czwartek, 10 czerwca 2010
Jak mieszkali Rzymianie

czyli z wizytą w Durnovarii

Dorchester to niewielkie miasto położone na południu Anglii, ośrodek administracyjny hrabstwa Dorset. Ładne miasto, aczkolwiek to, co w nim najciekawszego to nie architektura, pomniki, zabytki, choć i tego jest tam zatrzęsienie. Dorchester miał szczęście być dużym ośrodkiem miejskim w czasie panowania rzymskiego. Gród ów nazywał się Durnovaria (nazwa dość dziwnie brzmiąca dla polskiego ucha :), powstał prawie od razu po inwazji rzymskiej (w 70 r. n.e.) i ok. III - VI wieku był jednym z większych ośrodków miejskich na południu Wielkiej Brytanii, leżąc najpewniej na przecięciu dróg z Londinium do Exonii (tak zwał się Exeter) i z południowego wybrzeża na północ. Z tamtych czasów zachowało się niewiele, akwedukty, wały, umocnienia ziemne i - najlepiej zachowane resztki przeciętnego rzymskiego domu, jakie istnieją w Anglii. Zapraszam na reminiscencje z mojego dzisiejszego wypadu - zobaczymy jak mogli żyć Rzymianie w okupowanej Wielkiej Brytanii. A jest co oglądać - jak z reguły nie cierpię wszelakiej ruderologii, tym razem byłem zachwycony.

dscf1061

Na początku szybki rzut oka na oś czasową. Rzymski dom powstał ok 300 roku, początkowo jako trzy budynki, później był co najmniej dwukrotnie modernizowany.

dscf1043

To widok współczesny. Część ruin znajduje się pod dachem, głównie ze względu na cenne fragmenty fundamentów i podłogi. Co prawda wejść tam raczej nie można, ale konstrukcja jest tak sporządzona, że wszystko widać doskonale z zewnątrz. Fragment na pierwszym planie to zarys przedniej części domu.

dscf1046

Jedna z nielicznych kolumn, które oparły się zębowi czasu. Była to willa bogata jak na tamtejsze warunki, o czym świadczą między innymi takie ozdoby - nie każdy mógł sobie na nie pzowolić.

dscf1053

A to prawdziwa rewelacja technologiczna - podłoga z ogrzewaniem. Rzymianie stosowali dość wyrafinowane metody. Tu przykład jednej, zwanej hypocaustem. Na zewnątrz domu opalano dół węglem, resztę robiła cyrkulacja powietrza.

dscf1058

Tak to wyglądało w praktyce. pozwoliło to utrzymywać w domu temperaturę ok. 18 - 20 stopni. Ci,m którzy zafundowali sobie mieszkanie z ogrzewanymi podłogami i sądzą, że to jakaś super nowość, pewnie się zdziwią...

dscf1050

A to fragment posadzki. W domu w Dorchester odkryto co najmniej cztery rodzaje mozaik, w tym tę najciekawszą, rozetową, w kilku kolorach. Świadczy to nie tylko o świetnym guście, ale o bardzo wysokim stopniu geometrii praktycznej.

dscf1045

Dorosłych nie chowano w domu ani w jego okolicach, a przy drodze. Te sarkofagi wykopano w pobliżu jednej z dróg prowadzących podówczas przez Durnovarię.

dscf1060

Natomiast przy domu grzebano dzieci, jako że w zasadzie odmawiano im w pewnym sensie człowieczeństwa. W pobliżu domu zachowało się pięć dołów po pochówkach. Zwłoki były balsamowane i zawinięte w rodzaj całunu, co potwierdzają badania archeologiczne.

Co ciekawe - ekspozycja jest zupełnie darmowa, a obsługa turystów zautomatyzowana. Foldery sprzedaje się w automatach, a zamiast tradycyjnych magnetofonw czy radia uzywa się... telefonów komórkowych. Po wybraniu numeru, wklepujemy trzycyfrowy numer obektu, ktry własnie zwiedzamy. Tego Rzymianie na pewno nie wymyślili...

 

środa, 02 czerwca 2010
Dwunasty zawodnik

czyli pies, który uratował puchar

To musiał być wyjątkowo nieznośny psiak. Od małego gryzł wszystkie meble w domu, co zirytowało właściciela tak bardzo, że postanowił się kundla pozbyć. Oddał go swojemu bratu, który zapewne wykazywał się większą miłością do zwierząt. Ale i pan David Corbett nie zdawał sobie sprawy, co bierze sobie na kark...

Pewnego marcowego wieczora pan Corbett musiał odbyć pilną rozmowę telefoniczną. BT nie była w tak wstrząsającym stanie jak obecnie, toteż musiał skorzystać z budki telefonicznej. Przy okazji wykonał uciążliwy obowiązek, jakim jest wyprowadzenie psa na spacer. Nie wiadomo, czy do tej rozmowy doszło. Pickles, bo tak się owego psiaka wabiło, zaczął niecierpliwie węszyć przy żywopłocie, jakich pełno w Londynie. Pan Corbett przywykł już do psich fanaberii, jednak tym razem zwierzak był wyjątkowo oporny i zdeterminowany. Wytaszczył z krzaków spory pakunek zawinięty w gazetę. Pan Corbett rozwinął zawiniątko, i, jak na prawdziwego kibica przystało, wiedział co trzyma w ręce. Puchar Rimeta, zwany złotą Nike, najwyższe trofeum w piłce nożnej i jedno z najważniejszych w sporcie... Kroniki podają, że kiedy wrócił do żony i podzielił się informacją, ta pomyślała, że zwariował.

Pickles istotnie znalazł puchar świata i rzeczywiście był on w krzakach. Tydzień wcześniej został on skradziony z miejsca prezentacji - wystawy cennych znaczków. Jako że mistrzostwa świata w 1966 odbywały się w Anglii, puchar znajdował się tam siłą rzeczy. Wkrótce po zaginięciu trofeum, do FIFA wpłynęło żądanie okupu za odzyskanie trofeum - 15 000 funtów (wartość samego pucharu wyceniano wtedy na ok. trzy tysiące). Żądanie okazało się mistyfikacją a od tamtej pory nastąpiła seria błędów panów ze Scotland Yardu, co sprawiło, że gdyby nie pies, puchar zapewne nigdy nie zostałby odnaleziony.

Pickles z dnia na dzień stał się bohaterem narodowym a jego wyczyn doceniono jeszcze bardziej, gdy reprezentacja Anglii zdobyła jedyny do tej pory tytuł mistrza świata. Pickles został zaproszony na bankiet, na którym pozwolono mu wylizać do czysta michy i talerze. Jego właściciel uzyskał 6000 funtów nagrody. Złodzieja nigdy nie złapano...

Jak podają źródła, Pickles zginął trzy lata później, zadławił się na śmierć podczas pogoni za kotem. Ale te trzy lata żył w takich luksusach, o których możemy tylko pomarzyć. Nawet zapraszano go na światowe salony, na które nie pojechał tylko dlatego, że jego właściciel odmawiał obowiązkowej kwarantanny. Z karierą medialną było prościej - pies wystąpił w filmie.

Mistrzostwa świata za kilka dni i apetyty angielskie są ogromne, chyba największe od 1966 roku. Do szczęścia brakuje tylko psa...

Pickles jako gwiazda. (fot. newsimg.bbc.co.uk)

 

poniedziałek, 28 września 2009
Wytłuc wszystkich dżentelmenów!

Czyli jak Kornijczyk z Devoniakiem

To było ponad miesiąc temu. Dave, znajomy Anglik mieszkający w Kornwalii, gdzieś pod Truro, zapytał mnie, gdzie wybieram się na urlop. Gdy usłyszał, że wybrałem północny Devon, wściekł się niemal. Po co jedziesz do tych ...? Już nie masz gdzie pieniędzy zostawiać? Oni są nic niewarci... Uważny czytelnik blogu wie, że jednak wybrałem Kornwalię, a ja sam nie wiem do końca, czy Dave nie wpłynął znacząco na mój wybór.

Konflikty regionalne są stare jak świat i dotyczą nie tylko krajów, ale i odbywają się w ich wnętrzach. Kto nie słyszał o świętej wojnie Warszawy z Krakowem, Gorzowa z Zieloną Górą, Torunia z Bydgoszczą, Śląska z Zagłębiem... To zjawisko istnieje na całym świecie i Wielka Brytania też nie jest od takich zatargów wolna. Oczywiście najstarsze i najważniejsze zatargi dotyczą wzajemnego stosunku Anglików i narodowości celtyckich: Szkotów czy Walijczyków i mają silne umocowanie w historii. Jako że mieszkam w sumie na pograniczu angielsko - walijskim, a do Cardiff mam wszystkiego ok. czterdzieści kilometrów, często doświadczam tej wojny na własnej skórze. Ale o tym innym razem. Nie sądziłem jednak, że bardzo silne antagonizmy występują między Kornwalią i Devonem.

Kiedy zapytałem Kornwalijczyka dlaczego, odpowiedział pytaniem na pytanie: a dlaczego wy nie lubicie Niemców? A na moją uwagę, że jednak II wojna światowa nie rozpoczęła się w Kornwalii, odparł spokojnie: rebelia modlitewników. Oczywiście to tylko symbol, punkt zwrotny ale...

Do czasów panowania Henryka VIII (tego od sześciu żon) Kornwalia była krainą zamieszkałą przez Celtów, jednojęzyczna (panował kornijski), o ogromnej odrębności kulturowej. Wymuszone przez Henryka VIII przejście na anglikanizm wiązało się ze zmianą języka na angielski, za sprawą tzw. prawa uniformizacji (1549). Wprowadzono nowe modlitewniki w języku angielskim (Book of common prayer). Doszło do zmasowanych protestów, przeciw nowemu językowi wystąpiło 4 tysiące osób, a konflikt przeistoczył się w wojnę domową. Buntownicy występowali przeciw wynarodowieniu, które przypisywano, co ciekawe, wyższym warstwom społecznym  i gerneralnie ludności angielskiej. Nie bez kozery hasłem rewolty było Kill all gentlemen!

Konflikt o dużym zasięgu terytorialnym, od Exeteru po Penzance, skończył się porażką rebeliantów; w walkach zginęło 4 tys. osób, następne tysiąc powieszono. Porażka miała również dalej idące konsekwencje, doprowadziła w dłuższej perspektywie do upadku faktycznej autonomii Kornwalii i zaniku języka kornijskiego. Choć powód zaiste ten sam, porównywanie tych wydarzeń z historią dzieci wrzesińskich jest trochę nietrafne, i przebieg inny, i koniec nie ten.

Niechęć do Anglików (a Devon jest przecież bliskim, namacalnym wręcz angielskim tworem) została do dziś, choć obecnie dominują względy raczej ambicjonalne. Dogadują sobie przy każdej okazji; gdy w r. 2004 Devon otrzymał nową flagę, na Kornwalii pojawiły się głosy, że... chcą zerżnąć ich kulturę, flaga jest zbyt podobna do kornwalijskiej, a w ogóle to jej patron, st Petroc, był Kornwalijczykiem i mieszkał w Padstow. Oba hrabstwa nie grzesząc bogactwem zarabiają na turystyce i są wobec siebie niejako konkurencyjne. Devon ma znaną na całym świecie nazwę, ale rodzina królewska ma jednak tytuł książąt Kornwalii...

dscf0628

Calstock, pogranicze kornijsko - devońskie. Granica biegnie wzdłuż rzeki Tamar (pod mostem). Zdjęcie z mojego sobotniego krótkiego wypadu - stoję rzecz jasna po kornwalijskiej stronie :)

poniedziałek, 14 września 2009
Dlaczego Devon jest sławny

czyli od kiedy naprawdę zalewa nas angielszczyzna

Dawno dawno temu... szedł sobie do szkoły pewien trzynastolatek. Wywijając workiem na kapcie (któż pamięta takie coś?) szedł nie rozglądając się i półgłosem powtarzał: kambr, sylur, ordowik, dewon... Pewnie ludzie się patrzyli na niego jak na dziecko specjalnej troski, ale on na to nie zważał. Usiłował sobie przyswoić konglomerat zupełnie nieznanych nazw, niekojarzących się z niczym i chyba mu się to udało.

Wiele lat później, gdy zamieszkał w Anglii, nazwy te stały się dla niego jasne i proste i do dziś zastanawia się, dlaczego nikt nie mógł wyłożyć mu w sumie prostej etymologii, która po dokładniejszym poznaniu Wielkiej Brytanii jest oczywista. Może dlatego, że polska szkoła bardziej od myślenia wymaga przyswajania ślepo materiału. No ale do rzeczy. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, powyższe nazwy oznaczają niektóre ery i okresy w dziejach Ziemi i pochodzą z języka angielskiego. Nie, to nie ma nic wspólnego z zalewającymi nas controllingami, fixingami itp., a tłumaczy się zupełnie inaczej.

Otóż w czasach, kiedy u nas geologia dopiero się rodziła, a jej pionier Stanisław Staszic w pocie czoła i łopaty pracował na miano ojca polskiej geologii, zainteresowanie ziemią było o wiele bardziej rozwinięte w zachodniej Europie, zwłaszcza w Anglii i Francji. Kopano jeszcze dość płytko, analizując i oznaczając to, co znaleziono najbliżej powierzchni, bądź też dosłownie na ziemi. na podstawie tych znalezisk wyodrębniono poszczególne ery i okresy w dziejach ziemi, próbowano już dość trafnie (choć jeszcze z błędami) sprecyzować, co skąd pochodzi. No i rzecz jasna nazywano po swojemu. Okres nazwany "kredą" pochodzi od kredy piszącej, tej z białych klifów w Dover. Sylur i Ordowik wywodzą się od nazw plemion zamieszkujących starożytną Walię. Również walijski pierwowzór ma kambr i prekambr, a nazwa pochodzi od Gór Kambryjskich w środku kraju.

Najciekawszy zaiste jest Devon. Otóż jest to nazwa hrabstwa w południowo-zachodniej Anglii ze stolicą w Exeter, tak na marginesie dość blisko mnie, jakieś pół godziny autem. Wjeżdżając autostradą M5 do hrabstwa witają nas drewniane dinozaury i inne potwory z przeszłości. Fajnie, tyle że dewonu w Devonie nie ma wcale tak wiele, już więcej u sąsiadów. No ale liczy się to, co gdzie znaleziono jako pierwsze i Devoniacy są bardzo dumni z tego, że nazwa ich hrabstwa weszła na stałe do niemal wszystkich języków świata, prze okazji jest czym wkurzyć Kornwalijczyków, których szczerze nie cierpią. Trudno dziwić się takiej radości, taka nazwa to ogromny kapitał.

Znajomy geolog mawia złośliwie, że połowę z angielskich osiągnięć  Wyspiarze wykopali u siebie w ogródkach. Zaraz, broni im ktoś tego? Nie sztuka wykopać, sztuka obejrzeć i wyciągnąć wnioski. Może dlatego epoka nazywa się dewon a nie na przykład mazur czy kaszub. No ale to już zupełnie inny kraj i inna sprawa.

White_cliffs_of_dover_09_2004

Kredowe klify w Dover dały epoce nazwę. (Fot. Wiki Commons, tonderai)

PICT0019

Mało dewonu w Devonie... Jurajskie utwory brzegowe w Budleigh Salterton. (fot. autora)

czwartek, 10 września 2009
Kamienie mówić będą

czyli niezwykła historia niepotrzebnej rzeczy

Zastanawialiście się kiedyś nad głębszym sensem tego co mówicie? Czasem wypowiadamy jakąś przenośnię, porównanie czy inną figurę stylistyczną nie wnikając, skąd się wzięła, choć to jest właśnie najciekawsze. Jakże często spotykamy zdanie: to wydarzenie było kamieniem milowym w historii... mając na myśli, że jakieś wydarzenie nadało nowy kierunek jakiejś dziedzinie życia. Nad samym sensem kamienia milowego zastanawiamy się mniej.

To oczywiście z polskiej perspektywy; w Wielkiej Brytanii kamienie milowe są o wiele częściej spotykane i wywołują o wiele większe zainteresowanie. Sam kamień, na którym oznaczono odległość do celu jest wynalazkiem z czasów imperium rzymskiego, takie starożytne drogowskazy, przywleczone na Wyspę wraz z innymi osiągnięciami kultury antycznej. Do ich produkcji uzywano gównie granitu bądź też powszechnego w wielu okolicach łupka. Jako że w okresie tym powstała spora i całkiem logiczna sieć dróg, wkrótce zaroiło się od nich na Wyspie. Oznakowane były wszystkie najważniejsze miasta - Londinium, Corinium Dobunnorum, czyli Cirencester, czy gród o uroczo brzmiącej dla polskiego ucha Durnovaria, a po dzisiejszemu Dorchester. Ciekawostka - w czasach Imperium Rzymskiego Cirencester był drugim pod względem wielkości miastem na Wyspie.
Późniejsza historia kamieni milowych już nie jest tak pasjonująca. Przeszły sporo zmian, stawiano je masowo jeszcze pod koniec XIX wieku, najczęściej z lastriko, by w końcu zamienić je na wszechobecne drogowskazy. Co prawda stawia się jeszcze gdzieniegdzie kamienie, jednak głównie ze względów artystycznych; przy obecnych prędkościach samochodów są one po prostu nie do odczytania.

Kto opiekuje się kamieniami milowymi, gdy ich użyteczność jest praktycznie zerowa? Oczywiście te najstarsze, rzymskie, najszybciej znalazły opiekunów w postaci formalnych towarzystw opieki nad zabytkami, jak np. National Trust. A reszta? Jak chyba każda rzecz w Anglii, ma swych zagorzałych miłośników, którzy łączą się w stowarzyszenia. The Milestone Society, powstałe w r. 2001 nie jest może ogromne ale za to aktywne. O poszczególne kamienie dbają również lokalne władze i prywatne osoby. Choć część ginie śmiercią naturalną lub tez pada ofiarą wypadków drogowych, pozastałe mają się przyzwoicie, a te nowsze i mniej historyczne zazwyczaj są na bieżąco pielęgnowane, odmalowywane - choć teoretycznie nikomu niepotrzebne...



Milestone_kirkby_thore
Rzymski kamień milowy z okolicy Kirkby (fot. Northernhenge, Wikimedia Commons, lic. PD)

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Ulubione

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: