wtorek, 01 września 2009
Najstarszy mężczyzna świata

czyli szare życie Henry'ego Allinghama


To było szóstego czerwca. Włączyłem radio, jak zwykle zresztą BBC Somerset i na początku nie mogłem zrozumieć o co chodzi. Masa dzieciaków składała życzenia komuś, kogo zupełnie nie mogłem skojarzyć. W większości z nich przewijał się motyw: od jedenastolatka dla stujedenastolatka. Z tym większą ciekawością zacząłem słuchać, bo jednak przeżyć sto jedenaście lat to nie byle co, mnie chyba nawet połowa z tego nie grozi. Za chwilę żeński głos poinformował, że dostojny jubilat jest ostatnim weteranem I wojny światowej. To już niezły wyczyn. Miałem okazję, bodaj w roku 1995 oglądać na własne oczy ostatnich weteranów powstania wielkopolskiego, a także rozmawiać z najstarszą mieszkanką Piły, kobietą wtedy 102-letnią - i ich widok, ciężkość znoszenia każdego dnia zrobiły na mnie ogromne wrażenie...
Jego życie, w sensie dokonań było dość przeciętne, a przecież mimo wszystko niezwykłe. Henry Allingham urodził się w roku 1896. Szybko, bo już w wieku jednego roku został półsierotą, wychowywali go matka i dziadkowie. Wkrótce po skończeniu podstawówki poszedł do pracy, najpierw pracował w fabryce narzędzi chirurgicznych, później w fabryce części samochodowych. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, początkowo odłożył plany pójścia na front, zajmując się chorą matką. Początkowo również nie doceniał zagrożenia - prawdę mówiąc, nie wiedziałem o co chodzi - powiedział w wywiadzie dla BBC. W roku 1915 zaciągnął się do Royal Naval Air Service, głównie dla przygody, i w jej szeregach walczył aż do końca wojny, zaliczając między innymi bitwę pod Ypres i nad Sommą. Cudem uratowany po trafieniu jego statku przez Niemców na Morzu Północnym. Po demobilizacji pracował w zakładach Forda. II wojnę światową zaliczył jako rezerwista. Ożenił się i spłodził dwie córki (tak nawiasem, obie przeżył), owdowiał po 53 latach życia małżeńskiego. O jego życiu prywatnym tak naprawdę wiadomo bardzo niewiele, może tylko to, że był fanem krykieta. Tak po prawdzie, karierę zaczął robić na początku XXI wieku, kiedy zorientowano się, że jest jednym z najstarszych weteranów I wojny. Brytyjski Medal Zwycięstwa dostał dopiero w 2004 roku, a więc 86 lat po wojnie! Odznaczono go również francuską Legią Honorową. 19 czerwca tego roku nie w własnej woli dostąpił ostatniego i chyba największego zaszczytu: został najstarszym mężczyzną świata, a tytuł ten dzierżył przez 29 dni, do czasu śmierci 18 lipca. Następcą Allinghama został Amerykanin Walter Breuning, urodzony 21 września (ach co za piękna data :) również 1896 roku.
Tak mało i tak wiele...

Allingham w dzieciństwie (fot. Wikimedia Commons, lic. PD-old)

Rodzina H. Allinghama (copyright Daily Mail)

Najstarszy mężczyzna świata w momencie pisania tego tekstu - Walter Breuning. I jak mu zaśpiewać "sto lat"? (fot. zimbio.com)

Telewizyjny materiał o Allinghamie

00:00, kicior99 , ludzie
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 kwietnia 2008
Tajemnica pączka

czyli kapitan Kloss wysiada

Jest styczeń 1968. Zapieczętowany pociąg z Hamburga do Berlina Zachodniego przejeżdża przez jedną ze wschodnioberlińskich stacji. Pasażerowie powoli przygotowują się do zakończenia podroży, nikt wiec nie zwraca uwagi na niepozornego niskiego mężczyznę w okularach, który zamiast, jak inni, zdejmować walizki z bagażników, śledzi przez uchylone okno mijane stacje. Na jednej z nich, wyciąga rękę przez okno i zamaszystym ruchem rzuca coś pod nogi patrolu Volkspolizei - a trzeba Wam wiedzieć, że w tych zimnowojennych czasach patrole Vopo były na każdym peronie. Pociąg przyśpiesza, mężczyzna zamyka okno.
Tak zaczęła się jedna z największych brytyjskich historii szpiegowskich, która do dzisiaj rozpala namiętności Brytyjczyków i chyba nie ma dorosłej osoby, która nie miałaby na ten temat czegoś do powiedzenia... Można ją śmiało porównać ze skandalem, jaki wywołało odkrycie faktu szpiegostwa przez naszego złotego medalistę olimpijskiego, Janusza Pawłowskiego. Tym wychylającym się pasażerem był bowiem Geoffrey Prime, skromny radiotelegrafista, pracujący w brytyjskiej jednostce wojskowej w Berlinie Zachodnim. Tamten styczniowy dzień zmienił jego
życie...
Prime zawsze marzył o pracy w lotnictwie. Niestety, wrodzony daltonizm szybko pokrzyżował mu plany. Wstąpił jednak do wojska. tam wykorzystał swoje naturalne zdolności do przyswajania języków obcych. Poznał miedzy innymi rosyjski, i to tak dobrze, że nawet po stracie pracy w Berlinie pozostaje dalej na usługach armii brytyjskiej oraz kontrwywiadu. Zostaje przeniesiony do Cheltenham.
Każdy, kto był choć raz w tym sympatycznym kurorcie, i wjechał tam samochodem, musi pamiętać ogromny budynek po lewej stronie, zaraz przy wjeździe do miasta. Mieści się tam GCHQ - Centrala Główna Komunikacji Rządowej. Okrągłe gmaszysko zwane jest przez miejscowych "pączek" (the Doughnut). Czym się zajmują smutni panowie w nim pracujący, długo nie było wiadomo. I nikt pewnie nie dowiedziałby się aż po dziś dzień, gdyby nie nasz bohater, Geoffrey Prime. A budynek mieści po prostu zaplecze techniczne brytyjskiego wywiadu: centra podsłuchowe, kryptograficzne, analityczne. To tu pracował opisany już w blogu Alan Turing, ostateczny zwycięzca Enigmy.
W tym właśnie "pączku" rozpoczął pracę Jeffrey Prime. I od razu przypomnieli sobie o nim Rosjanie - im to bowiem złożył propozycję Prime. Widać zlekceważył napis na oknie "nie wychylać się..." Co prawda nigdy nie dowiemy się, co robił Prime w Cheltenham, jednak jedno jest poza wszelką wątpliwością - miał dostęp do najściślej strzeżonych materiałów brytyjskiego MI5. A Rosjanie płacili dobrze... Przez dwanaście lat z tego wydawałoby się świetnie strzeżonego obiektu wypłynęło do Rosjan wiele tajemnic. I trwałoby to dalej, gdyby nie przypadek - Prime gubi gdzieś swoje urządzenie deszyfracyjne. To radzieckie rzecz jasna. Dla Rosjan to znak, że należy zrezygnować z usług Anglika i przenieść go w stan uśpienia. Nie wpadł, mimo że był blisko - jego pierwsza żona znalazła w domu podejrzanie dużą sumę pieniędzy i podzieliła się tą wiedzą z policją. Jakoś gliniarzom nie wpadło do głowy skontaktowanie się z kontrwywiadem...
Jakiś czas później Jeffrey przechodzi na emeryturę i zostaje kierowcą taksówki. Zaczyna realizować swoje dotychczas skutecznie duszone pragnienia - kontakty z młodymi dziewczętami. Rozzuchwalił się do tego stopnia, że niektóre zmuszał nawet siłą... Kiedyś wywiózł na działki czternastoletnią panienkę i zmuszał ją na tyle głośno do uległości, że nie uszło to uwadze sąsiadów. Podzielili się swą wiedzą z policją. Co prawda Prime zdążył uciec, jednak drobiazgowe śledztwo pozwoliło na jego ujęcie. Gdy siedział w więzieniu, jego druga żona znalazła w domu komplet materiałów szpiegowskich. Tym razem policjanci jej nie zbagatelizowali. Po długim i bardzo głośnym procesie Geoffrey Prime został skazany na 38 lat więzienia - 35 za szpiegostwo i 3 za czyny nieobyczajne. Był to podówczas drugi pod względem długości wyrok zasądzony przez brytyjski wymiar sprawiedliwości. Przy okazji casusu Prime'a mało nie doszło do przywrócenia kary śmierci - na szczęście ktoś wykazał się zdrowym rozsądkiem.
Zdaje się, że Amerykanie nakręcili film opisujący tę burzliwa historię, która do pewnego stopnia zmieniła obraz Wielkiej Brytanii. przede wszystkim doszło do ujawnienia GCHQ - jednej z najbardziej zakamuflowanych instytucji na Wyspach. Wreszcie był to pierwszy głośny przypadek pedofilii, który walnie przyczynił się do powstania narodowej listy przestępców seksualnych - coś takiego istnieje w Wielkiej Brytanii po dziś dzień, a ci, którzy na niej są, mają - najogólniej mówiąc - przechlapane. A sam Prime "odsłużył" już HMP, jak ładnie po angielsku nazywa się więzienie Jej Królewskiej Mości, i gdzieś ukrywa się, na tyle nieskutecznie, że wścibskie gazety szybko zwęszyły jego miejsce pobytu...

GCHQ w Cheltenham.

 

Sporo było detektywów w tym opowiadaniu... 
13:57, kicior99 , ludzie
Link Komentarze (7) »
czwartek, 17 kwietnia 2008
Urok czerni i bieli

czyli o pewnym gatunku dupków

Dawno temu, kiedy przezywałem fascynację językiem niemieckim, nie odklejałem oczu od różnych ARD, ZDF - ów, RTL - i i tak odkryłem Haralda Schmidta. Wkurzający typek, ale oglądać się go dało. Jechał w swych programach na stereotypach, dokładał komu się da, a szczególnie upodoabł sobie Polskę i Polaków. Polak z jego programów to brudas i złodziej. To chyba właśnie Schmidt ukuł słynny slogan "Jedź do Polski - twój samochód tam już jest". I na nic się zdały poważne statystyki, z których wynika, że pod względem narodowości w statystyce kradzieży aut w Niemczech Polacy są na dziesiątym (sic!!!) miejscu. On wie lepiej. Kiedy jeden z premierów, zdaje się Leszek Miller, zaprosił Schmidta do Polski, ten ordynarnie olał zaproszenie. Zdaje się, że doskonale wiedział, jaki kit wciska ludziom. Może jest chamski i bezczelny, ale głupi na pewno nie. I wie, że korytko by nagle opustoszało...
Zdaje się, że Anglia dorobiła się również takiego Haralda Schmidta. Brytyjska wersja inteligentnego cynika nazywa się Jeremy Clarkson, jest bardziej strawna dla oka ale jednocześnie równie upierdliwa. Juz widzę i słyszę te protesty. Clarkson? Autor świetnych programów "Top gear"? Autor doskonałych felietonów w Sunday Times i bestsellerowych książek? Ano właśnie on.
Do czytania Clarksona namówił mnie Dominik i nawet sprezentował kilka książek w polskim przekładzie (dzięki! Filmy dla Ciebie czekają). Pierwszą zacząłem z dziką przyjemnością. Bystre spojrzenie, ciekawy sposób pisania, duża dawka humoru. Jednak im przeczytanych kartek ubywało, zorientowałem się, że tak właściwie mam do czynienia z angielską wersją Haralda Schmidta. Rzecz jasna toutes proportions gardees, bez niemieckiej buty i na wyższym poziomie, jadnak to stale ten sam gatunek dupka. Człowiek, który potrafi ośmieszyć Austriaków tylko dlatego, że zatrzymali go na granicy, który jadąc gdziekolwiek szuka tylko okazji, aby komuś przyłożyć. Polaków odkrył stosunkowo późno - no i to plus dla nas. Bo jego krytyka też dotyczy raczej tego, o czym wszyscy i tak wiemy. Co prawda obraz Polaka - złodzieja nie ma w Anglii wiekszych szans, ale za to z jakości pracy Polaków można się już ponabijać. Tako też i polskich dróg. "Najnowsza wersja mini powinna mieć na GPS tylko jeden kierunek - Polskę" - powiedział niedawno.
Nie bronię Polaków - ani żadnej innej narodowości - przed Clarksonem. Obronią sie same. Albo i nie, jak np. polskie drogi, bo tu krytyka jest jakby bardziej na miejscu. Ale trochę mnie mierzi zdobywanie sobie popularności na opluwaniu, nawet jeśli miałoby to być w miarę inteligentne. Clarkson dalej będzie święcił tryumfy, jego kolejna książka pewnie znów bedzie bestsellerem tyle że już beze mnie. Nie lubię czarno - białej wizji świata.

Swiat Clarksona to samochody.

Harald Schmidt. To ja już woję tego ze zdjęcia wyżej...

 

15:56, kicior99 , ludzie
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Człowiek, który wynajdywał muzykę

czyli John Peel w pełnej krasie

Jeśli jest najdziwniejsza muzyka swiata, to on ja na pewno zagra... - to najciekawsza recenzja, jaką słyszałem na jego temat. Sam też zetknąłem się z jego programami dość wcześnie, chyba w wieku 20 lat, kiedy już znając jako tako angielski zacząłem słuchać BBC World Service. Liczyłem, że gdy przyjadę na Wyspę, będzie mi dane posłuchać więcej jego programów, nie tylko półgodzinny show znany z BBC i retransmitowany w pewnym okresie przez RMF. Niestety, zmarł w miesiąc po moim przybyciu na Wyspę, 25 października 2004 roku i to pierwsza głośna śmierć, którą przeżyłem w Anglii. Nie wiedziałem, że aż tak jest popularny... Kto? John Peel. Najsłynniejszy muzyczny prezenter świata.
John Peel był tym typem dzieciaka, który rozkręca radio na cały regulator akurat, gdy leci muzyka absolutnie nie do słuchania dla sąsiadów, z którymi toczył wieczne wojny. Jego dziecinstwo nie było szczęśliwe, w opublikowanej po śmierci autobiografii zdradził, że był długo wykorzystywany seksualnie przez starszego kolegę - ujawnił to dla kampanii zwalczającej przemoc w stosunku do dzieci. Skończywszy szkołę pracował na początku w wojsku jako operator radaru, później nawinęła sie okazja wyjazdu do Ameryki, gdzie pracował w biznesie prowadzonym przez kolegę ojca. Tam zetknął się z kampanią prezydencka Johnssona i Kennedy'ego. Zafascynowany, zaczyna pisać jako freelancer dla Liverpool Echo. W końcu dostaje wymarzoną pracę w radio WRR, z początku jako DJ nocny - taki los nowicjusza... Dopiero beatlemania powoduje, że jego programy stają sie popularne - oczywiście jako Brytyjczyk zostaje uznany za eksperta.
Wraca do Anglii, z młodą żoną (poznali się gdy miała pietnaście lat) i zaczepia się w pirackim Radio London. W odróżnieniu od "uładzonego" BBC, stacje pirackie grały muzyke niechjetnie widziana przez władze - na przykład hippisowską, za którą zawsze snuło sie odium narkotyków i nieobyczajności. To własnie John zaraził Londyn muzyka hippisowską i po części zmienił kulturę miasta. Wtedy też zaczął sie nazywać Peel - jego prawdziwe nazwisko to Ravenscroft.
Ledwie zamknieto Radio London, w 967 roku, Peel przechodzi do nowo ptwartego BBC Radio One. Dostaje program Top Gear, w którym gra to, z czego słynął już w pirackim radio - najdzikszą mieszanke stylów, od folku, reggae po hard rock. To on po raz pierwszy zagrał Tubular Bells Mike'a Oldfielda, zachecony przez mało wówczas znanego menedżera Richarda Bransona. To głównie dzięki Peelowi Branson zbudował swoje muzyczne - i nie tylko - imperium Virgin. To on po raz pierwszy zagrał Anarchy in the UK Sex Pistols... Jego światowe premiery można mnozyć w nieskończoność. Mało jednak kto wie, że również on zagrał jako pierwszy za granicą urtwory takich znajomych kapel jak Siekiera czy Brygada Kryzys...
Ma również niewyparzony język i szokujące pomysły - na przykład w r. 1971 podczas jednego z nocnych programów wyznał, że był chory na kiłę, za co zresztą spotkały go nieprzyjemności. Gdy zeznawał w jakiejś sprawie jako świadek, został zdyskredytowany przez sędziego, który zalecił, aby wyrzucono szklanke, z której pił wodę...
Do konca swych dni uważany był jako didżej niepokorny, ale o ogromnym wyrobieniu muzycznym i wielkim smaku. To on kreował mody muzyczne, to u niego wypadało sie pojawić w nocnym programie, jeśli marzyło sie o karierze. I choć w przyszłości jego sława przyblakła nieco, zawsze był uważany za arbitra w sprawach muzycznych. Jeśli Peel powiedział że nie - to nie...
Pod koniec życia skupia sie na prezentacji muzyki świata w stacji BBC World Service - i z tych audycji znają go Polacy. Tu również kreuje mody: sam fakt, że kogoś zagrał Peel był już mocną rekomendacją. Śmierc zastała go nagle, w podróży służbowej - kręcił program muzyczny w Ameryce Środkowej.

peel2

Mistrz Peel w swoim zywiole

TubularBells

I jego największe odkrycie... Tubular Bells mike'a Oldfielda.

07:27, kicior99 , ludzie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2007
Człowiek, który zbudował Europę

czyli o fenomenie Brunela

 

Tak to już zawsze jest,. że urodzić się w odpowiedniej rodzinie, to połowa drogi do sukcesu życiowego. Choć z drugiej strony, gdybym urodził sie w takiej rodzinie, jak Isambard Kingdom Brunel, to - znając moje możliwości w zakresie techniki - strzeliłbym sobie w łeb już w wieku około trzynastu lat.

A Isambard urodził się jako syn jednego z najbardziej wówczas znanych inżynierów i wynalazców, Marca Brunela, francuskiego emigranta w angielskim porcie Portsmouth. Wczesne dzieciństwo spędził w warsztacie swojego ojca, gdzie powstawały takie wiekopomne wynalazki, jak pierwszy nowoczesny młyn czy pionierski tunel pod Tamizą. Ba, konstrukcja i sposób wycinania tunelu były tak doskonałe, że zastosowano je nawet do drążenia Eurotunelu!

I choć w wieku czternastu lat wysłany na naukę do Francji, Isambard nie zapomniał o cudach oglądanych w laboratorium ojca. Wrócił do Anglii, zaliczywszy jeszcze po drodze studia techniczne w Caen i zabrał się do roboty. Zaczął od dokończenia wraz z ojcem tunelu pod Tamizą. Roboty nie przebiegały zbyt gładko, gdyż łożysko rzeki jest bardzo niestałe. Doszło do kilku poważnych wypadków, w których zginęli ludzie, a młody Brunel odniósł kontuzję. Tunel jednak dokończono, a po licznych renowacjach służy Londyńczykom aż do dziś.

Następną pasją Isambarda Brunela były mosty. Rzadko kto przechadzając się po Mostu Grunwaldzkiego we Wrocławiu wie, że wynalazcą tego typu konstrukcji był właśnie genialny angielski inżynier. Pierwszy tego typu most wiszący powstał w Bristolu i łączy do dziś miasto z ekskluzywnym przedmieściem Clifton. Most ma ponad 200 m długości, jest zawieszony 70 metrów nad rzeką Avon i w czasach, gdy go zbudowano, był największym i najdłuższym mostem świata. Niestety i przy budowie tego obiektu giną ludzie, z czym Brunel nie może się pogodzić. Konstruuje jednak dalej mosty, a większość z nich służy aż po dzisiaj. Jest również twórcą pierwszego mostu kolejowego - tego równoległego do Tamar Bridge w Plymouth. Niestety, twórcy nie było dane obejrzeć swego dzieła w pełnej krasie. Umiera na dwa lata przed oddaniem konstrukcji do użytku.

Prawdziwe wyzwanie dla Brunela to jednak kolej. Nie ma to jak urodzić się w odpowiednim miejscu i czasie, prawda? Brunel miał to szczęście. W roku 1833 został mianowany głównym inżynierem budowanej właśnie Great Western Railway, łączącej Londyn z Kornwalią, przebiegającej zresztą 100 metrów od miejsca, w którym powstaje ten tekst. Już na początku wprowadził dwie innowacje - szeroki tor, który, jak sądził, pomoże pociągom w uzyskaniu większych prędkości, oraz poprowadził linię z dala od większych miast. O ile to drugie zdało egzamin, szeroki (o rozpiętości oponad dwóch metrów) tor się nie ostał. Jadąc koleją na trasie Londyn - Bristol, między Bath a Chippenham przejeżdżamy przez słynny Box Tunnel, ongiś najdłuższy tunel na świecie. Mało kto jednak wie o szatańskim wręcz dowcipie Brunela: otóż skonstruował ów tunel tak, że jest w całości oświetlony światłem słonecznym w dzień urodzin projektanta. Jeszcze niejako po drodze projektuje stację Bristol Temple Meads, moim zdaniem jeden z najpiękniejszych dworców kolejowych świata.

Jego poczucie humoru miało bardzo różne odcienie: kiedyś, podczas zabawiania własnych dzieciaków sztuczkami magicznymi zadławił się monetą półsuwerenową. Aby się jej pozbyć, przywiązał się do drzewa i - głową w dół - najzwyczajniej pod słońcem ją wytrząsnął...

Pod koniec życia Brunel zainteresował się statkami transoceanicznymi. Do tego stopnia że przekonał spółkę... kolejową aby zainwestowała w budowę statku dalekomorskiego! W czasach, gdy PKP nie można namówić, aby kupiła porządne pociągi, taka informacja musi szokować. Tak oto powstał inżynieryjny cud tamtych lat, SS Great Britain - parowiec, ale już ze śrubą. Drugi statek, Great Eastern, nie był już takim sukcesem, choć... to właśnie on pociągnął słynny kabel telegraficzny między Europą i Ameryką.

Bez wielkiej przesady można powiedzieć, że Brunel to człowiek, który stworzył podwaliny nowoczesnej światowej techniki. Największy wpływ wywarł oczywiście na Somerset - krainę w której przyszło mieszkać i jemu i mnie, jednak wynalazki Brunela stosowane są do dziś w wielu dziedzinach życia. Miała Ameryka swego Edisona, miała też Europa swojego Brunela.

BoxTunnelEast

Słynny tunel, w którym w dzień urodzin twórcy jest jasno.

 

08:41, kicior99 , ludzie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 grudnia 2007
Kto naprawdę rozwalił Enigmę?

czyli dramat geniusza

Od momentu, gdy usłyszałem o nim pierwszy raz, polubiłem i szczerze podziwiałem tego człowieka. Co prawda mieszkam już w zupełnie innej Anglii, niż on, jednak to właśnie dzięki niemu i jemu podobnym ten kraj może być taki, jaki jest. I można długo się zastanawiać, czy nasz bohater przyczynił się do tego geniuszem i swymi wynalazkami, czy też szokującym dramatem, jaki spotkał go w końcówce życia...
Alan Turing od urodzenia cierpiał na kompleks brzydkiego kaczątka. Syn skromnego oficera w Indiach, w dzieciństwie wraz z rodzicami przeniósł się do Anglii. Już w szkole bywał pośmiewiskiem dla kolegów i nauczycieli, którzy wydrwiwali jego słabą umiejętność pisania i zespół cech, które dziś nazywamy dysleksją. Ktoś jednak zauważył drzemiące w chłopcu ogromne umiejętności, gdyż w wieku 14 lat został posłany do ekskluzywnego gimnazjum w Sherborne. Na pewno nie z powodu bogactwa rodziców - Alan na inaugurację roku przejechał do szkoły z Southampton na rowerze! A jest to ponad sto kilometrów...
W Sherborne przeżył chyba najpiękniejsze chwile swego życia - poznał Christophera Morcoma, w którym zakochał się ze wzajemnością (zdjęcie po prawej). Niestety, szczęście - jedyne w jego życiu - trwało bardzo krótko, Chris umarł wkrótce na gruźlicę odzwierzęcą, podobno od picia mleka (zawsze mówiłem że to biała trucizna...). Załamany Turing nie dostał się z tego powodu na ekskluzywne studia, jak również z innego - totalnie wisiały mu przedmioty humanistyczne, jakimś cudem "załapał się" do college w Cambridge. Tam rzucił się w wir swoich zainteresowań - zastosowania matematyki do budowy maszyn. Jego wkład w tzw. Entscheidungsproblem (z grubsza biorąc zapisywanie wyników operacji logicznych) jest do dziś nie do przecenienia - dzięki niemu możecie m. in. czytać ten tekst. W tym czasie zbudował pierwszą swą maszynę, zwaną "maszyną Turinga".
Zbliżała się wojna. W międzyczasie Alan trafia do Bletchey Park, siedziby brytyjskiego kontrwywiadu, gdzie pracuje nad rozwiązaniem szyfru Enigmy. Nie protestujcie - to prawda, że pierwsze złamanie szyfru zawdzięczamy Polakom i słynnej szkole poznańskiej. Turing zresztą dysponował zdobytą przez wywiad brytyjski "bombą" - poznańską maszyną deszyfrującą. Problem polegał na tym, że Niemcy w końcu zorientowali się, że alianci "roztrzaskali" maszynę i wprowadzili algorytm, którego Polacy nie mogli już złamać.

Turing założył, że pewne sekwencje kodu muszą się pojawić w każdej informacji (na tej zasadzie jak np. my zakładamy, że w tekście wcześniej czy póżniej pojawi się np. słówko "się") i na tej podstawie wraz z innym kryptologiem, Welshmanem, zbudowali nową "bombę", tym razem już niezawodną. Podczas wojny zdążył jeszcze pojechać do USA i pracować nad kodowaniem sygnału radiowego oraz... oświadczyć się niejakiej Joanne Clarke. Jednak zaręczyny zostały zerwane po niecałym roku.

Zupełnie na marginesie. Ile razy mówię Polakom o roli, jaką odegrał Turing w rozwiązaniu Enigmy, zawsze spotykam sie z olbrzymią niechęcią. "Uzurpatorzy". "mitomani" - to najłagodniejsze słowa, jakie przy tej okazji słyszę. A nikt z moich rozmówców nawet nie wiedział, kim był Turing... A to dlatego, że u nas poprzestaje się na prezentacji osiągnięć Rejewskiego, Różyckiego i Zygalskiego - zaiste wspaniałych, ale prawda jest nieco inna...

 Obsypany licznymi nagrodami, w tym prestiżowym orderem Imperium Brytyjskiego, po wojnie pracuje nad pierwszymi komputerami i przez pewien czas nawet głównej kwatwerze podsłuchów w GCHQ w Cheltenham (niebawem napiszę o tej ponurej instytucji). Wtedy spotyka go katastrofa życiowa. Jego kochanek, 19-letni chłopak, włamuje się do jego mieszkania i kradnie cenne materiały, mogące być przedmiotem szantażu. Chcąc nie chcąc Turing musi udac się na policję. Podówczas homoseksualizm był zakazany, jednak władze idąc na rękę naukowcowi proponują mu w zamian za więzienie kurację hormonalną mającą na celu obniżenie libido. Turing zgadza się na nią, choć jego kariera naukowa definitywnie się łamie, GCHQ rezygnuje z jego usług. 8 lipca 1954 roku Turing popełnia samobójstwo, spożywając jabłko nasączone cyjankiem potasu. Brytyjska nauka traci jednego z najwybitniejszych luminarzy, i to w okresie, kiedy jego dojrzałość intelektualna osiągnęła najwyższy stan.

bombaturinga

Bomba Turinga - replika. I pomyśleć, że zwykły laptop potrafi więcej...

03:59, kicior99 , ludzie
Link Komentarze (21) »
czwartek, 22 listopada 2007
Sześćdziesiąt lat minęło

czyli diamentowe gody pary królewskiej

 

O tym, kim jest Elżbieta II, wiedzą rzecz jasna wszyscy - o ile się nie mylę, uczą o tym w szkole. Wszyscy wiedzą również, że w Hyde Parku nie można obrażać królowej angielskiej - to prawie tak jak w polskim Sejmie, z tym, że tu królową obrażać można. Niektórzy wiedzą jeszcze że znaczka z królową nie wolno przyklejać do góry nogami... Usiłowałem tu, na miejscu zweryfikować tę szokującą informację - i co prawda wszyscy zapytani chórem twierdzili że to prawda, nikt jednak nie mógł mi powiedzieć, czy ktokolwiek z tego powodu został ukarany.

Jednak mało kto wie, kto to jest książę Filip. Przyznam się, że ja też długo nie wiedziałem - poza tym, że to mąż królowej Elżbiety rzecz jasna. A Filip wcale nie jest Anglikiem, tylko Duńczykiem z niemieckimi korzeniami. Nosi również tytuł księcia Grecji. W ubiegły weekend królewska para obchodziła diamentowe gody, czyli sześćdziesiąt lat małżeństwa.

Po raz pierwszy para królewska spotkała się w roku 1939, kiedy Elżbieta miała... 13 lat. Filip był od niej pięć lat starszy i już w tak młodym wieku uchodził za niezłego lowelasa i podrywacza. Młodziutka Elżbieta wywarła na nim duże wrażenie. On na królowej matce również - choć był biedny jak przysłowiowa mysz kościelna, mógł się pochwalić prawdziwie błękitną krwią. Ojciec Filipa urodził się w rodzinie Battenbergów, książąt heskich. Później Filip przetłumaczył swoje nazwisko na angielski (Mountbatten). Wśród przodków Filipa znaleźć można przedstawicieli wszystkich rodów panujących w Europie, a także - ciekawostka - polską rodzinę Hauków.

Oczywiście Elżbieta i Filip nie pobrali się tak od razu, a dwa lata po wojnie, w roku 1947. Ich małżeństwo przyjęte zostało w Anglii z prawdziwą euforią - dla kraju, który tkwił w głębokim powojennym kryzysie była to de facto pierwsza okazja do publicznej radości. jeśli wierzyć zapewnieniom starszych Anglików, Elżbieta (wtedy jeszcze nie królowa, została nią w roku 1952) kupiła materiał na suknię ślubną... na kartki. Na głowie miała welon z chińskiego jedwabiu - ponoć specjalnie sprawdzano, czy to nie jest jedwab japoński, bo z tym krajem Anglia była podówczas w stanie wojny. Nie jedyny to przykład dotrzymywania konwenansów - Filip nie mógł na ślub zaprosić swych trzech sióstr, będących wtedy żonami niemieckich arystokratów. Anglia wtedy w stanie wojny już nie była, ale...

Co ciekawe, ślub Filipa z Elżbietą nie zwolnił księcia od odbycia służby wojskowej, a pełnił ją w jednostce marynarki wojennej na Malcie. Elżbieta jako młoda żona spędziła tam trzy lata. Tam również diamentowa para uda się w podróż wspomnień.

Charakterystyczne, że obchody tego niewątpliwie niezwykłego jubileuszu nie były w Anglii jakoś specjalnie fetowane. Owszem, odbyły się stosowne uroczystości, prasa skwapliwie podała, że para otrzymała dwa tysiące prezentów z całego świata... i tyle. Gdzież temu jubileuszowi do obchodzonej niedawno smutnej uroczystości dziesięciolecia śmierci Diany. A przyznać trzeba, że Elżbieta jest w Anglii postacią lubianą i szanowaną, znacznie bardziej niż jej progenitura.

filip

To już 60 lat... (fot. Rzeczpospolita)

 

04:55, kicior99 , ludzie
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 listopada 2007
Odważył się być człowiekiem

czyli o najdramatyczniejszej wyprawie angielskiej

 

Kończę chorować! Hura! Tak przynajmniej powiedziała pani doktor, a ja nie mam żadnych zastrzeżeń do jej diagnozy, poza tym miesiąc w łóżku to zdecydowanie za dużo. Podczas tej choroby udało mi się trochę przeczytać ale... gdzie te lata dziecięce, gdy człowiek chciał sobie trochę pochorować aby w końcu mieć czas na czytanie...

Nie będę ukrywał – lubiłem być chory. Odprawiałem wtedy wszystkich do szkół (rodzice byli nauczycielami) a sam robiłem sobie herbatę i znikałem na godziny z rzeczywistego świata. Na chorowanie najlepsi byli Centkiewiczowie, a zwłaszcza gruba księga „Nie prowadziła ich Gwiazda Polarna” z opisami najbardziej wstrząsających wypraw. Czytałem to masę razy, zawsze cieszyłem się z Nansenem, płakałem, gdy Robert Scott przegrał wyścig z Amundsenem o Biegun Południowy, a jeszcze bardziej przy opisie jego śmierci... Kibicowałem mu, w końcu to mój imiennik. O jakże chciałem wtedy być Anglikiem albo Norwegiem!

Trochę przy tym lekceważyłem Ernesta Shackletona, angielskiego polarnika irlandzkiego pochodzenia, bo w moim ówczesnym mniemaniu niewiele osiągnął. Dopiero podczas mojej ostatniej wizyty w Plymouth, stojąc na nadbrzeżu, z którego odpływał Shackleton, jego trzecia wyprawa wróciła do mnie jak bumerang. Usiłowałem sobie wyobrazić, jak do trójmasztowego żaglowca Endurance wprowadzano 69 psów zaprzęgowych i dwie świnie, ostatnie pożegnania i obietnicę sir Ernesta, że tym razem na pewno zdobędzie Biegun.

Jeśli tę trzecią wyprawę Shackletona można porównać z czymkolwiek, to chyba tylko z dramatyzmem misji Apollo 13. Zaczęło się od pecha – w Buenos Aires statek opuścił najbardziej zaufany członek załogi, Perce Blackborrow. Z załogi jakby uszło powietrze. Shackleton był, jakbyśmy teraz powiedzieli, „luzakiem” i dobrym humorem utrzymywał morale załogi. Do czasu. Statek dostał się między kry lodowe i 26 października ugrzązł na dobre w lodzie. W temperaturze minus szesnastu stopni Fahrenheita padły słowa, których wszyscy się obawiali” „Opuścić statek!”

W tamtych czasach (a był to rok 1915) nie było jeszcze łączności radiowej i Shackleton nie bardzo mógł ustalić dokładne położenia ekspedycji. Postanowił dotrzeć do Wyspy Pauleta, gdzie, według jego informacji, schowane były zapasy szwedzkiej ekspedycji polarnej. Z uwięzionego statku zabrano trzy szalupy, które załadowano prowiantem z tonącego statku. Postanowiono maszerować ku lądowi, jednak na półkuli południowej zaczęło panować lato, lód rwał się i wyprawa została sparaliżowana.

Shackletonowi nie pozostało nic innego jak przetrwać lato w obozie lodowym, który zbudowano. Zapasy się kończyły, uzupełniano je tym, co wyłowiono z wody wokół na wpół zatopionego statku – głównie wodę mineralną i cebulę. Resztę uzupełniano mięsem z upolowanych fok i pingwinów. Na dzień przed wyruszeniem na Wyspę Pauleta Shackleton zakopał w śniegu Biblię, wyrwawszy z niej uprzednio stronę z „lodowym proroctwem” z Księgi Hioba. Zauważył to jeden z członków załogi – i bojąc się, że przyniesie to nieszczęście, odkopał księgę i zabrał ze sobą. Dziś znajduje się ona w British Museum.

Shackleton wychodził ze słusznego założenia, że najważniejszą rzeczą jest psychika i morale załogi, co w pewnym sensie uczyniło go nowatorem na skale światową. Z nastrojami ludzi liczył się bardziej niż z brakiem pożywienia. Gdy zauważył, że któryś z członków popada w depresję – dokładał mu dodatkowej roboty. Kiedyś odmówił nawet wydania dodatkowych racji żywności, bo obawiał się, że ludzie odbiorą ten gest jako brak jakiejkolwiek nadziei...

Jeśli wyprawa zakończyła się względnym sukcesem – to jest to wyłącznie zasługą jej szefa, który sposobem myślenia daleko wyprzedził epokę. Dla mnie zawsze będzie mistrzem humanizmu w jego warstwie praktycznej.

shackleton11

Uwięziony statek Shackletona.

ratunek

Wyprawa uratowana! (zdj. home.bendbroad.com, wikipedia)

 

01:02, kicior99 , ludzie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 października 2007
Jak poznałem seks ślimaków

czyli o angielskim maniaku zoologicznym

 

Pamiętam, tę książkę kupił mi tato do pociągu, na chybcika w księgarni na wrocławskim dworcu, gdy po raz pierwszy wysyłał mnie samodzielnie na wakacje do rodziny w Kieleckiem. Miałem wtedy ze trzynaście lat. Okładka mnie nie zachęciła, choć tytuł był zaiste intrygujący. Do Oleśnicy fascynował mnie krajobraz za oknem, do Namysłowa rzucałem na książkę spojrzenia spode łba. Do czytania zmusiłem się dopiero w okolicy Lublińca i... przepadłem z butami. Z nudnego, brudnego pociągu przeniosłem się na Korfu lat dwudziestych, gdzie żyła sobie angielska szczęśliwa, nieco zwariowana rodzina – matka z trzema synami: Gerrym. Lessiem i Larrym i córką Margo. Łagodnością, humorem i swadą pisarską książka (jak na mój trzynastoletni umysł) dorównywała tylko Dzieciom z Bullerbyn... No i nigdzie wcześniej nie czytałem o seksie ślimaków... Książka nazywała się „Moja rodzina i inne zwierzęta”, napisał ją Gerald Durrell, jedna z największych sław zoologicznych świata, taki angielski Gucwiński, tylko o wiele barwniejszy.

Małego Gerry'ego interesowało wszystko co się rusza i znosił do domu wszelakie zwierzęta, od najmniejszych po całkiem pokaźne. Rodzina nie znała dnia ani godziny, kiedy mogło coś wypełznąć spod łóżka lub z szafy. Jako że na Korfu nie było angielskiej szkoły, Gerry był w zasadzie samoukiem, którego uczyli znajomi brata Larry'ego (również bardzo znanego pisarza, autora Kwartetu Aleksandryjskiego).Strona po stronie odkrywałem jak rodzi się pasja, która może przerodzić się w miłość na całe życie. Jeszcze wtedy nie wiedziałem kim jest Durrell, ale szybko, bo jeszcze tych samych wakacji odkryłem następną książkę - „Moje ptaki, zwierzaki i krewni” - chyba jeszcze lepszą...

Durrell z początku wybrał życie awanturnika – zaraz po skończeniu studiów biologicznych jeździł jako członek ekspedycji pozyskujących zwierzęta do brytyjskich ogrodów zoologicznych. Kochał te ogrody. Twierdził, że pierwszym słowem, jakie wypowiedział w życiu było „zoo” i nie ma podstaw, by mu nie wierzyć. Jego znaleziska lądowały w największych ogrodach angielskich: w Londynie, Bristolu, Chester i Paington. W międzyczasie ożenił się i wspólnie z żoną założyli fundację wspierającą ginące gatunki. Jednak nie posłużyło to dobrze małżeństwu – związek rozpadł się z hukiem.

Durrell nie byłby sobą, gdyby części z przywiezionych zwierząt nie trzymał u siebie w domu. Rzecz jasna nie wszystkim się to podobało, stąd chciał założyć zoo w rodzinnym Bournemouth. Ku jego rozpaczy władze nie zgodziły się na to – udało się dopiero na wyspie Jersey. Jednak z czasem zaczął tracić swój sentyment do ogrodów zoologicznych w kształcie, jakim istniały podówczas. Wypracował wówczas nowe zasady działania ogrodów zoologicznych i – korzystając ze sławy, jaką się cieszył – promował je i wdrażał. Po pierwsze, zoo powinno być miejscem, gdzie chroni się gatunki zagrożone i rozmnaża je aby następnie oddać naturze. Ogród zoologiczny ma pełnić funkcje nie tyle rozrywkowa ile edukacyjną, ucząc o życiu i zwyczajach zwierząt. Dla zwierzęcia ogród zoologiczny powinien być ostatnią instancją, gdy zawiodły już wszelkie inne sposoby utrzymanie go w jego środowisku naturalnym. Takie było właśnie jego zoo na wyspie Jersey – humanitarne wybiegi dla zwierząt, poszczególne gatunki żyjące w tzw. niszy ekologicznej itp. Oczywiście spotkał wielu przeciwników swoich teorii lecz czas pokazał że miał rację.

Durrell w żaden sposób nie wpisuje się w pejzaż ponurych dziadków – profesorów, zawsze był nieco „zakręcony”. Obdarzony ogromnym poczuciem humoru i życzliwy. Nigdy też – mimo zaszczytnych funkcji – nie zrezygnował z wypraw. Podczas ostatniej z nich – na Madagaskar – zaniemógł. Zmarł wkrótce potem, w 1995 roku.

Żyjąc w Anglii, a zwłaszcza narzekając na schematyzm Anglików, musimy przyjąć do wiadomości że jest ojczyzną również różnej maści Durrelli – ludzi, którzy wymykają się wszelkim schematom.

bristol zoo

Zoo w Bristolu swój obecny kształt zawdzięcza Geraldowi Durrellowi.

02:14, kicior99 , ludzie
Link Komentarze (9) »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: