazek trzeci. Mieszkającego ze mną Michała rozbolał ząb. Wizyta u miejscowego dentysty nic nie dała, przyjmował dopiero za cztery dni. Odesłano nas do szpitala w Taunton (tego ze scenki powyżej). Ponieważ za usługi dentystyczne się płaci (i to tyle że na większe zabiegi Anglicy jeżdżą do Polski) zanim zaczęto z nami rozmowę już nas wykasowano. Pierwsza wizyta trzy funty – następna trzydzieści... Michała przyjął starszy dentysta i śliczna asystentka. Niestety moje próby ulotnienia się z gabinetu nie udały się, gdyż dentysta potrzebował tłumacza. Nienawidzę dentystów i cierpiałem dokładnie tak samo, jakbym to ja siedział na fotelu tortur... Stomatolog prześwietlił ząb, zdecydował się na ekstrakcję (słowo „wyrywanie” odświeża mi największe życiowe koszmary) i ochoczo chwycił za szczypce. Oj ciężka jest praca tłumacza... Po pięciu minutach prawdziwej rzeźni stwierdził, że korzenia nie ruszy. Niemożliwe. Jeśli już – to podczas rewizyty, tej za trzydzieści funtów. Chromolę – powiedział Michał, kiedy po koszmarach związanych z rwaniem, puszczeniem znieczulenia i końskiej dawce środków przeciwbólowych z ASDY (na mój koszt) był w stanie cokolwiek powiedzieć. Nie będe płacił cwaniakowi...

Dziś komentarza nie będzie. Zastanówcie się tylko, czy w Anglii jest sens chorować...

Kliknij aby przeczytac rozszerzona wersję wpisu.

dowcip1

To nie moja wina, a braku funduszy...

dowcip2a

Braki kadrowe?

(dowcipy ze strony www.jwolfe.clara.net)


Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: