sobota, 30 czerwca 2007
Weekend - marzę zamiast blogować

... o wakacjach takich jak w zeszłym roku w Snowdonii...

Snowdon - widok3

...pięknej przyrodzie, bardzo - jak widać - ożywionej...

Fotografia przyrodnicza

... albo po prostu o wiośnie, bo lato na Wyspach na razie tragiczne.

Hamp North Rise

Do poczytania już w poniedziałek!

( zdjęcia: kicior99, fotoforum gazeta.pl)

piątek, 29 czerwca 2007
Cajdry na flacie

czyli piękna emigracyjna polszczyzna :)

 

Zaczęło się on niewinnego SMS-a od kolegi. Dzisiaj jestem bizy bo mam owertajma ale jutro wpadnij na flat na cajdra. Zamiast ucieszyć się z zaproszenia, trafił mnie straszliwy szlag. Ten człowiek jest w Anglii raptem trzy miesiące! (co gorsza, wiernie czyta blog i mnie pewnie obtańcuje...) Inny Polak, na Wyspie od pół roku poinformował kolegę: Superwajzor dawał pejslipy jak byłeś na ofie. Jakby tego było mało, wczoraj kolega poprosił mnie abym mu pomógł przetłumaczyć slipy z inszuransu, bo musi z nimi iść do rewenju, żeby nie dowalili mu wyższego taksa. Jeszcze inny ubiega sie o pozycję timlidera przez dżobsenter...

Zjawisko to – wtrącania angielskich słów do polszczyzny – powoli zaczyna przybierać na sile, choć wcale nie jest takie nowe! Podobnie brzmi mowa środowisk polonijnych w Stanach Zjednoczonych, zwana niekiedy „siuraniem” (od angielskiego słowa sure, które używa się podobnie jak w brytyjszczyźnie yes). Znane są zdanie typu Kara stała na kornerze strita (samochód stał na rogu ulicy) czy też Pojechała z bojfriendem na szoping do dałntałnu (pojechała z chłopakiem na zakupy do centrum). Brytyjska odmiana zmakaronizowanej polszczyzny nazywa się ponglisz i zaczyna dopiero powstawać - wraz z najnowszą emigracją. Niewykluczone że ponglisz w pełnej krasie ujrzymy dopiero za kilka lat.

Dlaczego tak mówimy? Najczęstsze (i moim zdaniem najbardziej idiotyczne) wytłumaczenie to brak kontaktu z polszczyzną. Trudno o głupszy argument – może on tłumaczyć co najwyżej Polonię amerykańską lat pięćdziesiątych, która miała odciętą drogę do Polski i nie znała internetu. Dziś wielu świeżych emigrantów ma polską telewizję i internet w domu, a w Polsce spędza każdy urlop. Argumentem że „u nas w pracy tylko inglisz” tez mnie nie przekonają – znakomita większość pracuje w warunkach niewymagających zbytnich kontaktów po angielsku - i w żadnym innym jezyku.

Otóż mówimy tak głównie z lenistwa – i dla szpanu. Z lenistwa – bo nie bardzo che się nam szukać odpowiedników angielskich nazw, występujących w codziennym życiu. Dotycza one głównie pracy, finansów i tym, czym najczęściej żyje pracujący imigrant. Poza tym nie każde słowo ma dokładny polski odpowiednik. W polskich realiach nie ma pejslipów, pije się raczej jabole niż cajdry i nie ma świetnie płatnych owertajmów tylko nadgodziny, za które najczęściej pracodawca nie zapłaci. Powoduje to potrzeba chwili - i tak każdy zrozumie, a my nazywamy rzeczy po imieniu - as they really are.

Poza tym nie wszyscy tak mówią. Znam wielu emigrantów, w tym również tych jeszcze z okresu II wojny, którzy piękną polszczyzną prześcigają Polaków, którzy poza ojczyznę nosa nie wyściubili. Trzeba tylko wykazać sie odpowiednią klasą. Tłumaczenie „zapominaniem polszczyzny” jeszcze częściej ma usprawiedliwić naturalną potrzebę zadawania szyku. Wystarczy odrobina nonszalancji... Jednak to chyba brak kultury i wewnetrznej dyscypliny. I chęć przedstawienia sie w jakimś innym, lepszym swietle - "patrzcie jaki ze mnie światowy człowiek..." Jestem tylko ciekaw, jakim językiem - i jak dalece zrozumiałym - ten światowy człowiek będzie porozumiewał się jakiś, wcale nie tak długi, czas.

Dobra, spadam żegnając was prasłowiańskim Sijaaaaa!!!

Mały słowniczek:

bizi (busy) – zajęty

cajder (cider) – cydr, wino jabłkowe

dżobsenter (job centre) – urząd pracy

flat – mieszkanie

inszurans (insurance) – ubezpieczenie

of (off) – dzień wolny od pracy, czasem restdej

owertajm (overtime) - nadgodziny

pejslip (payslip) – zaświadczenie o pensji, wydawane co tydzień

rewenju (revenue) – urząd skarbowy

sija (see you) - do zobaczenia!

slipy (slips) - papiery

superwajzor (supervisor) – nadzorca, szef, skracany często do wajzor (bo taki super to on nie jest...)

taks (tax) – podatek

timlider (team leader) - brygadzista

ewcio2 - polskie piwo

Na takiej półce wszystkie języki moga wspólnie egzyzstować... Ale nie ma jak piwo z górnej półki :) (fot. ewcio2, fotoforum www.gazeta.pl)

posk

Słynny Polski Ośrodek Społeczno - Kulturalny w Londynie na Hammersmith. Tu obowiązuje wyśmienita polszczyzna, mozna zaopatrzyć się w polską prasę emigracyjną i krajową, skorzystać ze świetnie wyposażonej księgarni. (fot. a74-4, fotoforum www.gazeta.pl)

czwartek, 28 czerwca 2007
Walczymy o pokój

czyli w Anglii pod dachem

 

Przez trzy pierwsze miesiące mieszkałem w namiocie. Nie mogłem po prostu znaleźć odpowiedniego lokum, nie bardzo wiedziałem, jak przeskoczyć problem braku referencji, skąd zdobyć namiary na dobry lokal itp. Z namiotu wyszedłem szóstego grudnia i – uwierzcie mi – spotkał mnie tylko jeden przymrozek i jedna wizyta policji, jako że odbywało się to jak najzupełniej nielegalnie.

Następny lokal naraił mi angielski kolega (metodą znajomy – znajomemu) i... wpadłem z deszczu pod rynnę. Mieszkanko co prawda było schludne, dwupokojowe, przyjemne, miało jednak jedną wadę o której nie wiedziałem – było mieszkaniem komunalnym i gary (bo tak miał na imię mój pierwszy landlord) nie miał prawa go wynajmować. Wszystkiego pomieszkaliśmy z kolegą trzy tygodnie a zakapowali nas sąsiedzi...

Przybysze z Polski najczęściej zaczynają swoją przygodę na Wyspie od mieszkania kątem u znajomych i gorączkowego poszukiwania odpowiedniego lokalu. Nie mając odpowiedniej wiedzy wpadają – jak ja – w różnorakie pułapki. Uprawnienia do wynajmowania lokalu to jedna rzecz – drugą jest wiarygodność lokatora. Sprawdza się ją za pośrednictwem referencji i ważne aby były wiarygodne... Przy odrobinie wyobraźni można to przeskoczyć. Koleżanka z Londynu poradziła sobie w taki sposób, że w jak najbardziej fikcyjnych referencjach podawała numer swej angielskiej koleżanki, która poświadczała w razie potrzeby o prawości osoby, którą rekomenduje.

Jednak wynajęcie pokoju przy rodzinie brytyjskiej to w sumie rzadkość, i przy okazji dość droga impreza. W zależności od rozmiaru pokoju, dostępu do urządzeń domowych itp. kosztuje od 60 do 120 funtów. Warto przy okazji upewnić się, jakie koszta pokrywamy czynszem. I ja również popełniłem ten błąd – okazało się że płacę 100 funtów (na 2 osoby) , a dodatkowo muszę ogrzać mieszkanie i zapłacić na prąd., Wychodziło ok. 25 funtów tygodniowo...

I jeszcze jedna sprawa – należy wpłacić depozyt (mniej więcej równy miesięcznemu czynszowi). Teoretycznie podlega on zwrotowi po wyprowadzce, a gospodarz ma z niego prawo pokryć koszty ewentualnych zniszczeń. Krążą mrożące w żyłach opowieści o landlordach nie oddających depozytu – mnie to się nie zdarzyło. Dostałem co do grosza, z tym że bardzo często zapomina się, że należy również dotrzymać terminu wypowiedzenia. Jeśli wymówimy lokal z dnia na dzień, mała szansa że dostaniemy depozyt z powrotem. Po prostu wiedzą ile stracą szukając następnego lokatora.

Skąd wziąć adres? Najpewniejsze – i najtańsze choć nie zawsze skuteczne są ogłoszenia w lokalnych gazetach. Można się udać do agencji, choć – po pierwsze – agencja swoje weźmie za pośrednictwo i każdorazowe odnowienie umowy, po drugie – rzadko zdarzają się agencje nastawione na potrzeby singli i zajmują się raczej całymi domami. Również warto wiedzieć że nie przepadają za bezrobotnymi i pracującymi przez agencje pośrednictwa pracy. Umowa o pracę jest dobrą kartą przetargową w walce o pokój :)

Najczęściej trafiamy do shared house – domu wynajmowanego przez grupę ludzi (najczęściej znajomych). Przy zdrowych układach osobowych to całkiem fajne wyjście – o ile wszyscy płacą i sprzątają wspólne pomieszczenia. A najlepiej wynająć dom... O tym już kiedy indziej.

blok

Dzielnica domów komunalnych, z której wykurzono mniem po trzech tygodniach... Przeprowadziłem się na Zamek (zdjęcie powyżej)

środa, 27 czerwca 2007
Jak nauczono mnie chodzić po schodach

czyli zdrowy i bezpieczny Albion

 

W pewnej szkole na Wyspie komitet rodzicielski postanowił zorganizować dzieciom zabawę na zakończenie karnawału – postanowiono, że będzie to popularne u sąsiadów zza Kanału smażenie naleśników. Impreza zaiste fajna i udałaby się na pewno, gdyby... nie zabrał się za to lokalny wydział Health and Safety (odpowiednik polskiego BHP). Znaleziono tyle zagrożeń i potencjalnych niebezpieczeństw czyhających na dzieci (na przykład to, że mogłyby się poparzyć...), że stanowczo odradzono, a następnie zakazano szkole organizację imprezy.

W pływalni Splash w Bridgwater doszło do innego incydentu. Na basen przyszli rodzice z trójką małych dzieci. Gdy tylko weszli do wody, zareagował natychmiast ratownik – jeden dorosły w wodzie może opiekować się tylko jednym dzieckiem. W tym momencie tatuś z miejsca wykazał się uprawnieniami ratownika i to takiego szczebla że cały personel Splasha może się schować. Mamusia zresztą również – w końcu absolwentka ichniej AWF. Jeśli myślicie, że to wystarczyło, jesteście w błędzie. Rodzice zmuszeni byli do kąpania sie pojedynczo z dzieciakami.

Gdy w 1974 roku weszła w życie ustawa „Health and safety act” (ustawa o bezpieczeństwie i zdrowiu w miejscach pracy), na początku nikt nie sądził, że zrewolucjonizuje życie w Zjednoczonym Królestwie – jednak okazała się ona nośna i bardzo istotna. Dawała duże uprawnienia urzędnikom BHP, do zamknięcia dużego zakładu przemysłowego włącznie. I nie jest to tylko papierowy akt – sytuacje, które opisałem, doskonale pokazują jej moc. Każde miejsce w pracy ma tzw. HS assessment – ocenę ryzyka bezpieczeństwa – i jest ono opisane w specjalnym dokumencie. Zachowania z definicji ryzykowne sa najczęściej zakazane. W moim biurze na przykład nie mamy prawa używać nożyczek. Nożyczek w biurze! Nieprawdopodobne a jednak... Osoby długowłose muszą zapoznać się z instrukcją gdy np. Chcą obsługiwać kserokopiarkę.

Instytucje różnego rodzaju mogą kształtować własną politykę BHP – o ile spełnia wymogi ustawy, nie zaszkodzi by była bardziej restrykcyjna. I tak np. Jedna ze szkół wprowadziła zakaz spożywania innych napojów oprócz wody. Jedno z dzieci (chore na astmę) przyniosło sok jabłkowy niegazowany, zalecony przez lekarza. Sok ten natychmiast został mu zabrany – ale chipsami mógł się opychać do woli...

To jeden z przykładów nadgorliwości w stosowaniu przepisów BHP ale założę się że nie najbardziej skrajny – pod tym względem w Anglii nic mnie już nie zdziwi. Nawet na papierosa nie mogę wyjść bez tzw. oczojebki – żółtej fluorescencyjnej kurtki – patrz jedno ze zdjęć poniżej). Gdy spadłem ze schodów, protokół wypadku liczył 11 stron a ja przeszedłem kurs chodzenia po schodach! Nie wiem, czy się nauczyłem...

hs

Fotografuję idiotyczne napisy BHP. Ten (nad lustrem) informuje mnie w czyich rękach jest zdrowie i bezpieczenstwo... Wyżej - pies w kamizelce wysokiej widoczności. To nie żart, miejscowe psy też przedtrzegają BHP...

00:40, kicior99 , praca
Link Komentarze (7) »
wtorek, 26 czerwca 2007
Anglia dla pedałów!!!

czyli dlaczego lubią rowery na Wyspach

 

Wracałem rowerem z pracy do domu, o w pół do trzeciej nad ranem. Największe skrzyżowanie po drodze było całkowicie puste, więc przejechałem je metodą „na przekątną”. Gdy już byłem jakieś 200 jardów od domu, zatrzymała mnie policja. Czy wie pan za co pana zatrzymaliśmy? - padło sakramentalne pytanie. Pewnie. Całą drogę jechałem chodnikiem. A później to cholerne skrzyżowanie. Ale było puste... - odpowiedziałem. Podziwialiśmy... ale nie za to. Nie ma pan świateł. Fakt, miałem tylko tylne, przednie zbiło mi się i jakoś przez pół roku nie miałem czasu założyć nowego. A po co rowerowi przednie światło, zwłaszcza na jednokierunkowej? Policjant uśmiechnął się, W tym co pan mówi jest sporo sensu, ale przepisy są przepisami. Następnym razem zapłaci pan 30 funtów.

Światła nie mam dalej, patrol policji mija mnie co noc a kary jeszcze nie zapłaciłem... W Anglii rowerzystów traktuje się niemalże z namaszczeniem. Policja znacznie bardziej przymyka oczy na łamanie przepisów niż w przypadku samochodów a nawet pieszych. Na głównym deptaku mojego miasta obowiązuje zakaz jazdy rowerem. Oczywiście ludzie jeżdżą, patrole policji chodzą i jakoś nie zatrzymują rowerzystów... tak samo jest z jazdą chodnikiem. Podobne doświadczenia mam z Bristolu i Exeteru więc mam prawo twierdzić że jest to zjawisko obejmujące całą Wyspę.

Dlaczego nie tępi sie rowerzystów? To proste,. Każdy rower to więcej wolnego miejsca na drodze, mniejsze zużycie paliwa, jeden potencjalny zawałowiec mniej. W kraju który desperacko walczy z otyłością, ma to głęboki sens. Miasta sa doskonale przygotowane do ruchu rowerowego. Większość ma dobrze rozwiniętą sieć dróg rowerowych, doskonale oznaczoną, na większości skrzyżowań jest specjalny pas startowy dla rowerów. Wystarczy przejechać się po Bristolu (400 000 mieszkańców) - bez problemu i strachu można przejechać rowerem z jednego końca miasta na drugi. Każde większe miasto dysponuje darmową mapa sieci dróg rowerowych – np. w Taunton można dostać ją w informacji miejskiej. Nie ma co prawda jeszcze ułatwień jak w krajach skandynawskich czy Holandii ale widać postęp.

Jest też rower dobrym sposobem na czas wolny – zwłaszcza rower górski. Buduje się właśnie dużą sieć dróg rowerowych (patrz mapka) – i to wyznaczanych nie bez sensu, a przechodzących przez najciekawsze rejony Anglii. W każdej księgarni można kopić znakomite przewodniki dla rowerzystów. Już pomijam fakt, że jest masa sklepów rowerowych i warsztatów, zatem naprawa nie stanowi żadnego zagrożenia.

Oczywiście i w Anglii kradną rowery (co mi się niestety zdarzyło) a jazda po drogach poza miastem może być uciążliwa ze względu na masę krzaków jeżyn (nie wiem ile razy wymieniałem dętkę...) i pagórkowatość – mieszkam 3 lata i mam już piąty rower, pozostałe cztery zarżnąłem na Quantock Hills... Ale posiadanie roweru i intensywne używanie go nie jest związane z masą kłopotów występujących w niektórych krajach Europy Środkowo – wschodniej :)

rover

Najgorszy rower w hrabstwie Somerset :) Nie działają hamulce, kierownica jezt źle dokręcona, przerzutki działają tylko czasem i tylko niektóre, koła zdecentrowane...

kanalTB

Droga rowerowa wzdłuż kanału Taunton - Bridgwater. Mój ulubiony sposób spędzania wolnych dni. Po drodze 2 sympatyczne puby :)

poniedziałek, 25 czerwca 2007
Angielski walec

czyi jak skonczyły się moje beztroskie zabawy kosztem czasu pracy :)

 

Ta historia zaczęła się jakiś rok temu. Pracowałem w innych godzinach, miałem mniej pracy (cóż to były za wspaniałe czasy...) i mogłem pozwolić sobie na beztroską zabawę. Polegała ona na tym, że przerabiałem na komputerze ręcznie rysowane mapki dojazdów do poszczególnych sklepów. Sens tej zabawy polegał na tym, że plany rysowane przez kierowców były najczęściej nieczytelne, niechlujne i często niezrozumiałe. Nie wszystkim się ta zabawa podobała, jeden z kierowców skrytykował mnie tak, że na jakiś czas poszukałem sobie innych zabaw. Jak możesz rysować mapę terenu, którego nie znasz? - szydził. Moje zapewnienia że proporcje pozostają niezmienione a po prostu zmieniam layout, co jest normalną praktyką w zakładach kartograficznych, nie przekonały go. Pewnie sądził, ze ktoś kto rysował mapę Antarktydy dla Oxford Publishers spędził tam kilka lat...

Tydzień temu zostałem wezwany do szefa. Poszedłem – jakżeby inaczej – z drżeniem serca.. Szef wyjął z szuflady moje nieszczęsne próby kartograficzne. Czy to pan robił? - zapytał uprzejmie. Nie wiedziałem o co mu chodzi. Tak... ale to już dawno... Sądziłem że chce mnie objechać za marnowanie czasu. Otóż okazało się że to są najlepsze mapy dojazdowe, jakie mamy w firmie – powiedział. Czy nie ma pan ochoty okartować wszystkich naszych sklepów? Byłem zaszokowany. Nasza firma obsługuje trzysta sklepów w całej południowej Anglii i Walii! Choć muszę powiedzieć że kupił mnie pochlebstwem i obietnicą podwyżki...

Ta scenka to typowy przykład zjawiska, które nazywam angielskim walcem. Powoli ale dobierze się do wszystkiego. Jeśli zrobiłeś coś dobrego (lub złego...) w firmie, nie myśl, że zostanie to zapomniane. Może nie od razu dostrzeżone – zgoda – ale wcześniej czy później docenione i wykorzystane.

Tak samo zresztą było z moją znajomością języków obcych. Pracę w mojej firmie zaczynałem jako sprzątacz, później picker (realizator zamówień magazynowych). Szybko dostrzeżono, że potrafię się porozumieć w kilku językach z innymi pracownikami. Mimo że wyniki miałem raczej kiepskie, wykupiono mnie z agencji za dość duże pieniądze (w UK firma ma prawo wykupić dobrego pracownika od agencji i płaci za to w wysokości ok. miesięcznych zarobków) i trzymano nie wymagając jakichś rekordów w magazynie ale biorąc mnie często za tłumacza dla Polaków, Rosjan, Niemców czy Francuzów. Gdy tylko nadarzyła się okazja – zatrudniono do ambitniejszych zajęć.

Podobny los spotkał mojego kolegę – też zaczynał od sprzątania, dziś jest brygadzistą (team liderem) w dużym biurze i magazynie. I mogę podać jeszcze kilkanaście przykładów na to, że Anglicy są mistrzami w gospodarowaniu zasobami ludzkimi. Może nie odbywa sie to błyskawicznie – bo w końcu każdy zakład ma jakąś pojemność i politykę personalną – ale walec jedzie równo i skutecznie.

W Polsce podobne zabawy „w mapę” skończyłyby się zapewne zrównaniem pracownika z ziemią i zapędzeniem do łopaty – może przesadzam nieco ale tylko niewiele; w Anglii obserwuje się bacznie zachowania pracownika, patrząc jak go najlepiej spożytkować. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek zdolności lub umiejętności – niech nie boi się ich pokazać. Działa tylko na własną korzyść, a dostrzeżenie tego to tylko kwestia czasu. Angielski walec nierychliwy ale sprawiedliwy...

okno

Za tym oknem rozegrał sie mapowy dramat :)

map1

Jedna z inkryminowanych map :) - o nią była niezła awantura a w sumie odwdzięczyła się po roku :)

00:05, kicior99 , praca
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 czerwca 2007
Weekend wolny od bloga!

tradycyjnie zresztą. A już w poniedziałek - Angielski walec czyli dlaczego tu jest dobrze...

A na razie kupię bilet...

bilet3

wsiądę do pociągu nie byle jakiego...

blox2

i pojadę do Bristolu.

Temple Meads

piątek, 22 czerwca 2007
Jak mało mnie nie trafił szlag

czyli Anglia przez telefon

 

Zaczęło się od tego że zaniemówił mi telefon. To znaczy wydawał dziwne dźwięki i odmawiał jakiegokolwiek połączenia Drugi raz w życiu – ostatnio stało się to pamiętnego trzynastego grudnia. Jako że prawdopodobieństwo stanu wojennego w Anglii jest niższe niż nawet w Polsce Kaczyńskich, telefon prawdopodobnie został wyłączony przez BT. Ale dlaczego? Rachunek zapłaciłem o czasie, potwierdzenie przyszło pocztą elektroniczną.

Wystosowałem tedy e-maila do BT opisującego mój problem. Z pańską linią jest wszystko w porządku - odpisano mi. Niestety, tylko w e-mailu od BT. Telefon dalej nie działał Odpisałem i otrzymałem odpowiedź ze w takim razie to wina telefonu bo linia jest w największym porządku Włączyłem wiec inny aparat - bezskutecznie. Połączenie nie może być zrealizowane... Na kolejnego maila z sugestią, ze może przestaliby mi wciskać ciemnotę, nie dostałem odpowiedzi.

Zadzwoniłem wiec do BT z komórki. Samo przebijanie się przez system połączeń automatycznych zajęło mi około pięciu minut. Dla osób mało obeznanych z logiką i systemem wielokrotnych wyborów to prawdziwa droga przez mękę. Gdy już dotarłem do pierwszego konsultanta, dowiedziałem się ze nie mogę korzystać z bezpłatnej infolinii bo... jestem właścicielem dużego pubu.

Kolejne minuty zajęło mi przekonywanie mówiącego z silnym hinduskim akcentem konsultanta ze się myli. Poprosiłem wiec żeby połączył mnie ze swym szefem. W duchu wyraziłem nadzieję że mówi on lepiej po angielsku... Niestety nie mówił, choć dal się przekonać ze moja najcenniejsza własnością jest komputer a pokój wynajmuję. Niestety nie wiedział dlaczego mój telefon nie działa więc przełączył mnie do trzeciego konsultanta.

Po kilku minutach odezwała się konsultantka mówiąca po angielsku z jeszcze silniejszym azjatyckim akcentem niż poprzednicy. Pański telefon wyłączono - powiedziała - lecz nie mogę powiedzieć dlaczego. Po prostu była prośba aby wyłączyć panu telefon. Ale ja połączę pana z naszym konsultantem, który powie panu jak odzyskać linię... Jak w seks - telefonie, od koleżanki do koleżanki. Jeśli do tej pory nie trafiał mnie szlag, właśnie w tej chwili zaczął Cała rozmowa trwała już 45 minut i wydawała się nie mieć końca Równie załamujący był poziom angielszczyzny pożal się Boże "konsultantów"... Rozłączyłem rozmowę i udałem się do Rogera i Janet. To tacy moi angielscy przyszywani "rodzice", starsze wiekiem lecz bardzo młode duchem małżeństwo Jeszcze nie zdarzyło mi się, aby mi nie pomogli.

Nie umiesz z nimi rozmawiać - powiedziała Janet. Po czym chwyciła za słuchawkę Pierwszego konsultanta objechała zdrowo. A później firma się dziwi ze ludzie od niej odchodzą - powiedziała gdy usiłował ja zbyć przełączając do kolejnego konsultanta. W ogóle jechała z nimi krótko. Po dwudziestu pięciu minutach dowiedziała się ze telefon mi wyłączono bo... ktoś, kto miał ten sam kod pocztowy i wyprowadził się, informując przy okazji BT. Wiec odłączyli.. Ciekawe tylko ze skasowali mnie również za ten czas, gdy ten ktoś nie mieszkał już pod moim adresem.

Podobne piekło przeszedłem walcząc o przywrócenie mi połączenia internetowego - od konsultanta do konsultanta, każdemu tłumacząc się jak się nazywam, jaki mam problem, podając dane itp... Byłaby to świetna szkółka języka obcego, gdyby ci konsultanci mówili dobrze po angielsku... Nie chce być źle rozumiany - nie mam nic przeciw ludziom innych narodowości pracujących przy telefonie - sam to robie, choć na szczęście telefon nie jest moim głównym narzędziem pracy. Ale tak ogromna instytucja jak jedyny narodowy operator naziemny powinna nieco bardziej dbać o jakość kontaktu z klientami.

Anglia uwielbia rozmawiać przez telefon. Często dzwonią do mnie ankieterzy, banki itp. Właściwie wszystko załatwia się przez telefon, dość powiedzieć, ze tak potężna instytucja jak telekomunikacja brytyjska nie ma żadnego biura obsługi klienta, a wszystko zalatwia się telefonicznie albo e-mailem. Jednak wydaje mi się ze to próba przeskoczenia na sile czasów w których żyjemy, ani firmy ani społeczeństwa nie dorosły jeszcze do tej formy komunikacji. I długo nie dorosną

 

tele

Anglia uwielbia telefony. Nawet sama BT (ichnia tepsa) niechętnie żegna się z imagem instytucji z tradycjami, choc takie historyczne budki można juz spotkać tylko gdzieniegdzie.

czwartek, 21 czerwca 2007
Ta cholerna pogoda!

czyli narzekania przy herbacie

 

Jest taka stara angielska anegdota, dość makabryczna przyznaję: Lekarz robi rano obchód oddziału witając wszystkich tradycyjnym „How are you? - I'm well, thank you, odpowiadają z uśmiechem pacjenci. Następnego dnia połowa z nich nie żyła... Polskie zapytanie „jak leci?” kończy się z reguły długą litanią klęsk, porażek i niepowodzeń.

Szeroko znane jest na świecie powściąganie emocji przez Anglików, świetnie oddane w telewizyjnej kampanii reklamowej jednego z piw angielskich, bodaj Dog in the fog. I nie jest to jedynie powściągliwość funkcjonująca na zasadzie stereotypu narodowego, jak np. rozerotyzowany Francuz czy gadatliwy Włoch. Oni naprawdę umieją powstrzymywać emocje, zwłaszcza negatywne. Spostrzega się to na co dzień, często w drobnych scenkach typu – dwaj Polacy (bracia) przyjechali do pracy policyjnym radiowozem, a już podczas bookowania wyszło na jaw, że mieli po drodze poważny wypadek samochodowy, w wyniku którego skasowali cały przód wozu. Coś, co pod każdą szerokością geograficzną skończyłoby się wianuszkiem słuchaczy i debatą pod hasłem „jak ci współcześni młodzi jeżdżą”, w pracy zostałoby skwitowane krótkim: Oh really? Poor things... (naprawdę? Biedacy...)

Co oczywiście nie znaczy że Anglicy nie narzekają. Czerwone światło powinno zapalić się przy każdym pojawieniu się słówka bloody (cholerny) – ewidentny wskaźnik żalów. Wcale to jednak nie znaczy że za chwilę popłyną łzy czyste, rzęsiste. Bardzo często zdarza się, że w grobowej atmosferze, na końcu świata nadziei Anglik potrafi znaleźć pozytyw. Dziś rozmawiałem z koleżanką – Angielką o moim Słoneczku, którego matka jest ciężko chora. Nauczy się inaczej patrzeć na chorobę i cierpienie – taka była reakcja mojej koleżanki.

Trudno jednak znaleźć jakiekolwiek pozytywy w angielskiej aurze, zwłaszcza jesiennej – i te biadolenia słyszy się najczęściej. Pogoda, wyjątkowo zmienna na Wyspach, cztery pory roku w jeden dzień, jak tu się często mówi, to zdecydowany evergreen wielu konwersacji. Przy czym raczej nie wdają się w szczegóły, wystarczy What a terrible weather! - i kazdy Anglik wie o co chodzi. Jedyny pozytyw – w Szkocji generalnie jest gorzej...

Tematem numer dwa są pieniądze i podatki. Do dobrego tonu należy czasem podkreślić (w rozmowie o jakimś rozwiązaniu zaproponowanym przez rząd) i wszystko to za pieniądze podatnika... Przecież rząd niewiele robi aby nam ułatwić życie, liczą się tylko stołki (swoją drogą – skąd my to znamy?) Wypada również skrytykować drożyznę i zaznaczyć że kiedyś było zupełnie inaczej – funt miał co prawda tylko 12 pensów ale jaką siłę nabywczą.

Nie oszczędza się rodziny królewskiej żyjącej – jakżeby inaczej – na koszt podatnika, a oliwy do ognia dolewają brytyjskie gazety. Książę Karol uchodzi za najmniej udanego kandydata do tronu od stuleci, a ta jego Camilla... Inne dyżurne tematy to poziom piłkarskiej reprezentacji Anglii, napływ obcokrajowców i angielska telewizja – tu muszę przyznać że narzekania są jak najbardziej uzasadnione. Wypada przy okazji użyć znanego i w Polsce idiomu – is going to the dogs (schodzi na psy).

Narzekać więc można ale należy pamiętać o jednaj zasadzie – obowiązuje ścisła „rejonizacja”. Nie wypada przynosić do pracy trosk i zmartwień z domu, a nade wszystko długo nad nimi deliberować. Miejsce pracy jest oazą i nie mają doń dostępu potwory zza muru. Koleżanka, która długo i często narzekała na mało udanego męża, dostała od szefostwa propozycję krótkiego urlopu na załatwienie spraw rodzinnych, a wtedy na pewno będzie przychodziła do pracy w pogodniejszym nastroju i wyniki zapewne się poprawią. A może tak zaczniemy myśleć w Polsce? Bo narzekanie tez ma swoje granice. Zatem żegnam was do jutra optymistycznym cut that crap - Roman, przestan pieprzyć :)

lonr

I jak tu nie narzekac na taką pogodę?? (zdjęcie public domain)

pch

Coś marny ten nasz następca tronu...

środa, 20 czerwca 2007
Tania Anglia

Czyli kupując Wyspę po funcie...

 

Anglia zawsze była drogim krajem. Informacja że według ostatnich danych Londyn jest na drugim miejscu na świecie pod względem kosztów utrzymania, tylko potwierdzi ten stereotyp. Tymczasem w Anglii można żyć tanio, co nie znaczy że źle.

Każdy emigrant wie, że najtaniej zakupy robi się w LIDL – u. Ma to swoje plusy i minusy. Niskie ceny i dostępność wielu produktów, których na próżno szukać gdzie indziej powoduje, że trafia tam więcej cudzoziemców niż gdzie indziej. Z tym wiąże się kilka nieprzyjemnych rzeczy. Kiedyś robiłem zakupy w LIDL-u z kolegą – Polakiem. Gdy pracownik obsługi usłyszał język polski – zaczął nas dyskretnie obserwować. Tak już mam że bezbłędnie wyczuwam czyjś wzrok na sobie. Gdy tylko zapłaciliśmy, podeszło do nas dwóch panów i na oczach innych klientów zrobiło nam rewizję plecaków. Od tego czasu omijam szerokim łukiem tę sieć, nawet gdyby dawali tam za darmo...

Ale tanio kupuje się nie tylko w niemieckich marketach. Wiekszość dużych sieci handlowych ma wyodrębnioną grupę podstawowych produktów za niską cenę, około trzydzieści procent niżej niż standardowy towar z tej grupy. Wszystkie towary mają tę samą szatę graficzną opakowania i są łatwo rozpoznawalne. W sieci ASDA nazywa się to smartprice, w TESCO – value itp. Oczywiście trudno tam poszukiwać przebłysków – wszystko robione jest według najprostszych receptur, ale za to bardzo duży jest asortyment. ASDA sprzedaje nawet wódkę smartprice. Jedyna rzecz z tej grupy, jakiej nikomu nie polecam to chleb za 19 p. Ale już herbatniki i inne ciastka nie ustępują wiele markowym. Tyle że sami Anglicy śmieją się czasem z tych produktów. Powiedzieć o czymś że jest „TESCO value” nie jest bynajmniej komplementem...

Tylko że ze smartprice też należy korzystać z umiarem. Znam nieszczęśnika, który doprowadził oszczędność na zakupach do perfekcji – żywił się za ok. 1.20 funta dziennie (ja żyję za ok. 7...). Obecnie leczy w Polsce wrzody na żołądku.

Jak grzyby po deszczu powstają sieci sprzedające towary za funta czy 99p. Głównie przemysłowe, choć trafia się spożywka. Kupować można, choć co do artykułów przemysłowych – dominuje robota chińska, pakistańska i w ogóle azjatycka różnego sortu. Można trafić na prawdziwe cacko (na przykład już trzy lata służy mi kubek z Poundlandu czy uniwersalny śrubokręt) , ale większość, niestety to tandeta. Najlepsze są produkty wycofane z innych sieci, np. TESCO.

Zaś prawdziwym rajem są sobotnio - niedzielne targi staroci, zwane car boot sales. Odbywają się w każdy pogodny weekend, z reguły w tych samych miejscach. Nazwa pochodzi od bezpośredniej sprzedaży wprost z bagażnika samochodu. Sprzedają ludzie, którzy chcą uwolnić swe domy od nadmiaru staroci, kolekcjonerzy, rzadko zawodowcy. Stąd bywają tam prawdziwe perełki. Można tam trafić prawie nowe produkty, które nie spełniły oczekiwań ich właścicieli, na przykład mnie udało sie kupić za 5 funtów radio cyfrowe warte 50 – stan prawie idealny. Moja wieża SONY (dałem za nią piątaka) ma co prawda już sześć lat i nie znajdzie się takiej w handlu, ale za to spisuje się doskonale. A już prawdziwym rajem są „karbuty” dla kolekcjonerów. Wiem coś na ten temat jako kolekcjoner płyt analogowych...

Wreszcie obfitość antykwariatów, komisów czy tzw. charity shops. Są to sklepy instytucji charytatywnych (RSPCA, Oxfam, Heart Foundation itp.), sprzedające rzeczy złożone w darze instytucji. Szczególnie godne polecenia są dla kolekcjonerów i miłośnikom książek, choć można za bezcen kupić na przykład całkiem porządny ciuch.

I kto jeszcze twierdzi że to bardzo drogi kraj?

 

cbs

Car boot sale - czyli sprzedaż prosto z bagażnika. Zwykle na zielonej trawce w atmosferze pikniku, wspaniały sposób na spędzenie sobotniego pogodnego dopołudnia.

99

Sklep z sieci 99p (w Northampton). Mozna tu natrafić na niezłą okazję - i masę Polaków przy okazji.

 
1 , 2 , 3 , 4

Najlepsze Blogi
Blog edytowany na licencji:
Teksty i fotografie autora udostępnione na licencji cc-by-sa-3.0. Można je dowolnie kopiować i modyfikować, publikując informacje o autorze i odnośnik do tej strony, za wyłączeniem zastosowań komercyjnych. Wszelkie modyfikacje tekstów i zdjęć także muszą być rozpowszechniane na tej samej licencji. W pozostałych przypadkach obowiązują licencje podane pod materiałami.
Google PageRank Checker

Blog ze stajni: